O kapłanach

Kapłan lub biskup jest w swojej codziennej służbie przedstawicielem Boga, posłańcem z innego świata, który zanosi w górę do Boga modlitwy i adorację oraz przynosi z góry od Boga łaski i błogosławieństwa dla ludzi (…) Jego stopy są poranione od cierni, w które zaplątały się zaginione owce lub ci, którzy odpadli [od Kościoła]; mają one być pokryte kurzem od szukania zaginionej monety duchowych wędrowców.
Ze strony ludzi pysznych spotkają go kpiny i zniewaga; ze strony bluźniercy – kuksaniec, ze strony uciśnionych – błaganie, ze strony ubogich – prośby. Lecz to on ma po każdym spotkaniu z człowiekiem inspirować innych do tego, aby mówili jak kobieta przy studni: „Pójdźcie, zobaczcie człowieka, który mi powiedział wszystko, co uczyniłam: Czyż On nie jest Mesjaszem?” (J. 4:29).
Żaden przypadek nie jest dla niego beznadziejny. Każda dusza musi być dla niego niczym kropla wody w brzydkiej rynnie, która, gdy spojrzy się na nią z bliska, odbija głębię błękitu z dalekiego nieba. Wie on, iż nie może przekonać innych o tym, że pochodzi z innego świata, dopóki nie będzie postępował tak, jak gdyby tam był. Świat może widzieć jego dzieła, lecz nie zna jego myśli.
Gdy przystępuje do ołtarza, dźwiga ze sobą wszystkie nieszczęścia i rany tego świata. Jego stopy, które wstępują na stopnie ołtarza, muszą nosić ślady bezdomnych, uchodźców i wędrowców ziemi. Jego twarz, gdy całuje on ołtarz, powinna zawierać w sobie twarze tych, których oczy wypalone są od żaru pieca, które pociemniały w kopalniach soli, które są mokre od łez żalu i wokół których grzech wyrył bruzdy. Jego szaty powinny być ciężkie od milionów dusz, które nie znają Chrystusa, a jednak kurczowo chwytają się Jego szat, pokładając nadzieję nie wiadomo w czym. Gdy jego palce podnoszą Ciało i Krew Chrystusa, prosi on, aby wszystkie cierpienia świata zostały zjednoczone z Chrystusem i aby żaden ból nie został zmarnowany.
Będzie odczuwał smutek, ponieważ wie, w jak gorzki sposób ludzie tracą dobro w swoim życiu, lecz zostanie pocieszony wiedząc, że Bóg jest przy nich, nawet jeśli oni tego nie wiedzą; że jest On wokół nich, nawet jeśli tego nie odczuwają. W swoich rozmowach będzie próbował przekształcić lekceważenie w szacunek, kontrowersję w zamyślenie, a lekkomyślność – w praktyczne życie. Gdy wspina się na ambonę, powinien być krucyfiksem, który przemawia.
Lecz, przede wszystkim, nie będzie po prostu kapłanem, lecz żertwą, albowiem żertwą był Chrystus, ofiarując samego siebie dla naszego zbawienia. Każda łza uroniona przez jego bliźniego zrosi i jego policzek, a każdy rodzic pogrążony w żałobie przeszyje żalem jego własne serce; żadna owca nie pozostanie bez pasterza. I ponieważ wie on, że zbyt często jest kapłanem ofiarującym Chrystusa, a za rzadko jest żertwą, która dzieli Jego Krzyż, będzie codziennie modlił się do Matki Chrystusa:
“Ponieważ w Swoim ciele ukształtowałaś Chrystusa kapłanem i żertwą, błagam Cię, ukształtuj Go również w moim sercu. Uczyń to, abym  – wypowiadając słowa konsekracji we Mszy Świętej – mógł wypowiadać je tak jak Ty to uczyniłaś, spoglądając na swojego Syna na Krzyżu: „To jest moje ciało, to jest moja krew”. Wówczas, z Twoją pomocą, będę w Nim żył i z Nim umierał”.
Arcybiskup Fulton J. Sheen
Źródło: „These are the Sacraments”, 1962r., strona nieznana.

Fatima

Wielki kryzys naszego współczesnego świata rozpoczął się 13 października 1917r. Odwiedzimy szybko trzy miasta, aby zobaczyć, co się wtedy wydarzyło: Moskwę, Rzym i małą wioskę w Portugalii o nazwie Fatima.

13 października 1917r – Moskwa. Maria Aleksandrowicz, młoda rosyjska szlachcianka, uczyła religii grupę dwustu dzieci w kaplicy Matki Bożej Iwerskiej. Nagle zrobiło się zamieszanie, przez drzwi wdarli się jeźdźcy na koniach, przegalopowali przez środek nawy głównej, sforsowali balaski, zniszczyli ikony, prezbiterium i ołtarz, a potem zaatakowali dzieci, zabijając wiele z nich.

Maria Aleksandrowicz wybiegła z krzykiem z kaplicy. Wiedząc, że zbliżała się rewolucja i domyślając się, kto jest jej przywódcą, poszła do niego i powiedziała: „Stała się rzecz najstraszniejsza. Uczyłam katechizmu moich uczniów, gdy wdarli się jeźdźcy, napadli na nie i zabili kilkoro z nich”. Przywódca rewolucji odpowiedział: „Wiem o tym. Sam ich wysłałem”. Tak wyglądało jedno z wydarzeń zwiastujących okropną rewolucję komunistyczną, która od tamtej pory dręczy świat.

Rzym, 13 października 1917r. – tego samego dnia w południe. Dzwony kościelne biją w całym mieście, ogłaszając radosne wydarzenie: konsekrację biskupa. Jego nazwisko – Eugenio Pacelli – człowiek, który wówczas nie był zbyt znany, lecz który miał pewnego dnia stać się największą duchową siłą na świecie, opierającą się rewolucyjnej tyranii komunizmu.

Po swojej konsekracji, tego samego dnia 13 października 1917r., wrócił do Monachium. Komuniści wszczęli tam rewolucję 7 kwietnia 1917r., pod przywództwem marynarza Rudolfa Egelhofera oraz dwóch bolszewickich komisarzy, Levine’a i Axelroda, którzy zakładali republikę sowiecką. Nazywając siebie Spartanami i powstając pod dowództwem Karla Liebknechta i Róży Luksemburg, uzbrojeni komuniści opanowali ulice. Utworzono Czerwoną Armię, która w samym Monachium 25 kwietnia zabiła 325 osób. Komuniści ostrzelali z broni maszynowej dom człowieka, który, niewzruszony groźbami, wspinał się na ambonę monachijskiej katedry wbrew rozkazom Czerwonego Komitetu. Wreszcie postanowili go zabić. 29 kwietnia o godzinie trzeciej po południu dowódca Seiler z Czerwonej Armii Południa i jego adiutant Brongratz, uzbrojeni w rozkazy Egelhofera, pojawili się u drzwi jego domu z grupą czerwonych marynarzy. Bandyci, grożąc służącemu granatami ręcznymi, wdarli się do domu i przeszli w kierunku biblioteki, gdzie, z odbezpieczoną bronią, oczekiwali na pojawienie się ich ofiary. Seiler zajął miejsce najbliżej drzwi, z pistoletem gotowym do strzału; żołnierze stali w półkolu; niektórzy z nich również dzierżyli odbezpieczoną broń, inni – ręczne granaty.

Nagle pojawił się poszukiwany człowiek. Z przekleństwem na ustach, Seiler podniósł swą dłoń z pistoletem i uderzył nim krzyż pektoralny na piersi owego człowieka. Ta wysoka, szczupła postać chwyciła pektorał i spoglądając w kierunku wyciągniętych broni, powiedziała miękkim, niskim głosem: „W porządku – zabijcie mnie! Lecz nic nie zyskacie. Próbuję jedynie ocalić Niemcy”.

Pod wpływem spojrzenia tych uduchowionych oczu nikt nie odważył się pociągnąć za spust. Ani Seiler, ani Brongratz, ani żaden z żołnierzy nie wiedział, dlaczego nie strzelali; gdy wrócili do kwatery głównej, nie byli w stanie wyjaśnić Egelhoferowi, dlaczego nie zabili tego człowieka. Nigdy nie udało im się wyjaśnić, dlaczego para oczu, szczupła postać trzymająca krzyż i miękki głos miały większą moc niż ich broń, granaty i rozkazy. Tylko jedna rzecz była absolutnie pewna. Od tego dnia ów człowiek nie bał się absolutnie niczego na świecie. Jego imię? Eugenio Pacelli, przyszły papież Pius XII.

Tamten krzyż pektoralny, który nosił on tamtego dnia, ja mam na sobie dzisiejszego wieczoru. Pius XII dał go swojemu szanownemu przyjacielowi, Jego Eminencji Kardynałowi Spellmanowi, który pożyczył mi go do dzisiejszego programu. 

13 października 1917r. niedaleko małej wioski Fatima zebrało się troje małych dzieci, Łucja, Hiacynta i Franciszek, oczekując objawienia. Powiedzieli, że objawiła im się Maryja, Matka Boga. Nie było w tym nic dziwnego, nie tylko dlatego, że przez Nią przyszedł na świat Nasz Pan, nie tylko dlatego, że przez Nią zdziałał swój pierwszy cud i nie tylko dlatego, że z Krzyża polecił nas Jej swymi łaskawymi słowami: „Oto Matka twoja”, lecz przede wszystkim dlatego, że będąc Matką rodzaju ludzkiego, po matczynemu powinna ona troskać się naszymi kłopotami również w dwudziestym stuleciu.

Dzieci powiedziały, że Pani objawiła się im już wcześniej, 13 kwietnia, 13 maja, 13 czerwca, 13 lipca, 19 sierpnia i 13 września. Podczas tych poprzednich objawień zostało powiedziane coś bardzo interesującego, co pokaż, że to, co się dzieje z naszym światem zdeterminowane jest w większym stopniu przez sposób w jaki żyjemy niż przez politykę.

Pani powiedziała, że obecna Wojna Światowa, która była I wojną światową, skończy się za trochę więcej niż rok. Stany Zjednoczone przystąpiły do wojny w Wielki Piątek tego roku. Istotnie, wojna zakończyła się trochę później niż za rok, 11 listopada 1918r.

Pani powiedziała dzieciom, że nastąpi era pokoju na świecie, jeśli tylko świat powróci do Boga; w tym celu Rosja miała się nawrócić. Lecz dodała: „Jeśli ludzie nie przestaną obrażać Boga, nastąpi inna, gorsza Wojna Światowa, która rozpocznie się za pontyfikatu następnego Papieża.” Była nią, jak się okazało, Wojna Domowa w Hiszpanii. II wojnie światowej można było zapobiec przez pokutę, modlitwę i powrót do Boga. W przypadku, gdyby świat nie powrócił do Boga, Dziewica przepowiedziała kolejną Wojnę Światową: „Rosja będzie rozprzestrzeniać swe błędy na świecie, wywołując wojny i prześladowania. Dobrzy ludzie będą poddani męczeństwu, Ojciec Święty będzie musiał wiele wycierpieć, a różne narody ulegną unicestwieniu”.

Błogosławiona Dziewica obiecała dzieciom, że 13 października 1917r. da znak świadczący o prawdziwości Jej objawień. Tego deszczowego dnia zebrało się w Fatimie 70.000 ludzi, czekając na znak. Większość z nich była niewierząca. W tamtych czasach Portugalia była anarchistycznym, komunistycznym, antyklerykalnym i ateistycznym narodem. Większość ludzi przygnała tam ciekawość, a nie wiara. Wątpili, że cokolwiek się stanie, lecz dzieci zapewniły je, że Niebiańska Pani pokaże wielki znak jako dowód, że istotnie im się objawiła. Ten dowód jest odtąd znany jako „Cud Słońca”. Świadectwo tych 70.000 ludzi oraz zapisy w ateistycznych i anarchistycznych gazetach z tamtych dni, które czytałem, potwierdzają fakt, który miał miejsce. Jedna z anarchistycznych gazet podała, że miał miejsce cud słońca, wyrażając nadzieję, iż nikt nie będzie tego interpretował w nadprzyrodzony sposób.

Błogosławiona Matka najpierw objawiła się dzieciom, a następnie wskazała na słońce, które ukazało się w szczelinie w chmurach. Słońce zdawało się niemal oddzielać od niebios i stało się wielką srebrną kulą strzelającą iskrami we wszystkich kierunkach, zdawało się zstępować ku ziemi, jakby miało spaść w postaci opadów na ludzi. Oni wszyscy natychmiast wydali okrzyk ku Bogu i pogrążyli się w modlitwie i błaganiach, żalu i skrusze. Trzy razy słońce stawało się wirującą masą połyskującego srebra i kręcąc się wokół własnej osi, rzucało promienie wielokolorowego światła, opadając i zygzakując ku ziemi. Tłum tłoczył się w przerażeniu i wołał o miłosierdzie, gdyż zdawało się, że płynna masa ich zniszczy. I mimo że przez cały dzień padał deszcz, po tym jak cud słońca powtórzył się trzy razy, wszyscy odkryli, że ich ubrania były suche.

Od tego czasu Fatima stała się miejscem spotkania wszystkich ludzi świata, którzy wierzą, że pokój tworzy się nie przy stołach polityków, ale gdzie indziej. Niebieska Pani powiedziała im, że pokój zależy od modlitwy, pokuty i ofiary. 13 października 1951r. byłem w Fatimie, gdy ludzie zgromadzili się tam na modlitwie o pokój. Zgromadzili się tam już w poprzedni wieczór mimo zimnego deszczu, tak typowego dla portugalskich szczytów gór; przez całą deszczową noc stali oni lub klęczeli na modlitwie o pokój na świecie. Zostałem z nimi do trzeciej w nocy, gdy zaoferowano mi składane łóżko. Lecz nie mogłem spać. Luksus składanego łóżka jest nie do zniesienia, gdy milion osób czuwa przez całą noc na modlitwie błagając o pokój dla udręczonego wojną świata. Jedyną rzeczą, jaką mogłem zrobić, było wstać z łózka i modlić się z nimi przez całą noc o pokój na świecie.

Następnego ranka, gdy statua Matki Bożej Fatimskiej niesiona była przez tłum, ów milion ludzi machał białymi chusteczkami niczym białymi flagami czystości, w hołdzie dla Królowej Pokoju. Myśli powędrowały natychmiast od tego Białego Placu Fatimy ku Placowi Czerwonemu w Moskwie, gdzie były flagi czerwone od krwi ofiar. Czuło się, że Biały Plac daje jedyną możliwą odpowiedź Placowi Czerwonemu. Zdawało się, że komunistyczny sierp i młot zaczynają podlegać ogromnej zmianie. Młot, który rozłupał tak wiele domów i sprofanował tak wiele świątyń zostanie pewnego dnia, w cnocie wielkiej modlitwy i pokuty, podniesiony do góry przez miliony ludzi i zacznie wyglądać jak krzyż; sierp, którego komuniści używali, aby przeciąć ludzkie życie niczym niedojrzałą pszenicę, pewnego dnia również zmieni swoją symbolikę i zacznie wyglądać jak „księżyc pod stopami Niewiasty”.

Źródło: Fulton J. Sheen, „Life is Worth Living”, 1999r., str. 206.



II wojna światowa nie miałaby miejsca, gdyby ludzie powrócili do Boga. III wojna światowa nie musi wybuchnąć i nie wybuchnie, jeśli my jako naród powrócimy do Boga. Jeśli na świecie panuje zimna wojna, dzieje się tak dlatego, że nasze serca i dusze nie są przepełnione ogniem miłości Boga.

Warto jednakże spytać, dlaczego Wszechmogący Bóg w swoich opatrznościowych relacjach ze wszechświatem uznał za stosowne, aby dać nam objawienie Swojej Błogosławionej Matki, aby przywrócić nas do modlitwy i pokuty.

Jeden powód natychmiast przychodzi na myśl. Ponieważ świat utracił Chrystusa, może być tak, że odzyska Go przez Maryję. Gdy nasz Zbawiciel zgubił się w wieku 12 lat, znalazła Go Jego Matka. Ponieważ znowu został zgubiony, być może właśnie przez Maryję świat odzyska swojego Zbawiciela. Inny powód jest taki, że Boska Opatrzność dała niewieście moc pokonania zła. Owego pierwszego strasznego dnia, gdy zło zostało wprowadzone do świata, Bóg przemówił do węża w ogrodzie Edenu i powiedział: „Wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie i niewiastę, pomiędzy potomstwo twoje a potomstwo jej: ono zmiażdży ci głowę, a ty zmiażdżysz mu piętę” (Rdz 3:15). Innymi słowy, zło będzie miało potomstwo i nasienie. Również dobro będzie miało potomstwo i nasienie. To przez moc niewiasty zło będzie pokonane. Żyjemy teraz w godzinie zła, gdyż – ponieważ do dobra należy dzień – zło ma swoją godzinę. Nasz Zbawiciel powiedział to w noc, w którą Judasz przyszedł do ogrodu: „To jest wasza godzina i panowanie ciemności” (Łk 22:53). Wszystko, co zło może zrobić w ową godzinę, to wygasić światła na świecie; lecz to właśnie może zrobić. Jeśli zatem żyjemy w godzinie zła, jak moglibyśmy pokonać ducha szatana, jeśli nie przez moc owej Niewiasty, której Wszechmocny Bóg dał polecenie, aby zmiażdżyła głowę węża?

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: „Life is Worth Living”, 1999r., str. 202-207.

Tajniki warsztatu oratorskiego Arcybiskupa Fultona J. Sheena

W 1979 r. siostra Ann Edward czekała wraz z arcybiskupem Sheenem w restauracji na przybycie pozostałych gości. Spytała go wtedy o jego wskazówki odnośnie do wygłaszania wykładów. Gdy mówił, siostra gorączkowo notowała jego słowa, a następnie przepisała je porządkując w punktach kolejne rady arcybiskupa:

  1. Głos – ton: Platon jeszcze trzy – cztery dni po wysłuchaniu mowy pamiętał ton [wykładowcy]. Tonalna jakość głosu robi największe wrażenie na słuchaczach.
  2. Słuchając danego mówcy, licz słowa [wypowiadane] na każdym oddechu. Zaznacz każde słowo kreską, a każdą przerwę – ukośnikiem. Jeśli przemówienie wygląda: -/-/ , wówczas jest ono nudne, płaskie, czerstwe.
  3. Unikaj przybierania głosu „zza pulpitu”. Bądź naturalny. Jak mówił Disraeli: „nie istnieje inny wskaźnik charakteru równie pewny jak głos”.
  4. Doceń wartość przerw. Nie dla nich samych, lecz dla podkreślenia [myśli], lub aby pozwolić, aby zapadła ona w duszach słuchaczy. Potrzebują oni czasu na [jej] przetrawienie.
  5. Szept może mieć większą wartość niż krzyk. Macaulay powiedział o Pitcie: „Nawet jego szept słyszany był w najbardziej odległym kącie Izby Gmin”. 
  6. Jeśli nastąpi zamieszanie, zakłócenie spokoju lub przyjdą spóźnialscy, nie podnoś głosu. Ścisz go, a publiczność spróbuje uchwycić szept.
  7. Publiczność jest nieomylna w ocenianiu, czy dany głos jest sztuczny, czy naturalny.
  8. Postaraj się, aby pierwsze zdanie było interesujące. Nie mów rzeczy oczywistych, np: „Dziś świętujemy 25tą rocznicę”.
  9. Tylko zdenerwowani mówcy potrzebują wody.
  10. Jeśli zwięzłość jest cnotą żartu, sekretem sztuki oratorskiej jest „wiedzieć, kiedy należy skończyć”.
  11. Zanim zaczniesz, zrób krótką przerwę. Podobnie jak matka nie może zapomnieć dziecka ze swojego łona, tak i my nie możemy zapomnieć dziecka naszego umysłu.
  12. Rozpocznij mowę od zniżonego głosu.
  13. Publiczność potrzebuje zachęty; wejdź w rolę przewodnika, nie bądź bojaźliwy ani służalczy.
  14. Rozpocznij od historii, w której ty sam wypadasz gorzej od innych.

Podsumowanie:

1. Mów naturalnie.
2. Broń zawzięcie.
3. Szepcz poufnie.
4. Błagaj żałośnie.
5. Ogłaszaj dobitnie.
6. Módl się nieustannie.

– Najpierw przedstaw fabułę. Tak robił Homer; tak robił Szekspir.
– Każde położenie nacisku potrzebuje czasu.
– Wszyscy słuchają? Publiczność milczy? Przerwij, jeśli tak nie jest.
– Nigdy nie mów rzeczy oczywistych.
– Płuca napełnione powietrzem wydają drżenie (wyobraź sobie piłkę, która podskakuje na fontannie).

W tym momencie przybyli goście i arcybiskup Sheen musiał skończyć wykład.

Źródło: Thomas C. Reeves, „America’s Bishop. The Life and Times of Fulton J. Sheen”, 2001r., str. 381-382.

Więźniowie

Głosiłem rekolekcje nie tylko dla księży w różnych częściach świata oraz na uniwersytetach, dla młodych mężczyzn i kobiet, lecz również w kilku więzieniach. Wymagało to szczególnego podejścia. Kapłan może mieć przed sobą dwa tysiące osadzonych, którzy wyświadczają mu uprzejmość myśląc, że jest on białym charakterem, podczas gdy oni są czarnymi charakterami. Rozwiązałem ten problem w następujący sposób: „Panowie, między nami istnieje jedna wielka różnica. Wy zostaliście schwytani, ja nie. Innymi słowy, wszyscy jesteśmy grzesznikami”. Od tego czasu łatwo mi było do nich przemawiać.

W jednym z więzień było ponad 1700 osadzonych. Głosiłem dla nich nauki trzy razy dziennie w wielkiej sali. Obecność nie była obowiązkowa, ale obecnych było ponad 95% więźniów. Wielu z nich przychodziło do audytorium godzinę przedtem, aby zająć miejsce na końcu rzędu krzeseł w nadziei na to, że gdy będę przechodził, zatrzymam się i porozmawiam z nimi – czyniłem to przy każdej okazji.

Poklepałem jednego z mężczyzn po ramieniu i powiedziałem: „przystojny z pana mężczyzna” – i faktycznie był taki (pamiętam go bardzo dobrze. Później wysłuchałem jego spowiedzi i przywróciłem na łono Kościoła). Raz otrzymałem od niego list. Porównał siebie do małej pchły, która unosi się na rzece siedząc na zapałce, nie troszcząc się o to, czy w dole rzeki znajduje się jakiś cel, czy nie.  Zapałka się rozbiła i znalazł się on nagle na wyspie (w więzieniu) z wieloma innymi pchłami. Wielka pchła (rekolekcjonista) przybyła i dała mu nadzieję. „Od teraz jestem związany z rzeką Jordan” – napisał.

(…)

W innym więzieniu pewien osadzony przyszedł do mnie na rozmowę przed spowiedzią. Przedstawiali się zawsze w ten sam sposób: „John Jones, numer 2835, dwadzieścia lat odsiadki, morderstwo”. Nigdy nie pytałem ich o popełnione przestępstwa, chyba że sami mi o nich opowiedzieli. Lecz ów mężczyzna powiedział mi: „Jestem tutaj za meatball rap„. Zapytałem, co to znaczy. Odpowiedział: „Zostałem skazany cztery razy, a zgodnie z Prawem Sullivana w Nowym Jorku oznacza to karę dożywocia. Ukradłem męski garnitur; ukradłem samochód; sfałszowałem czek i raz dokonałem rabunku bez użycia przemocy a teraz odsiaduję dożywocie”. „Od ilu lat odsiadujesz karę?” Odpowiedział: „Od dwudziestu sześciu”.

Później napisałem list do dyrektora więzienia: „Dokumenty nigdy się nie zmieniają, lecz ludzie – tak. Ten mężczyzna na papierze jest taki sam, jak 26 lat temu, lecz w duszy nie jest tym samym człowiekiem, co ów mężczyzna z papierów”. Poprosiłem, aby rozważono jego warunkowe zwolnienie. Pewnego wieczoru zadzwonił do mnie mój przyjaciel. Powiedział: „Wyszedłem z więzienia”. „Nick, czym zajmowałeś się w więzieniu?” Odpowiedział: „Byłem kucharzem”. „Czy przyszedłbyś do mojego domu i ugotowałbyś dla mnie kolację?” Przyniósł ze sobą wielką francuską książkę kucharską zawierającą wystarczająco dużo przepisów, aby przygotowywać posiłki do końca mojego i jego życia.

W innym więzieniu, gdy wychodziłem, mężczyźni odprowadzili mnie do bram. W kieszeni trzymałem moją piuskę i postanowiłem dać ją mężczyźnie, który stał najbliżej. Zapytał: „Czy to dla mnie?”, rozpłakał się i wrócił do celi. Dwa miesiące później otrzymałem obraz. Na tym obrazie namalowane były kraty celi. Zza prętów wyciągnięte były dwie silne, zrogowaciałe dłonie trzymające fioletową piuskę.

(…)

Łatwo jest głosić rekolekcję i prowadzić ćwiczenia duchowe dla takich mężczyzn, gdyż wiedzą oni, że nie są zbyt dobrzy – a to zawsze jest warunek wejścia do Królestwa Niebieskiego. Mogą uważać się za więźniów. Lecz ja widziałem pośród nich wielu świętych  – faktycznych lub potencjalnych. Nic dziwnego, że nasz Pan powiedział: „Pierwsi będą ostatnimi, a ostatni będą pierwszymi”.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: „Treasure in Clay”, 2008r., str. 234-237.

Celibat (część 2)

Ksiądz postrzega grzech w jego prawdziwej naturze, nie tylko jako złamanie prawa. Nikt, kto przekroczył limit prędkości, nie pochyla się nad kierownicą po powrocie do garażu, aby odmówić Akt Żalu. Lecz gdy my w jakikolwiek sposób narazimy na szwank miłość Chrystusa w naszej duszy i zbagatelizujemy naszą rolę jako Jego ambasadorów, wiemy, że grzech jest zranieniem kogoś, kogo kochamy. Wyobraź sobie dwóch mężczyzn, którzy poślubili złośnice; jeden z nich był uprzednio żonaty z uroczą, piękną żoną, która umarła. Drugi nigdy przedtem nie był żonaty. Który z nich bardziej będzie cierpiał z powodu żony-sekutnicy? Z pewnością ten, który dostąpił uprzednio lepszej miłości. Podobnie jest z nami: torturują nas wyrzuty sumienia, niepokój i smutek – nie dlatego, że złamaliśmy prawo kościelne – ta myśl nigdy nie przychodzi nam do głowy. Dlatego, że zdradziliśmy najlepszą z miłości.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: „Treasure in Clay”, 2008r., str. 220.

Celibat

My kapłani zbyt często myślimy, że celibat jest czymś, co dajemy Kościołowi; tak naprawdę jest to coś, co otrzymujemy, podobnie jak dziewczyna może otrzymać oświadczyny. Negatywnym aspektem celibatu jest stworzenie pustki. Dziewicze łono Najświętszej Matki było puste; Pan je wypełnił. Istnieją w świecie dwa rodzaje pustki; pustka Wielkiego Kanionu, która jest jałowa i pustka fletu, który może wytworzyć dźwięki jedynie dzięki ludzkiemu oddechowi. Pustka celibatu jest pustką tego drugiego rodzaju. Ma w niej miejsce wyrzeczenie się części ego i wtedy ze strony Boga zostaje dany dar.

Celibat jest najtrudniejszy, gdy ustaje nasze zakochanie w Chrystusie. Wtedy staje się on ogromnym ciężarem. Gdy my, kapłani, zaczynamy postrzegać celibat w kontekście Kościoła i próbujemy analizować jego historię, socjologię i psychologię oraz temu podobne, wówczas spod tego ciężaru dobywają się jęki. Gdy widzimy celibat w relacji wobec Chrystusa, wówczas staje się on mniejszym problemem; staje się bardziej kwestią miłości. Celibat jako prawo kościelne jest trudny. Celibat postrzegany jako kwestia uczniowskiego posłuszeństwa jest również trudny, lecz jest radosny i możliwy do zniesienia.

Mógłbym narysować krzywą mojego własnego życia i jestem pewien, że każdy kapłan mógłby naszkicować podobną; moja postawa względem celibatu zawsze byłaby wprost proporcjonalna do mojej osobistej miłości Chrystusa. Gdy nasze namiętności przestają płonąć dla Niego, ich żar kieruje się ku stworzeniom. Celibat nie jest brakiem namiętności; jest on raczej intensywnością namiętności.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: „Treasure of Clay”, 2008r. str. 214.

O Komunii św. nie na rękę

Komentarz tłumacza: Arcybiskup Fulton J. Sheen przez wiele lat był krajowym dyrektorem amerykańskiego oddziału papieskiego Towarzystwa Krzewienia Wiary (Society for the Propagation of the Faith). W ramach swoich obowiązków abp Sheen nie tylko z ogromnym powodzeniem zbierał środki na misje, ale również często osobiście odwiedzał ośrodki misyjne i misjonarzy na całym świecie. W swojej ukończonej tuż przed śmiercią autobiografii „Treasure of Clay”, abp Sheen zawarł wspomnienia ze spotkań z misjonarzami oraz kilka opowieści o misjonarzach, szczególnie tych, którym przyszło posługiwać w ekstremalnie trudnych warunkach, w krajach dotkniętych zarazą komunizmu. Oto jedno z bardziej poruszających wspomnień:

Gdzie indziej w Chinach, pewien kapłan właśnie rozpoczął celebrację Mszy świętej, gdy wpadli komuniści, zaaresztowali go i uczynili go więźniem domu przylegającego do owego małego kościoła. Z okna tego domu kapłan mógł dostrzec tabernakulum. Krótko po jego uwięzieniu, komuniści otworzyli tabernakulum, wyrzucili Hostie na podłogę i ukradli święte naczynia. Kapłan postanowił wówczas adorować naszego Pana w Najświętszym Sakramencie jak tylko mógł najbardziej, dniem i nocą. Około trzeciej w nocy, zobaczył małą dziewczynkę, która tego poranka była na Mszy świętej. Otworzyła ona okno [kościoła], wdrapała się przez nie do środka, zbliżyła się do podłogi prezbiterium, uklękła na oba kolana, przycisnęła swój język do Hostii i przyjęła Komunię świętą. Ów kapłan powiedział mi, że w cyborium znajdowało się około trzydziestu Hostii. Każdej nocy o tej samej porze [dziewczynka] przychodziła [do kościoła], aż została tam tylko jedna Hostia. Gdy przycisnęła swój język, aby otrzymać Ciało Chrystusa, rozległ się wystrzał. Komunistyczny żołnierz zauważył ją. [Ta ostatnia Hostia] okazała się być jej Wiatykiem.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: „Treasure in Clay”, 2008r., str. 126-127.