Wycofanie się i powrót

Ponieważ Kościół wkracza w nową erę, będzie to czas wyzwań dla kapłanów. Dwie skrajności, których należy się wystrzegać, to z jednej strony stanie się dinozaurami, które nie potrafią przystosować się do zmian środowiska lodowcowego, a z drugiej strony stanie się fauną, która utożsamia się z lodem i ulega roztopieniu. Trwała siła Kościoła w warunkach „szoku przyszłości” będzie polegać na zastosowaniu zasady „wycofania się i powrotu”. Najpierw trzeba się odciąć od znanych wspólnot, a następnie wkroczyć na nowe terytorium.

Wycofanie ma na celu chrystianizację naszych dusz przez pokutę i medytację. Mojżesz wycofał się na szczyt góry, aby obcować z Bogiem; następnie powrócił, aby ogłosić nowe prawo i dać początek odnowionemu ludowi. Platon – w swojej analogii do jaskini – pokazał, że nikt nie może służyć potrzebom ludzkości bez wielkiej odmowy – zaparcia się własnego ego. Każdy mistyk przeżywa „ciemną noc duszy”, zanim zostanie dopuszczony do zażyłości z Bogiem; Święty Paweł wycofał się do Arabii i oddalił od obozu żydowskiego i greckiego, aby powrócić z nową Ewangelią wspólnoty, w której nie ma ani Żyda, ani Greka; Święty Benedykt wycofał się ze swego umbryjskiego miejsca urodzenia do jaskini w dolinie Subiaco, zanim zreformował rolnictwo swoim monastycyzmem. Cezar wycofał się z Rzymu do Galii w 58 r. przed Chrystusem, a dziewięć lat później przekroczył Rubikon i stał się zbawcą swojego społeczeństwa; Mahomet wycofał się do rodzinnej oazy w Mekce, aby stać się bezpośrednim przywódcą połowy Arabii. Jednak najwspanialszym przykładem jest wycofanie się i porażka w Wielki Piątek oraz powrót i zwycięstwo w Niedzielę Wielkanocną. Pozostać w miejscu lub Go opuścić – oznacza umrzeć.

Gdy znajdą się święci kapłani, którzy wycofali się do Tabernakulum, aby otrzymać moc, wtedy zapanuje powszechne poczucie ofiary w sensie przyjęcia misji wobec świata. Zbyt długo byliśmy zamknięci w sobie, z naszymi domami rekolekcyjnymi dla uświęcenia uświęconych, zamiast otworzyć je dla wszystkich, aby usłyszeli Słowo Boże i zostali przyciągnięci bliżej Jego Miłości. Światowa polityka i ekonomia będą budzić nasze zainteresowanie nie tylko dlatego, że prasa akcentuje jeden z ich aspektów, ale po to, byśmy mogli wnieść do nich moralny osąd etyki ewangelicznej. Zbyt długo byliśmy niczym Piotr, który „grzał się [przy ogniu]” (J 18,18). Kościół pod żadnym pozorem nie może utożsamiać się z umierającą kulturą; nazistowscy chrześcijanie w końcu przestają być zarówno nazistami, jak i chrześcijanami. Przywódcom Kościoła nie wolno obawiać się, że przestaną być kochani. „Jeśli jednakże stróż widzi, że przychodzi miecz, a nie dmie w trąbę, i lud nie jest ostrzeżony, i przychodzi miecz, i zabija kogoś z nich, to ten ostatni porwany jest wprawdzie z własnej winy, ale winą za jego śmierć obarczę stróża” (Ez 33, 6).

Jednym z celów wycofania się jest naładowanie naszych akumulatorów do działania. Każdy, kto kontaktuje się ze źródłami Boskiej mocy, wykazuje entuzjazm i aktywność zupełnie inne niż wtedy, gdy był cielesny i światowy. W jego piersi płonie nowa żarliwość, która pochłania to, co erotyczne, i otwiera go na wielkoduszność, która wcześniej zdawała się niemożliwa. Święty kapłan to ten, który poprzez wycofanie się otrzymuje nowe impulsy Boskości, rozlewające się później w działaniu. Bóg jest Duchem, z którym duch ludzki utrzymuje kontakt, a im głębszy jest ów kontakt, tym większa jest energia apostolska.

Wycofanie się przynajmniej na godzinę z całego dnia, aby spędzić ją na medytacji i modlitwie wstawienniczej przed Najświętszym Sakramentem, staje się powrotem z nową mocą do pracy w Kościele i do misji w świecie. Oderwanie się od ducha świata i powrót do świata przenikają się. Simone Weil, francuska żydówka, często spędzała wiele godzin przed Najświętszym Sakramentem. Napisała wtedy: „Czułam się wówczas na styku chrześcijaństwa i wszystkiego, co chrześcijańskie nie jest. Wycofanie się, zamiast prowadzić do ekskluzywności, w rzeczywistości zmierza do inkluzywności wszechświata. Życie duchowe i aktywne współgrają ze sobą. Ludzkie działanie zaczyna być wówczas postrzegane sub specie aeternitatis[1]”.

Nasze dni nie są spokojne; są to ciężkie dni próby.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: „Those Mysterious Priests”, 1978 r., str. 144-145.


[1]Łac. z perspektywy wieczności. Przyp. tłum.

Wszyscy to robią

Współczesne poddawanie Kościoła próbom jest ściśle związane z „opinią większości”. Na przykład: „Wszyscy to robią”; „Nikt w to nie wierzy od czasu Soboru Watykańskiego”; „Jesteście zacofani”; „Dajcie sobie z tym spokój”; „Cały świat zmierza w innym kierunku”. Ciężko jest na plebanii, gdy jeden kapłan chce służyć ludziom o każdej porze, a reszta księży mówi: „Wszyscy pracują tylko osiem godzin”. Upominanie się o prymat Chrystusa w wychowaniu jest dla niektórych nauczycieli czymś bliskim ukrzyżowania, gdy większość z nich mówi: „Trochę cudzołóstwa czy marihuany im nie zaszkodzi. Dziś wszystkie dzieci to robią”.

Próba „większości” może sprawiać wrażenie, że ten, kto się jej sprzeciwia, jest umysłowym kaleką. Przyjrzyjmy się jednak dwóm przykładom opinii „większości”: jednemu z Nowego Testamentu i jednemu ze Starego. Podczas procesu naszego Najświętszego Pana przed Piłatem w Jego obronie padł tylko jeden głos – głos kobiety, Klaudii Prokuli. Tłum prawie zawsze popiera ukrzyżowanie Chrystusa. Różnica między demokracją a ruchami masowymi jest następująca: w demokracji jednostki decydują same o sobie; w ruchu masowym determinacja przychodzi nie od jednostek, lecz od przywódców z byczymi rogami, jakimi byli faryzeusze, którzy w tłumie przed Twierdzą Antonia wznosili okrzyki nawołujące do śmierci Chrystusa. Mimo że „wszyscy” byli za wyeliminowaniem Chrystusa, większość nie miała racji.

W Starym Testamencie większość opowiadała się za oddawaniem czci „złotemu cielcowi”, a nawet ofiarowała swoje złoto na jego wykonanie. Kiedy Mojżesz sam się im sprzeciwił, Aaron, ich rzecznik, użył najgłupszej wymówki, jaka kiedykolwiek wyszła z ust człowieka: „I złożyli mi [złoto], i wrzuciłem je w ogień, i tak powstał cielec” (Wj 32, 24). Mojżesz miał rację, większość się myliła. Tak samo będzie na koniec: „Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?” (Łk 18, 8).

Inny przykład dotyczy dwunastu szpiegów, którzy zostali wysłani przez Mojżesza, aby zbadać Ziemię Obiecaną. Było to bardzo krótko po wyjściu z Egiptu. Po powrocie szpiedzy złożyli dwa raporty: Raport Większości i Raport Mniejszości. Raport Większości stwierdzał, że kraina ta nie może być zdobyta. „[Ten k]raj (…) jest krajem, który pożera swoich mieszkańców. Wszyscy zaś ludzie, których tam widzieliśmy, są wysokiego wzrostu.  Widzieliśmy tam nawet olbrzymów (…) a w porównaniu z nimi wydaliśmy się sobie jak szarańcza i takimi byliśmy w ich oczach” (Lb 13, 32-33). Raport Mniejszości, który przekazali Kaleb i Jozue, zawierał stwierdzenie, że Pan obiecał im ziemię: „Trzeba ruszyć i zdobyć kraj – na pewno zdołamy go zająć” (Lb 13, 30). Lud stanął po stronie większości i – jak to często bywa, gdy w grę wchodzi wiara – „Izraelici szemrali przeciwko Mojżeszowi i Aaronowi. Całe zgromadzenie mówiło do nich: «Obyśmy byli pomarli w Egipcie albo tu na pustyni».  I rzekł Pan do Mojżesza: «Dokądże jeszcze ten lud będzie Mi uwłaczał? Dokądże wierzyć Mi nie będzie mimo znaków, jakie pośród nich zdziałałem? » (Lb 14, 2,11).

Pan Bóg ukarał ich za to, że Mu nie ufali; za każdy dzień pobytu szpiegów w Jerychu Izraelici musieli spędzić jeden rok wędrując przez pustynię, czyli w sumie czterdzieści lat. Co więcej, żaden z nich, z wyjątkiem Jakuba i Kaleba, nie wszedł po upływie tego czasu do Ziemi Obiecanej; całe pokolenie wymarło na pustyni. Za każdym razem gdy niezbędne jest podjęcie wysiłku, walki i ofiary, większość ludzi narzeka i nawołuje do powrotu do Egiptu lub do duchowego niewolnictwa.

Od czasu do czasu pojawiają się statystyki mówiące, że większość kobiet katolickich dokonuje aborcji; niezależnie od tego, czy jest to prawda, czy nie, faktem pozostaje, że wiele z nich to czyni. Z takich statystyk, ze zgromadzonych nazwisk księży czy zakonnic, które sprzeciwiają się moralnej prawdzie Kościoła, wypływa założenie, że sama siła liczb dowodzi, iż mają oni rację. Zarówno wtedy, w Kadesz , jak i w naszych czasach, ufność w Kościół i jego zwierzchnika może okazać się męką. Ale Bóg nie porzucił swojego ludu wtedy, tak samo jak nie porzuca go teraz. Ci, którzy „nie popierają tego” muszą wstawiać się za tymi, którzy „popierają to”. „Odpuść więc winy tego ludu według wielkości Twego miłosierdzia” – wołał Mojżesz – „tak jak znosiłeś ten lud od Egiptu aż dotąd” (Lb 14, 19).

Wierzę, że Humanae Vitae jest jednym z największych sprawdzianów Kościoła naszych czasów. Żyjemy w czasach rozwiązłości moralnej, które cechuje uchylanie się od odpowiedzialności za wychowywanie dzieci i oddzielanie miłości doświadczeń cielesnych od miłości osoby. W tym świecie, który zrywa więź między miłością a życiem, Paweł VI potwierdza głęboki związek między nimi. Nie była to decyzja nieomylna; zbyt wyraźnie oddzieliłaby ona owce od kozłów; była to tylko moralna decyzja Głównego Pasterza, której – jak powiedział Sobór Watykański – wierni powinni się podporządkować.

To, co się stało, można porównać do rozłamu w narodzie izraelskim, gdy szpiedzy złożyli swoje raporty. Jednostki, pojedynczo lub w porozumieniu z innymi, natychmiast zbuntowały się przeciwko decyzji Kościoła. Gra toczyła się o to, czy moralny Pasterz Kościoła, który podjął decyzję po długich studiach i modlitwach, zostanie przyjęty czy odtrącony.

Prasa i niektórzy teologowie powiedzieli, że Ojciec Święty nie powinien nigdy ogłosić encykliki Humanae Vitae, ponieważ PODZIELIŁA ONA KOŚCIÓŁ. Oczywiście, że podzieliła, podobnie jak Eliasz podzielił tych, którzy musieli wybierać między Baalem a Bogiem; podzieliła ona Kościół, podobnie jak podzielił go nasz Zbawiciel: „Kto nie zbiera ze Mną, rozprasza” (Mt 12:30). Z pewnością przerzedziło to szeregi Kościoła, tak jak rozkaz Boży dla Gedeona, który zmniejszył liczebność swych wojsk armii z trzydziestu do dziesięciu tysięcy i z dziesięciu tysięcy do trzystu żołnierzy, aby stoczyć bitwę z armią liczącą około pięćdziesięciu tysięcy ludzi. Humanae Vitae, abstrahując od swojej nauki, jest być może najważniejszym dokumentem kościelnym w czasach nowożytnych. Dzięki niemu Kościół dowiedział się, jak wielu podąży za ciałem zamiast za duchem.

Być może Pan przerzedzi swoje szeregi w przygotowaniu na wielkie starcie z demonicznymi siłami zła. Ludzki charakter nie tyle wykuwany jest w codziennych, drobnych wyborach, lecz w kilku kryzysach życiowych, gdy gra toczy się o wielką stawkę. Prawdziwe katolickie życie nie składa się z rutynowych aktów pobożności; kształtuje się ono w kryzysie, gdy trzeba dokonać wielkiego wyboru; możemy albo zjednoczyć się z Pasterzem, albo przeciwko Niemu. To właśnie dlatego dni, w których żyjemy, są wielkie. Możemy podejmować decyzje, których następstwa odczujemy w wieczności.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: „Those Mysterious Priests”, 1978 r., str. 140-143.

Wystawianie na próbę

Duch świata sprzeciwia się egzaminom, dlatego w szkolnictwie dąży się do ich zniesienia. Bóg, przeciwnie, jest za wystawianiem na próbę. Już na początku Adam i Ewa nie mieli być utwierdzeni w swoich darach, dopóki nie przeszli próby, czy wolą owoc od ogrodu. Aniołowie przed nimi byli poddawani próbom. Nie wiemy, na czym polegała ta próba, ale ja podzielam przekonanie, że pozwolono im spojrzeć w przyszłość i zobaczyć Boga w uniżonej postaci człowieka. Prośba o adorowanie Tego, który tak „ogołocił samego siebie”, była poniżej ich godności, dlatego się zbuntowali. Czterdzieści lat na pustyni nazywane jest w Piśmie Świętym próbą. Nasz Pan rozpoczął swoją publiczną działalność od poddania się próbie z samym szatanem. W naszych czasach Kościół w Niemczech został poddany próbie nazizmu, Kościół w Rosji został poddany próbie komunizmu, a Kościół w innych krajach został poddany próbie światowości. Tym, co sprawia, że jest to tak trudne, jest nakaz, abyśmy wchodzili w to, co świeckie, nie stając się świeckimi, abyśmy bardziej interesowali się wszystkimi problemami świata, niezależnie od tego, czy są one kościelne, czy nie, a jednocześnie abyśmy nie stali się światowi. W dniach prześladowań strony były nakreślone bardziej wyraźnie. Kościół jest „tutaj”, prześladowcy byli „tam”. Ale trzymanie się tej cienkiej linii, trwanie w Kościele jako „znaku i zbawienia świata”, a jednocześnie nieporzucanie Kościoła, jest prawdziwą próbą.

Dzisiaj sprawdzianem jest to, czy Kościół będzie się utożsamiał z jakąś kulturą. Jedno jest pewne: jeśli Kościół poślubi ducha tej epoki, w następnej będzie już wdową. Ci, którzy pragną uczynić z Kościoła instytucję „dobrych uczynków i służby społecznej”, powinni przypomnieć sobie, że Chrystus w Apokalipsie, w Liście do siedmiu Kościołów, mówi: „Znam twoje czyny” (Ap 2, 19). Uczynki są ważne, ale nie mogą zbawić dusz, ani wybawić nas od gniewu Bożego. Kościół jest powołany przez Boga do zbawienia świata zarówno pod względem społecznym, jak i duchowym, poprzez wierność Jezusowi Chrystusowi, który jest „obcą” władzą względem tego świata. Jeśli Kościół nie jest elementem wzbudzającym niepokój, fermentem dla świata, ośrodkiem burzy dla grzechu, ognistą kulą dla jego powszechnych wygód, nie jest już Ciałem Chrystusa. Im bardziej Kościół jest wierny Ofierze Chrystusa, tym większą wrogość wzbudzają w świecie jego kapłani i wierni, i tym większy będzie jego ucisk. To dlatego Duch tak bardzo gniewa się na Kościół w Laodycei, Kościół wygodny, który unikał konfliktu. Kościół, który płonie, rozsiewa ogień. Ale by mógł płonąć, potrzebuje paliwa, które pozwoli mu dotrzeć na krańce ziemi jako Chrystusowi na swej Misji. Nawet u siebie, zamiast naśladować język, komunały, czy techniki rodem z Madison Avenue, Kościół musi rozpaczliwie naciskać, wzywając ludzi do podjęcia ostatecznej decyzji. Ogień, który Chrystus przyszedł rozpalić na ziemi, stał się dziś migotliwą świecą. Jak zauważył Malcolm Muggeridge: „Nigdy nie natknąłem się na szpital czy sierociniec prowadzony przez Towarzystwo Fabiańskie[1] albo na humanistyczną kolonię trędowatych”. Nawrócenia ustają, gdy zarówno urzędnicy, jak i duchowni przestają wierzyć w swoje produkty. Wicher wieje, a w nim pobrzmiewa narastający dźwięk liczby 666 – tak zwana cywilizacja chrześcijańska bez Chrystusa; Zmartwychwstanie bez Ukrzyżowania; Zesłanie Ducha Świętego bez trzydziestu lat posłuszeństwa i Kalwarii; Eucharystia, która jest ucztą, a nie jest także ofiarą; kapłaństwo, które jest świeckie, ale nie ofiarnicze; Jezus Superstar bez Jezusa Superblizny; świat, który zdaje się być cudownie chrześcijański, w którym ludzie mówią: „Jezus jest tutaj”. „Jezus jest tam. „Królestwo Boże jest tutaj”. Ale nie wierzcie im; Królestwo Boże przyjdzie niedostrzegalnie: „A wiedz o tym, że…[b]ędą okazywać pozór pobożności, ale wyrzekną się jej mocy” (2 Tm 3, 1,5).

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: „Those Mysterious Priests”, 1978 r. , str. 139-141.


[1] Założone w 1884 r. angielskie towarzystwo reformistyczne, mające na celu przekształcenie ustroju kapitalistycznego w ustrój socjalistyczny. Przyp. tłum.

Po powrocie z audiencji papieskiej

Pewnego wilgotnego, zimowego dnia w 1973 roku, gdy byłem jeszcze seminarzystą w [Pontyfikalnym] College’u Ameryki Północnej, podszedłem do małego, podekscytowanego tłumu gromadzącego się nieopodal obelisku na Placu św. Piotra. Ujrzałem tam samego Arcybiskupa Sheena otoczonego tuzinami ludzi. Wśród licznych uścisków dłoni, błysków flesza i autografów, ktoś wykrzyknął:

– Księże Arcybiskupie, co Ekscelencja robi w Rzymie?

– Właśnie wracam z audiencji u papieża Pawła VI – odpowiedział.

– Co papież powiedział Księdzu Arcybiskupowi? – padło z tłumu kolejne pytanie.

Arcybiskup Sheen lekko się zarumienił i odrzekł:

– Ojciec Święty spojrzał na mnie, chwycił mnie za rękę i powiedział: „Fultonie Sheenie, będziesz zajmował poczesne miejsce w Niebie”.

– A co Ksiądz Arcybiskup odpowiedział? – nagabywał inny ciekawski.

Fulton Sheen odparł z tak typowym dla niego błyskiem w oku:

– Odpowiedziałem: „Ojcze Święty, czy Wasza Świątobliwość zechciałby nadać nieomylność temu stwierdzeniu?”

Jest to, według mnie, główne przesłanie Fultona J. Sheena. Chciał pójść do Nieba; chciał zabrać tam ze sobą świat.

Źródło: Homilia kardynała Timothy Dolana wygłoszona 9 grudnia 2009 r., w 30. rocznicę śmierci abpa Sheena.

Modlitewnik na czas wojny (nowa książka)

Nakładem Wydawnictwa Esprit ukazał się właśnie „Modlitewnik na czas wojny” autorstwa arcybiskupa Fultona J. Sheena:

Z opisu redakcyjnego:

Duchowa zbroja na czasy niepokoju

Arcybiskup Fulton Sheen w czasie II wojny światowej przygotował dla słuchaczy swoich audycji wyjątkowy modlitewnik. Wiedział, że w walce potrzebujemy nie tylko broni, ale przede wszystkim duchowej zbroi, którą dla każdego z nas jest modlitwa.

Ten modlitewnik został przygotowany z myślą nie tylko o żołnierzach, ale też o wszystkich, którzy choć zostali w domu, żyją w niepewności i strachu z powodu toczącej się tuż za naszymi granicami wojny. W niebezpiecznych i niepewnych czasach, w jakich przyszło nam żyć, najgroźniejszy wróg, z jakim mamy do czynienia, to szatan, który oferuje nam tylko gniew, nienawiść i rozpacz. Ten modlitewnik każdemu z nas pomoże w wewnętrznej walce tak, byśmy mogli założyć duchową zbroję i pokonać zło, które nas doświadcza.

Książkę można zamówić pod następującym linkiem: ZAMAWIAM KSIĄŻKĘ

Jednocześnie informujemy, że nakładem Wydawnictwa Promic ukazała się ta sama książka (w wersji skróconej) pod tytułem „Modlitwy i rozważania”.

W pełni czasu (kolejna książka abpa Sheena)

Nakładem Wydawnictwa AA ukazała się książka pt. „W pełni czasu” autorstwa abpa Sheena.

Z opisu redakcyjnego:

Jesteśmy powołani do życia w pełni każdego dnia naszej codzienności. A tę pełnię życia przynosi nam Ten, który przyszedł pośród nas, gdy nastała pełnia czasów. Jak ujmuje to arcybiskup Sheen, odległość stuleci nie może oddzielić nas od Chrystusa, który żyje w swoich słowach, swoim nauczaniu, swoim przykładzie.

Jeśli poszukujesz odnowionego, pełniejszego zrozumienia i docenienia tajemnicy życia chrześcijańskiego, to ta książka ofiaruje mocną, przekonującą i praktyczną zachętę do przybliżenia się ku Bogu poprzez pogłębioną duchowość.

W czasach, w których w przyszłość przychodzi nam spoglądać z niepewnością, dobrze jest zagłębić się w słowa zawarte w tej książce i zamyślić się nad nimi. Są one na teraz i na czas, który nadchodzi. Mówią prawdę ważną na każdą porę, chociaż niekiedy jest to prawda trudna do przyjęcia. Przesłanie tu zawarte daje nam do myślenia, ale pozwala też zaczerpnąć głębokiej radości.

Przy każdym z omawianych na kartach tej książki tematów widzimy, jak wszystko wypływa od Chrystusa i do Niego powraca. W poszczególnych szkicach Autor zagłębia się w zagadnienia ofiary, solidarności, modlitwy, opuszczenia, pustki i pełni, żywotnej roli Maryi w życiu Kościoła, duszy Kościoła, zadośćuczynienia, wyzwolenia, służby i uświęcenia. Każda ze stron tej książki stawia nas wobec wyzwania, ale także podnosi, napełnia duchem i wzmacnia w naszej chrześcijańskiej wierze. Przede wszystkim jednak nasza uwaga jest tu w sposób delikatny i spokojny koncentrowana na powrót na postaci Chrystusa, Boga-człowieka, bez Którego miotamy się tylko w sposób niekontrolowany, jak mała łódka na rozszalałym morzu.

Książkę można zamówić pod następującym linkiem: ZAMAWIAM KSIĄŻKE

Rodzice i dzieci – kolejna książka abpa Sheena

Nakładem wydawnictwa Edycja Świętego Pawła ukazała się kolejna książka abpa Sheena:

Z opisu wydawniczego:

Obecnie jednym z najpoważniejszych zagrożeń dla relacji rodziców z dziećmi w krajach rozwiniętych jest rodzicielska pobłażliwość. Prawda jest taka, że wszyscy potrzebujemy ograniczeń i samodyscypliny.

Młodzi ludzie, chcąc uchronić się przed akceptowaniem ograniczeń oraz koniecznością przyjęcia powszechnych zasad, często wykazują skłonność do usprawiedliwiania swoich czynów potrzebą wolności.

Fulton Sheen po mistrzowsku odnosi się do każdego możliwego problemu, jaki rodzice mogą napotkać w swojej relacji z dorastającymi dziećmi, i pomaga im podejść do niego z miłością i rozwagą.

Książkę można nabyć pod następującym linkiem: ZAMAWIAM KSIĄŻKĘ

Kolejny cud za wstawiennictwem abpa Sheena!

W kwietniowym wydaniu włoskiej gazety Il Timone ukazał się artykuł omawiający kolejny cud, jaki dokonał się za wstawiennictwem arcybiskupa Sheena. Autorka artykułu, Raffaella Frullone, przedstawiła w nim historię kapłana zatrutego tlenkiem węgla, który w cudowny sposób przebudził się ze śpiączki.

Publikujemy polskie tłumaczenie artykułu za zgodą redakcji Il Timone. Zgodę na przedruk artykułu uzyskał dla nas pan Andrea Martegani, który prowadzi włoskojęzyczny fanpage arcybiskupa Sheena na Facebooku i któremu dziękujemy również za pomoc w tłumaczeniu tekstu artykułu.

Ks. Oscar Ziliani przebywał w Sienie, kiedy zapadł w śpiączkę. Lekarze uznali, że wyszedł z niej w zaskakujący sposób: „Był to efekt, którego nie można brać za pewnik”. Oto rezultat nieprzerwanego łańcucha modlitw kierowanych także do czcigodnego Fultona Sheena.

– Zaczadzony i zatruty tlenkiem węgla został uratowany dzięki Niebu –

„Ale ja zmartwychwstałem, czyż nie?” – w ten sposób ks. Oscar Ziliani zwrócił się ze szpitalnego łóżka do lekarza krótko po swoim przebudzeniu ze śpiączki. „Natychmiast miałem to jasne przeczucie, nie wiedząc praktycznie nic o tym, co się stało, nie wiedziałem nawet, gdzie jestem i jaki jest dzień; było to bardzo silne doświadczenie”.

Miało to miejsce 17 stycznia tego roku, ks. Oscar przebywał na oddziale intensywnej terapii szpitala w Grosseto, dokąd trafił 8 dni wcześniej z powodu bardzo poważnego zatrucia tlenkiem węgla. Cofnijmy się jednak w czasie. Ksiądz Oscar Ziliani ma 56 lat i jest proboszczem w Vezza D’Oglio, miasteczku liczącym niespełna 1500 mieszkańców, położonym w Valle Camonica, w prowincji i diecezji Brescia. Na początku stycznia, wraz z bratem w kapłaństwie, ks. Ermanno Magnolini, postanowił spędzić kilka dni na odpoczynku i modlitwie w domu wspólnego przyjaciela, ks. Alessandra Galeotti, również kapłana z Brescii, proboszcza w Quercegrossa, niedaleko Sieny. Po południu 10 stycznia obaj dotarli do celu, a wieczorem trzej księża zjedli wspólny posiłek w nowo wybudowanej plebanii w Quercegrossa, przylegającej do kościoła parafialnego, gdzie ks. Galeotti gościł przejeżdżających krewnych i przyjaciół, podczas gdy sam mieszkał w starej plebanii. Cała trójka miała się spotkać następnego dnia rano o 8:30 na Mszy Świętej. Ale ks. Oscar i ks. Ermanno nie pojawili się na umówionym spotkaniu.

„W tamtej chwili nie martwiłem się zbytnio, myślałem, że postanowili jeszcze trochę pospać – wyjaśnia ks. Galeotti – więc odprawiłem Mszę Świętą, a zaraz potem pojechałem do Sieny na fizjoterapię. W drodze powrotnej zadzwoniłem do moich przyjaciół: ks. Oscar nie odbierał, a ks. Ermanno odpowiedział mi, ale w niezbyt wyraźny sposób, więc nabrałem podejrzeń; zacząłem myśleć, że coś jest nie tak, i z innym kluczem wszedłem do prezbiterium. Było to około godziny 11.45”.

Ks. Galeotti znalazł ks. Oscara w jednym pokoju nieprzytomnego, a ks. Ermanna w drugim, w stanie zamroczenia; obaj byli zabrudzeni wymiocinami. Pomyślał, że to zatrucie pokarmowe i natychmiast wezwał pomoc. Gdy tylko personel medyczny z pogotowia przekroczył próg plebanii, czujniki, które nosili na swoich fartuchach, zaczęły wskazywać obecność tlenku węgla. Wezwano straż pożarną, a karetki pogotowia, wiozące obu księży, odjechały z wyciem syren w kierunku szpitala Misericordia w Grosseto, który dzięki komorze hiperbarycznej jest regionalnym punktem terapii dla podobnych przypadków.

Kocioł w nowej plebanii został uprzednio sprawdzony, wszystko wydawało się być w porządku, a jednak coś poszło nie tak. Sypialnia ks. Ermanna była bardziej oddalona od źródła tlenku węgla, więc jego stan wydawał się mniej poważny. Jednak sytuacja ks. Oscara była dramatyczna.

„Tlenek węgla jest bezwonnym gazem powodującym bardzo poważne zatrucia, które mogą być śmiertelne dla pacjentów całkowicie nieświadomych tego, że są odurzeni – wyjaśnia Genni Spargi, ordynator oddziału anestezji i reanimacji szpitala w Grosseto – a ks. Oscar w istocie niczego nie zauważył”.

W międzyczasie parafia w Quercegrossa przeżywała godziny udręki, jak wspomina ks. Galeotti: „To były straszne chwile, czułem odpowiedzialność za to, co się stało, za to, że naraziłem życie moich przyjaciół na niebezpieczeństwo. Ale także odpowiedzialność za wspólnotę: z niejasnych jeszcze powodów tlenek węgla był obecny w salach katechetycznych, a nawet w kościele, w którym odprawiałem Mszę Świętą, na szczęście z otwartymi drzwiami. Ale najbardziej martwiłem się o ks. Oscara, ponieważ lekarz, który jako pierwszy udzielił mu pomocy, powiedział mi wyraźnie: „To dramatyczny przypadek, on ledwo oddycha”. W tym momencie mogłem tylko przymknąć oczy i zacząłem się modlić. Wszyscy zaczęliśmy się modlić, w naszej parafii i w parafii ks. Oscara w Vezza D’Oglio, a potem utworzyliśmy modlitewny łańcuch przyjaciół rozsianych po całych Włoszech”.

Tymczasem ks. Oscar został wprowadzony w stan śpiączki farmakologicznej. „Wezwali moją siostrę – mówi ksiądz z Brescii, który wybudził się ze śpiączki – i wyjątkowo pozwolili jej wejść na oddział intensywnej terapii, ponieważ, jak jej powiedzieli, nie byli pewni, czy będzie mogła zobaczyć mnie jeszcze żywego. I dodali, że nawet gdybym został przy życiu, to nie ma pewności, czy bym się obudził, ponieważ tlenek węgla wpływa na tkanki i powoduje ich martwicę, więc skutki mogą być bardzo poważne”.

Jednakże 17 stycznia ks. Oscar, wbrew wszelkim przewidywaniom, obudził się. „Od razu wiedziałem, że jestem w szpitalu i że jestem na konkretnym oddziale. Moją pierwszą myślą było powiadomienie mamy i siostry, że tam jestem i że się obudziłem. Była tam pielęgniarka, która powiedziała mi, żebym się uspokoił, a potem zawołano do mnie lekarza, który poprosił, żebym spróbował uścisnąć mu dłoń, co uczyniłem. To on powiedział mi, że zatrułem się tlenkiem węgla i wyjaśnił, gdzie jestem”. Trzy dni po przebudzeniu ks. Oscar poczuł się lepiej i został przeniesiony na zwykły oddział tego samego szpitala. „To był bardzo nieoczekiwany rezultat – mówi dziś dr Spargi – ponieważ przybył do nas w naprawdę krytycznym stanie. Po tym, jak wszystko się potoczyło, możemy powiedzieć, że był to cud, mówię to w cudzysłowie. Ks. Oscar jest człowiekiem o wielkiej wrażliwości i zrozumiał, analizując swoją historię, co się stało i dlatego chciał nam również wyrazić swoją wdzięczność listem, który opublikowaliśmy na stronie internetowej szpitala”.

Być może jednak jest jeszcze ktoś, komu należy podziękować. Ks. Galeotti zdradza pewien szczegół: „Od pierwszego wieczoru zadawałem sobie pytanie: Kto może mi pomóc w tej mrocznej chwili żyć moim powołaniem? Komu mogę powierzyć ks. Oscara? I od razu pomyślałem o Fultonie Sheenie, którego książkę właśnie czytałem. Poprosiłem więc najbliższe mi osoby, aby przyłączyły się do mojej modlitwy za wstawiennictwem tego czcigodnego Sługi Bożego”.

Być może ten wielki amerykański biskup i kaznodzieja, zmarły w 1979 r., na którego datę beatyfikacji wciąż czekamy po tym, jak w 2019 r. uznano jego wstawiennictwo w cudownym uzdrowieniu, wyświadczył jeszcze jedną nadprzyrodzoną przysługę, w dodatku jednemu z tych kapłanów, których umiłował swoim ojcowskim sercem?

„Przekroczyłem ciemne morze pod bezgwiezdnym niebem – pisał ks. Oscar Ziliani, który podjął na nowo obowiązki proboszcza w Vezza d’Oglio, nie doznając żadnego uszczerbku zdrowiu – i dotarłem do odległych krain, w których ziarenka piasku w mojej klepsydrze były wielkości ciężkich głazów. Odwiedziłem niezbadane regiony naznaczone niepamięcią, zostałem wezwany do odtworzenia ścieżek ludzkości i – odarty z własnych mechanizmów obronnych i obnażony z emocji – rozpocząłem swoją podróż. W tym miejscu bez przestrzeni i czasu nie zobaczyłem światła na końcu tunelu, ale w tajemniczy sposób, choć nie mniej realny, poczułem wsparcie tych, którzy się o mnie troszczyli; poczułem modlitwę, siłę i energię tych, którzy się za mnie modlili, tych, którzy o mnie myśleli i wspierali mnie na wszelkie sposoby. Przebudzony z letargu niekończącego się snu, zadałam sobie pytanie, dlaczego otrzymałem tę nową szansę, której odmówiono wielu, ale która została mi dana z łaski Tego, który mnie stworzył i odkupił. Nie znalazłem odpowiedzi poza Miłością. Miłością, która utkała mnie w łonie mojej matki i powołała do życia. Dzięki miłości tak wielu ludzi, którzy, znając mnie lub nie, wstawiali się u Tego, który wszystko może”.

Autorka tekstu: Raffaella Frullone

Kto zatrzyma wojnę?

Była bardzo piękna, wyglądała na piętnaście–osiemnaście lat. Jej biała jak śnieg suknia pod szyją była zawiązana złotym sznurkiem i sięgała jej do stóp, które były ledwo widoczne i odnosiło się wrażenie, że niemal nie dotykają gałęzi drzewa. Głowę i ramiona okrywał biały płaszcz ze złotym rąbkiem, który podobnie jak suknia opadał aż do jej stóp. Dłonie miała złożone jak do modlitwy na wysokości piersi. Na prawej ręce miała zawieszony różaniec z lśniących pereł ze srebrnym krzyżem. Jej niewypowiedzianie piękną twarz spowijał blask jasny jak słońce, ale malował się na niej wyraz lekkiego smutku (…)

W tym samym czasie, gdy na wschodnim krańcu Europy Antychryst przypuścił atak wymierzony przeciwko samej idei Boga oraz społeczeństwu, doprowadzając do jednego z najstraszniejszych rozlewów krwi w dziejach ludzkości, na zachodnim krańcu starego kontynentu w pełni chwały ukazał się odwieczny wróg piekielnego węża.

Spośród sześciu objawień Matki Bożej najważniejsze było to z 13 lipca 1917 roku. Trzeba pamiętać, że wojna trwała już od trzech lat. Nawiązując do tego faktu, Maryja powiedziała:

– Ta wojna zbliża się ku końcowi. Jeżeli ludzie zrobią to, o czym wam powiedziałam, wiele dusz dostąpi zbawienia i odnajdzie pokój. Ale – dodała – jeżeli ludzie nadal będą obrażać Boga, nie minie dużo czasu, a właściwie już podczas następnego pontyfikatu rozpocznie się kolejna, jeszcze straszniejsza wojna.

I rzeczywiście, w okresie pontyfikatu Piusa XI rozgrywała się straszna wojna domowa w Hiszpanii, która była preludium do drugiej wojny światowej. W czasie tej wojny czerwoni w swojej nienawiści w okrutny sposób zamordowali trzynastu prałatów, czternaście tysięcy księży i zakonników oraz zniszczyli dwadzieścia dwa tysiące kościołów i kaplic. Następnie Matka Boża powiedziała, jaki znak będzie zapowiadał wybuch drugiej wojny światowej:

– Kiedy zobaczycie nieznane światło jaśniejące w nocy, wiedzcie, że jest to wielki znak od Boga, że zbliża się kara na świat za liczne jego zbrodnie, będzie wojna, głód, prześladowanie Kościoła i ojca świętego. W późniejszym czasie pytano Łucję, kiedy ten znak się pojawił. Odpowiadała, że chodziło o nadzwyczajną zorzę polarną, która oświetliła znaczną część Europy w noc z 25 na 26 stycznia 1938 roku. Odnosząc się do zapowiadanej wojny, Łucja mówiła: „Będzie straszna, straszna”. Kary Boże zawsze są warunkowe i można je odwrócić dzięki pokucie. Trzeba zwrócić uwagę, że Matka Boża powiedziała, iż drugiej wojny światowej można uniknąć, dodała bowiem:

– Aby temu zapobiec, przybędę, aby prosić o poświęcenie Rosji memu Niepokalanemu Sercu i o Komunię Świętą wynagradzającą w pierwsze soboty. Jeżeli moje życzenia zostaną spełnione, Rosja nawróci się i zapanuje pokój, jeżeli nie, bezbożna propaganda rozszerzy swe błędne nauki po świecie, wywołując wojny i prześladowanie Kościoła, dobrzy będą męczeni, a ojciec święty będzie musiał wiele wycierpieć. Różne narody zginą.

Przesłanie kończy się słowami nadziei i radości:

– Na koniec jednak moje Niepokalane Serce zatriumfuje. Ojciec święty poświęci mi Rosję, która się nawróci i przez pewien czas zapanuje pokój na świecie.

Ostatnie objawienie miało miejsce 13 października 1917 roku. Matka Boża zapowiedziała wcześniej, że w tym dniu dokona się cud, żeby wszyscy obecni mogli uwierzyć w Jej objawienia. Wieczorem października drogi do Fatimy zapełniły się powozami, rowerami i piechurami pielgrzymującymi na miejsce objawień. W południe 13 października w okolicy Fatimy zebrał się sześćdziesięciotysięczny tłum świadków, wśród których było wielu ludzi niewierzących i szyderców. Nie zależy nam na udowadnianiu autentyczności zjawiska, które miało miejsce w Fatimie. Ci, którzy wierzą w królestwo ducha i w Matkę Bożą, nie potrzebują dowodów, a ci, którzy odrzucają Ducha, i tak by tych dowodów nie przyjęli. Powinniśmy natomiast zastanowić się, jakie znaczenie należy przypisywać „tańcowi słońca”, który wielu ludzi widziało w dniu 17 października 1917 roku. Niczego nie możemy powiedzieć na pewno, ponieważ jednak ogólne wrażenie było przerażające, możemy pokusić się o pewne spekulacje.

Czy mogła to być zapowiedź dnia, w którym ludzie ukradną część energii atomowej ze Słońca i użyją jej nie do oświetlenia świata, ale do zrzucenia bomby z nieba na bezbronną ludność? W czasach, kiedy klęska głodu dotykała ziemię, kiedy wojny niszczyły gromadzone przez stulecia dziedzictwo ludzkości, kiedy człowiek był człowiekowi wilkiem, kiedy wielkie obozy koncentracyjne niczym Moloch pochłaniały miliony ludzkich istnień, ludzie zawsze mogli spoglądać ku niebu z nadzieją. Chociaż bowiem ziemia była okrutna, przynajmniej niebiosa pozostawały dla nas łaskawe. Czy to objawienie jest zapowiedzią, że na pewien czas niebiosa również zwrócą się przeciwko ludziom, a ogień z nieba zostanie skierowany przeciwko bezbronnym dzieciom Bożym? Nie wiemy, czy była to zapowiedź bomby atomowej. Jedno jednak jest pewne – nie oznaczało ono końca nadziei. Między ciemnymi chmurami wciąż bowiem widoczna jest wizja Pięknej Pani w niebiosach, która ma księżyc pod stopami, wieniec z gwiazd nad głową i jest obleczona w słońce. Niebiosa nie są nastawione przeciwko nam i nie dokonają zniszczenia, dopóki Ona jest Królową Nieba.

Być może jednak warto się zastanowić, dlaczego Wszechmogący Bóg w swojej opatrzności uznał za stosowne dać nam w tym czasie objawienie swojej Najświętszej Matki, aby ponownie zwrócić nas ku modlitwie i pokucie. Natychmiast przychodzi na myśl jedno wyjaśnienie. Ponieważ świat stracił Chrystusa, możliwe, że odzyska Go za pośrednictwem Maryi. Gdy nasz Najświętszy Pan miał dwanaście lat, zagubił się. Wtedy odnalazła Go Jego Matka. Teraz, kiedy znowu straciliśmy Go z oczu, być może właśnie dzięki Maryi świat odzyska swojego Boga i Zbawiciela. Inne wyjaśnienie może być takie, że Boża opatrzność kobiecie dała moc pokonania zła. W tym strasznym dniu, gdy zło po raz pierwszy pojawiło się na świecie, Bóg tak przemówił do węża w ogrodzie Eden: „Wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie a niewiastę, pomiędzy potomstwo twoje a potomstwo jej: ono ugodzi cię w głowę, a ty ugodzisz je w piętę” [Rdz 3, 15]. Innymi słowy, zło będzie miało potomstwo. Ale dobro też doczeka się potomstwa. To dzięki potędze kobiety zło zostanie pokonane. Obecnie żyjemy w godzinie zła. Chociaż bowiem do dobra należy dzień, zło ma swoją godzinę. Nasz Pan, Jezus Chrystus, zapowiedział to w chwili, gdy Judasz przyszedł do Ogrodu Oliwnego: „To jest wasza godzina i panowanie ciemności” [Łk 22, 53]. W tej godzinie zło może tylko zgasić światła nad światem – ale może to zrobić. Skoro zatem żyjemy w godzinie zła, jak inaczej mamy przezwyciężyć ducha Szatana, jeśli nie mocą Kobiety, której Wszechmocny Bóg dał nakaz zmiażdżenia głowy węża? Nie słyszy się już kłamstw, że Kościół katolicki oddaje cześć Maryi albo że stawia Ją na równi z Bogiem lub wręcz, że Maryja zajmuje Jego miejsce. Ludzie zaczynają uznawać przekazywaną przez chrześcijańską tradycję prawdę, że tak jak przez Ewę grzech pojawił się na świecie, tak też przez nową Ewę, czyli przez Maryję, na świat przyjdzie odkupienie za grzechy […].

Objawienia fatimskie są dla nas przypomnieniem, że żyjemy we wszechświecie moralnym, w którym zło pokonuje samo siebie, a dobro samo podtrzymuje swoje istnienie. Są przypomnieniem, że zasadnicze problemy tego świata nie dotyczą polityki czy ekonomii, lecz ludzkich serc i dusz, a odnowa duchowa jest warunkiem polepszenia sytuacji społecznej. Rosja Radziecka nie jest jedynym zagrożeniem dla Zachodu. Za większe zagrożenie uznać należy proces niszczenia duchowości w świecie zachodnim, któremu Rosja nadała polityczną formę i społeczną substancję. Według słów Matki Bożej Fatimskiej druga wojna światowa wybuchła, ponieważ nie było poprawy ludzkich serc i dusz.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: „Komunizm i sumienie Zachodu„, 2022 r., str. 306-313.

Ślady Krzyża

Pamiętam, że – spędziwszy cztery miesiące w szpitalu – zacząłem powoli wracać do zdrowia. Mszę Świętą sprawowałem przy ołtarzu skonstruowanym nad moim łóżkiem, w obecności kilku kapłanów i przyjaciół. Wygłosiłem spontanicznie kazanie, które tak dobrze pamiętam. Powiedziałem, że cieszę się, że miałem operację na otwartym sercu, ponieważ – gdy nasz Zbawiciel przyjdzie po nas wszystkich – sprawdzi, czy nosimy na sobie jakieś ślady Krzyża. Spojrzy na nasze dłonie, aby sprawdzić, czy zostały ukrzyżowane od ofiarnego dawania; spojrzy na nasze stopy, aby sprawdzić, czy zostały pokaleczone przez ciernie i przebite przez gwoździe, gdy szukaliśmy zaginionej owcy. Spojrzy na nasze serca, aby sprawdzić, czy otwarły się na przyjęcie Jego Boskiego Serca. Ach, jakąż radością jest dla mnie mój zraniony bok, pozwalający choć w najdrobniejszym stopniu naśladować Jego cierpienie na Krzyżu. Być może rozpozna mnie On po tej bliźnie i przyjmie mnie do swego Królestwa.

Źródło: „Treasure in Clay. The Autobiography of Fulton J. Sheen”, 2008 r., str. 359-360.