Wyzwanie #IdźDoNieba

Nowa książka abp. Fultona J. Sheena „Idź do nieba! Duchowy drogowskaz ku wieczności” stała się inspiracją do akcji ewangelizacyjnej, połączonej z modlitwą o rychłą beatyfikację Czcigodnego Sługi Bożego abp. Fultona J. Sheena.


Przyłącz się.
• Przede wszystkim pomódl się o rychłą beatyfikację abp. Sheena;
• zalinkuj nasz filmik promocyjny na swoim profilu FB https://youtu.be/0LXRSNfXTvc ;
• nagraj piosenkę i prześlij ją na adres redakcja@wds.pl lub idzdonieba@gmail.com;
• zaproś do wyzwania znajomych;
• i oczywiście przez całe życie #IdźDoNieba!

Szczegóły wyzwania dostępne są w regulaminie.

 

Rocznica sakry biskupiej Fultona Sheena

11 czerwca 1951 r. ksiądz prałat Fulton J. Sheen przyjął sakrę biskupią w bazylice św. św. Jana i Pawła na Celiusie w Rzymie. Jego głównym konsekratorem był kardynał Adeodato Giovanni Piazza. Papież Pius XII mianował Sheena tytularnym biskupem Caesariany.

Sheenbp

Co to znaczy być biskupem? Gdy nasz Zbawiciel powołał Piotra i innych Apostołów, powiedział im, że odtąd będą łowić dusze zamiast ryb. Osobną kwestią jest, czy umiejętność zapełniania sieci wzrasta dzięki awansowi kościelnemu. Statystyki nie dowodzą, że człowiek siedzący na brzegu złowi więcej ryb, jeśli odziany jest w purpurowy strój niż wtedy, gdy ubrany jest na czarno. Zdaje się jednak, że wzrasta wówczas odpowiedzialność, ponieważ rybak używa tylko haczyka, ale biskup używa kija pasterskiego, czyli pastorału. Oznacza to, że powinnością jego jest przydawać ryb Chrystusowej ławicy i owiec owczarni Chrystusowej za pomocą haczyka i pastorału*.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: „Treasure in Clay. The Autobiography of Fulton J.Sheen”, 2008 r., str. 97.

* w oryginale „by hook and by crook” – to idiomatyczne wyrażenie oznacza: „wszelkimi możliwymi sposobami”

Tajemnica Trójcy Świętej

Cairo_Trinidad

Francisco Caro, „Trójca Przenajświętsza”, ok. 1630 r.

To właśnie tajemnica Trójcy Świętej udziela odpowiedzi tym, którzy wyobrażają sobie Boga jako Boga egoistycznego, siedzącego we wspaniałości swej samotni przed stworzeniem świata, zredukowanego do Kogoś, kto kocha tylko siebie w swej samolubnej Boskości; Trójca Święta objawia nam, że – przed stworzeniem – Bóg cieszył się miłym towarzystwem swoich Trzech Osób, nieskończoną komunią z Prawdą i objęciami nieskończonej Miłości i dlatego nie musiał wychodzić poza siebie w poszukiwaniu szczęścia.

Największym cudem ze wszystkich jest zatem to, że – będąc doskonałym i ciesząc się doskonałym szczęściem – Bóg postanowił stworzyć świat. I jeśli stworzył świat, mógł mieć ku temu tylko jeden powód. Akt stworzenia nie mógł przydać Mu doskonałości; nie mógł nic przydać Jego prawdzie; nie mógł też pomnożyć Jego szczęścia. Stworzył On świat tylko dlatego, ponieważ kochał.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: „The Divine Romance”, 1935 r., strona nieznana.

Religia, która wymaga ofiary

easter-3157533_1280

Źródło: Pixabay

Prawie każdy w dzisiejszych czasach pragnie religii, lecz wszyscy chcą religii, która zbyt dużo nie kosztuje; to dlatego chrześcijaństwo jest rozwadniane, aby dogodzić współczesnemu człowiekowi. Każdy chce być zdrowy, lecz nie każdy chce przechodzić na dietę lub wyrzekać się tego, co szkodzi jego organizmowi. W podobny sposób, wielu ludzi w mętny sposób aspiruje do dobroci, lecz brakuje im woli, by osiągnąć ją przy pomocy wyrzeczeń. Dziesiątki tysięcy osób, które w minionym roku próbowały rzucić palenie, a po dwudziestu czterech godzinach widziały, jak ich postanowienie uchodzi z dymem, mogą zaświadczyć, w jak niewielkim stopniu współczesny człowiek gotowy jest do wyrzeczeń lub do zaparcia się samego siebie.

Niełatwo jest powiedzieć sobie „nie”. To dlatego wielu filozofów stworzyło filozofię życia polegającą na mówieniu „tak” każdemu impulsowi i pragnieniu, przydając temu słowu godności poprzez miano „samowyrażania się”. Lecz wciąż pozostaje faktem, że poważny postęp na każdej ścieżce życia wymaga jakiejś formy ograniczenia: lekarz, prawnik, sportowiec, piosenkarz, biznesmen – wszyscy oni muszą „w pracach żyć, gardzić pieszczoty”[1], jeśli mają osiągnąć swe ideały. Ekspert w dziedzinie języków orientalnych lub archeologii nie może być jednocześnie mistrzem gry w tenisa. Na wszystkich ścieżkach życia trzeba coś poświęcić, jeśli chce się coś zyskać; umysł rozwijany jest kosztem ciała, a ciało – kosztem umysłu.

Również religia wymaga ofiary; nie jest ona kulą, lecz krzyżem. Nie jest unikiem; jest ciężarem; nie jest ucieczką, lecz odpowiedzią. Człowiek opiera się na kuli, lecz krzyż spoczywa na naszych barkach. Tchórz może posłużyć się kulą, lecz – aby przyjąć krzyż – potrzeba bohaterstwa.

Ktokolwiek sądzi, że krzyż jest łatwy, niech najpierw przyzna, że czyni źle lub że zerwał więź miłości, a następnie niech postara się naprawić zło na drodze pokuty i samodyscypliny, a wtedy odkryje, jak wielkiej wymaga to odwagi.

Krzyż kładzie się na barkach naszej pychy i zawiści, naszych pożądliwości i gniewu, aż – siłą tarcia – wyczerpie je, prowadząc nas do wielkich, nieprzemijających radości życia. Podobnie jak kanarek, najwspanialszych pieśni uczymy się w mrokach. Gdy w klatce jest światło, kanarek nauczy się jedynie urywków melodii, lecz w ciemnościach nauczy się całej pieśni, aż przepełni się nią jego serce i już nigdy jej nie zapomni.

 

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: „Idź do Nieba! Duchowy drogowskaz ku wieczności„, 2020 r., str. 54-56.

[1]John Milton, „Lycidas” w przekładzie ks. Benedykta Lenartowicza, wers nr 72.

Do dzieci amerykańskich o polskich dzieciach

166-116358

Dzieci polskie podczas ewakuacji z sowieckiej Rosji do Iranu; 1942 r. Fot. Archiwum IPN

Słucha mnie wielka liczba dzieci, jak również setki dobrych sióstr zakonnych, które uczą te dzieci Bożych dróg. To do nich zwracam się dziś w szczególny sposób. Chcę zwrócić waszą uwagę na smutny los pewnych innych dzieci w innej części świata, którym nie możecie pomóc w sposób materialny,  ponieważ nie istnieje sposób na przyjście im z pomocą. Lecz dlaczegóż miałoby nas to martwić? I tak nigdy nie wierzyliśmy, że jedynie człowiek może pomóc człowiekowi. Bóg może im pomóc, i to do naszego Boskiego Pana pójdziemy.

Mam konkretnie na myśli pięćset tysięcy polskich dzieci poniżej szesnastego roku życia, znajdujących się w Rosji. Ich historię opowiedział mi niedawno ksiądz biskup Gawlina – biskup polowy Polskich Sił Zbrojnych, który obecnie przebywa w Stanach Zjednoczonych, reprezentując polskie ofiary wojny. Powiedział mi, że te dzieci kiedyś żyły we własnych domach, jak wy i ja; spały kiedyś one we własnych łóżkach, jak wy i ja; zasiadały niegdyś przy stołach z nożem i widelcem, by spożywać przy ich pomocy jedzenie, jak wy i ja; kiedyś ubierały się do szkoły i wracały do domu, do swych matek i ojców, jak wszystkie dzieci w wieku szkolnym. Dzisiaj troje na czworo z tych dzieci jest sierotami; umierają one setkami z braku kawałka chleba, który my rzucilibyśmy pod stół naszemu psu; są zbyt chore, by tęsknić za domem, są zbyt zmęczone, by się bawić, zbyt głodne, by się śmiać. A los tych dzieci bez wątpienia nie jest gorszy niż los setek tysięcy ich rówieśników w okupowanej przez Niemcy Polsce. Mają z wami tylko jedną wspólną rzecz – swoją wiarę. Czy będziecie się za nie modlić każdego dnia w domu i w szkole, dodając wezwanie do Matki Bożej Częstochowskiej, która jest patronką Polski? Proście Matkę Bożą, by wstawiała się u swojego Boskiego Syna, aby te dzieci pewnego dnia mogły zostać uwolnione ze swego wygnania i aby mogły zostać sprowadzone z powrotem do domu. Podobnie jak Maryja zgubiła kiedyś swojego Syna na trzy dni, tak teraz zgubiła Ona pięćset tysięcy swoich dzieci – na trzy lata. Powiedzcie Jej, aby nie szukała ich w świątyni, albowiem nie mają one świątyni, w której mogłyby się schronić. Powiedzcie Jej, aby szukała ich w kraju, do którego nie należą. Zrobicie to, prawda? Są to wielcy ludzie. Wiele wycierpieli w tej godzinie zła. Czy chciałybyście wrócić do domu, gdybyście były jeńcami wojennymi w Japonii? Owe małe dzieci chcą znaleźć się na powrót we własnym domu. Dlatego mówię wam: Módlcie się! Módlcie się! Módlcie się! Zło ma swoją godzinę. Czy nie możecie czuwać przez godzinę?

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: „Evil has its Hour”, fragment przemówienia wygłoszonego 14 marca 1943 r.

Kapłan i jego Matka

MotherPriest

Źródło: Pinterest (autor nieznany)

Każdy kapłan ma dwie matki: jedną w ciele, a drugą w duchu. O wiele więcej wiadomo o tej pierwszej; znacznie więcej napisano o tej drugiej. Między tymi matkami nie istnieje rywalizacja większa niż rywalizacja między ziemskim ojcem a Ojcem Niebieskim. W przeszłości, jednym z pierwszych aktów cielesnej matki było złożenie syna u stóp Matki Najświętszej, jak uczyniła matka autora tej książki, co oznaczało oddanie dziecka Maryi. Jak wiele sekretnych rozmów odbyły te dwie matki – rozmów, w których matka w ciele błagała Matkę w Chrystusie, aby pozwoliła synowi pewnego dnia trzymać w swych dłoniach hostię i kielich?

Jeśli prawdą jest (jak mówią Ojcowie), że Maryja poczęła w swym sercu, zanim poczęła w swym łonie, czyż tego samego nie da się powiedzieć o matkach wielu kapłanów? Niektórzy kapłani zostali powołani w jedenastej godzinie, lecz wiele matek może sparafrazować Księgę Przysłów i powiedzieć: „Jeszcze nie miałam syna, a już poczęłam kapłana”. Podobnie jak Bóg zwrócił się do Maryi, by spytać, czy zechciałaby dać Mu ludzką naturę, tak często zwraca się do matki kapłana, by spytać ją o zgodę na przedłużenie Jego kapłaństwa. Gdy spełni się marzenie matki, jakie myśli przenikają duszę jej syna – teraz już kapłana?

Najpierw kapłan rezygnuje z ziemskiej miłości do kobiety, podobnie jak Maryja zrezygnowała z ziemskiej miłości do mężczyzny. Jego „nie znam żony” równoważy Jej „nie znam męża” (Łk 1, 34). To wyrażenie w Piśmie Świętym oznacza cielesne zjednoczenie, jak w Księdze Rodzaju (4, 1): „Mężczyzna zbliżył się do swej żony Ewy. A ona poczęła”. Od początku kapłan wie, że miłość jest zarazem afirmacją i negacją. Każda deklaracja miłości jest ograniczeniem dla wszystkich konkurencyjnych miłości. Mężczyzna żonaty nakłada na siebie ograniczenia odnośnie do wszystkich kobiet z wyjątkiem jednej. Kapłan nie dopuszcza żadnego wyjątku, i czyni to w pełni wolności. We Wcieleniu Bóg ustanowił  w ludzkości przyczółek poprzez wolny wybór kobiety; teraz nasz Pan znajduje przedłużenie swojego kapłaństwa w wolnym akcie kapłana. Czeka On na naszą zgodę.

Nasza ziemska matka pragnęła począć, lecz było nie do przewidzenia, kiedy to się dokona. Inaczej jest z kapłańskim poddaniem się podczas święceń. Przypomina ono poddanie się Maryi. Pragnęła swego Syna i poczęła. Podobnie kapłan zapragnął należeć do Boga i może określić konkretny dzień i godzinę. Im bardziej się poddaje, tym lepiej wie, że wolni są tylko ci, którzy są zniewoleni przez Chrystusa.

Lecz kapłan nie może żyć bez miłości. Najświętsza Matka wiedziała, że nie można począć bez ognia i namiętności. Skąd mógł wziąć się syn, skoro „nie znała męża”? Niebo miało odpowiedź. Z pewnością potrzebny był ogień i miłość, lecz ogniem tym i tą miłością miał być Duch Święty.

Podobnie kapłan nie może żyć bez miłości. Skoro ma rodzić dusze, skoro ma być „ojcem” płodzącym innych w Chrystusie, potrzebna jest miłość. Ta miłość jest identyczna z miłością Maryi; osłania go ogień i pasja Ducha Świętego. Podobnie jak w Maryi dziewictwo zjednoczyło się z macierzyństwem, tak w kapłanie ma istnieć jedność dziewictwa i ojcostwa. Nie jest to jałowość lecz płodność, nie jest to brak miłości, lecz jej ekstaza.

Następnym etapem miłości kapłańskiej jest posługa.

Bo i Syn Człowieczy nie przyszedł, aby Mu służono, lecz żeby służyć.

(Mk 10, 45)

Duchowe macierzyństwo Maryi nie było przywilejem oddzielonym od jej człowieczeństwa; podobnie jest z duchowym ojcostwem kapłana. Nic tak nie rozbudza służby dla innych niż poczucie własnej niegodności, gdy nawiedza nas łaska Boża. Maryja, spiesząc poprzez góry, by nawiedzić krewną, ukazuje jak Ona, Służebnica Pańska, stała się służebnicą Elżbiety. Daje Ona również kapłanowi przykład ochoczego oddania się tym „którzy nas kochają w wierze” (Tt 3, 15), całemu rodzajowi ludzkiemu. Podobnie jak wizyta Maryi uświęciła Jana Chrzciciela, tak wizyta kapłana-żertwy zawsze uświęci dusze.

Każde wezwanie do chorego będzie dla kapłana ponownym odsłonięciem tajemnicy Nawiedzenia. Niosąc na piersi Najświętszy Sakrament, pieszo czy w pojeździe, staje się drugą Maryją niosącą ukrytego Chrystusa w Jej przeczystym ciele. Niezwłocznie, nie ociągając się w obliczu zmartwienia rodziny, kapłan – niczym Maryja – „spieszy”, gdyż nic nie wymaga takiego pośpiechu jak potrzeba innych. Im bardziej należy on do Chrystusa, tym bardziej prawdopodobne jest, że będzie wzywany przez tych, którzy otwierają swe drzwi przynoszącemu Najświętszy Sakrament. „[S]koro głos Twego pozdrowienia zabrzmiał w moich uszach” (Łk 1, 44), moje serce podskoczyło z radości. Święty kapłan inspiruje śpiew Magnificat podczas każdej wizyty u chorego, gdy rodziny w parafii mówią do niego: „A skądże mi to, że [drugi Chrystus] przychodzi do mnie” (Łk 1, 43)?

Kapłana cechuje głęboka miłość do Maryi nie tylko w jego lepszych chwilach, lecz także w jego upadkach. Ufa Jej wstawiennictwu, by pokonać swoje słabości. Zwłaszcza wtedy liczy na Jej szczególną uwagę, gdyż wie, że dziecko, które najczęściej upada, zwykle otrzymuje od matki najwięcej pocałunków.

Jeśli kiedykolwiek zapanuje nad nim natura Szymona, jeśli nadejdą chwile, w których, niczym Demas, „umił[uje] ten świat” (2 Tm 4, 9); jeśli zasłynie w parafii jako „golfista”, „klawy facet” albo „jeden z chłopaków” zamiast jako dobry kapłan, wówczas będzie wiedzieć, do kogo musi się udać po pomoc, aby na nowo odnaleźć Chrystusa. Musi pójść do Maryi. Ona również „zgubiła” Chrystusa. Owa fizyczna utrata była symbolem straty duchowej, której doświadcza kapłan, utraciwszy swój pierwszy zapał. Serce Maryi przebijane jest mieczem za każdym razem, gdy gubi się alter Christus. Lecz wyrusza Ona również na jego poszukiwanie. Posiadać Boga i utracić Go jest większą stratą niż nigdy Go nie posiadać. Maryja i słaby kapłan cierpią wspólnie, lecz w różny sposób. Odczuwała Ona ciemność utraty Boga, gdy nastoletni Jezus pozostał w Jerozolimie bez Jej wiedzy (Łk 2, 43). To w tym momencie Maryja stała się Ucieczką Grzeszników. Zrozumiała, czym jest grzech, ponieważ Ona, stworzenie, doświadczyła utraty Stwórcy. Utraciła swe Dziecko jedynie w mistycznej ciemności duszy, podczas gdy kapłan, który upada, odczuwa moralną czerń swego niewdzięcznego serca. Lecz Maryja odnalazła Dziecię. Wszystkim biskupom i kapłanom we wszystkich stuleciach dała Ona lekcję, że nie wolno nam czekać, aż zagubieni powrócą; musimy udać się na ich poszukiwanie. Jej wstawiennictwo pomoże nam w najbardziej beznadziejnych przypadkach, gdy – powtarzając za świętym Augustynem – zwrócimy się do Niej słowami: „To, co wszyscy inni święci mogą uczynić z Twoją pomocą, Ty możesz uczynić bez nich”.

Podczas uczty weselnej w Kanie, Maryja uczy kapłana, jak bardzo należy on do Kościoła i w jak niewielkim stopniu do samego siebie. Aż do owej chwili i podczas tej uczty nazywana jest „Matką Jezusa” (J 2, 1, 3). Jednakże pod jej koniec staje się „niewiastą” (J 2, 4). To, co się tam wydarzyło, przypomina moment, w którym Chrystus zgubił się na trzy dni. Maryja powiedziała wtedy: „Ojciec Twój i ja” (Łk 2, 48), a nasz Pan natychmiast przypomniał Jej o swym Niebieskim Ojcu, przypominając tajemnicę Zwiastowania i fakt, że Józef był jedynie domniemanym ojcem.

Od tego momentu święty Józef znika z Pisma Świętego; więcej go nie widzimy. W Kanie „Matka Jezusa” prosi Syna, aby ukazał swą mesjańską rolę i Boskość; nasz Pan mówi Jej, że w momencie, w którym zdziała cud i rozpocznie swą publiczną działalność, podąży ku swojej „Godzinie”, ku Krzyżowi. Gdy na Boskie spojrzenie „woda stała się winem”, Ona stała się „niewiastą”. Podobnie jak święty Józef znika w Świątyni, tak Maryja jako Matka Jezusa znika, by stać się Matką wszystkich, których On odkupi. Nigdy już nie przemówi w Piśmie Świętym. Wypowiedziała swe ostatnie słowa i jakże pięknym były one pożegnaniem:

Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie.

(J 2, 5)

Maryja jest teraz „powszechną Matką”, niewiastą, której potomstwo jest liczniejsze od ziaren piasku w morzu.

Dzięki przykładowi i wpływowi Maryi, w życiu kapłana przychodzi moment, w którym pojmuje, że nie należy do swojej rodziny, do swojej parafii, diecezji i kraju. Należy do misji i do świata; należy do ludzkości. Im bardziej kapłan zbliża się do misji Chrystusa, tym bardziej kocha każdą duszę na ziemi. Podobnie jak Maryja „matkowała” wszystkim ludziom pod Krzyżem, tak kapłan im „ojcuje”. Żaden biskup nie jest konsekrowany dla danej diecezji; jest konsekrowany dla świata. Jest przydzielony do diecezji wyłącznie ze względów jurysdykcyjnych. Kapłan nie jest wyświęcany dla diecezji; wyświęcany jest dla dusz. „On nie należy do naszej parafii” jest wystarczającym powodem do niezajmowania się nim w odniesieniu do małżeństwa, lecz nie jest to wystarczający powód dla niepostrzegania petenta jako członka Kościoła, mającego prawo do mleka ludzkiej uprzejmości. Święty Tomasz z Akwinu mówi nam, że Maryja podczas Zwiastowania przemawiała w imieniu całej ludzkości. W Kanie została dana ludzkości; u stóp Krzyża została ogłoszona Matką rodzaju ludzkiego.

Nabożeństwo do Maryi chroni każdego kapłana przed byciem najemnikiem, sługą najemnym ze stałymi godzinami, przydzielonymi zadaniami, granicami parafii i bez zaginionych owiec. Kapłan nigdy nie jest „na służbie”. Wszędzie jest „na miłości” – na polu golfowym, w samolocie, w restauracji, w szpitalu. Żaden człowiek nie jest mu obcy. Każda dusza jest albo potencjalnym nawróconym, albo potencjalnym świętym.

Na Kalwarii Maryja uczy kapłana współczucia. Święci, którzy najmniej folgują sobie, są najbardziej wyrozumiali wobec innych. Lecz kapłan, który wiedzie łatwe, nieumartwione życie, nie może mówić językiem zatrwożonych. Jeśli bez potrzeby trzyma wysoko głowę, nie może się schylić, by pocieszać; a jeśli się schyla, jest w nim protekcjonalność, a nie współczucie. Natomiast dobry kapłan widzi Maryję w prochu ludzkiego życia; żyje Ona pośród przemocy, prania mózgów, fałszywych oskarżeń, oszczerstw i wszystkich innych narzędzi terroru. Niepokalana jest ze skalanym, bezgrzeszna z grzesznikiem. Nie ma w Niej pretensji ani zgorzknienia, lecz jedynie żal – żal, że nie widzą ani nie wiedzą, jak miłująca jest Miłość, którą posyłają na śmierć.

Maryja przewyższa wszystkich swą czystością; w swoim współczuciu jest Ona obecna pośród przekleństw, cel śmierci, katów, oprawców i krwi. Człowiek może być tak owładnięty swą grzesznością, że nie zawoła do Boga o przebaczenie, lecz nie powstrzyma się przed przywołaniem wstawiennictwa Bożej Matki. Skoro dobrej, Najświętszej Matce Maryi, która zasłużyła na to, by być wolną od zmazy, dany został krzyż na mocy szczególnej opatrzności Jej Syna, jakże my, którzy Jej nie dorównujemy, możemy spodziewać się, że uciekniemy od krzyża? „Co takiego złego uczyniłem, żeby na to zasłużyć?” jest okrzykiem pychy. A co uczynił Jezus? Co uczyniła Maryja? Niech nikt nie złorzeczy Bogu za to, że zesłał mu krzyż; bądźmy wystarczająco mądrzy, żeby zrozumieć, że jest przy nas Maryja, czyniąc krzyż lżejszym, słodszym, czyniąc go Jej własnym krzyżem!

Każda niedola, każda rana tego świata jest naszym udziałem jako kapłana. Jak długo niewinny kapłan przebywać będzie w więzieniu prześladowcy, jestem w więzieniu. Jak długo misjonarz będzie pozbawiony dachu nad głową, jestem bezdomny. Jeśli ma istnieć współczucie, muszę dzielić z nimi ich niedolę. Kapłan nigdy nie będzie siedział i przyglądał się wrogości świata wobec Chrystusa, wiedząc, że współpraca Maryi była tak rzeczywista i aktywna, że stała Ona u stóp Krzyża.

W każdym przedstawieniu Ukrzyżowania widzimy Magdalenę pokłonioną, z twarzą ku ziemi, niemal zawsze u stóp naszego Pana. Lecz Maryja stoi.

Wreszcie, Maryja jest obecna przy śmierci każdego kapłana. Miliony razy prosił Maryję, by modliła się za niego „w godzinie śmierci mojej”. Należy mieć nadzieję, że w czasie całego swojego kapłaństwa raz w tygodniu sprawował Mszę Świętą ku Jej czci. Każdego dnia głosił śmierć Pana w Eucharystii (1 Kor 11, 26), a teraz nadchodzi koniec – nie koniec jego kapłaństwa, gdyż ono nigdy się nie kończy: „Tyś Kapłanem na wieki na wzór Melchizedeka” (Ps 110, 4; Hbr 5, 6). Lecz jest to koniec okresu próbnego. Jest to ta chwila, w której kapłan najbardziej wygląda wstawiennictwa Maryi. Widzi przed sobą krucyfiks i raz jeszcze słyszy, jak Jego Pan mówi do niego: “Oto Matka twoja” (J 19, 27). Śmierć dla zbawionych jest ponownym niemowlęctwem, powtórnym narodzeniem. To dlatego w liturgii określana jest mianem natalitia, święto narodzin. Świat celebruje urodziny, gdy ludzie rodzą się w ciele; Kościół świętuje wtedy, gdy dusze rodzą się w Duchu.

Lecz kapłan wie, że Maryja przeżywa poród, ponieważ widzi on teraz wszystkie swe upadki w białym świetle wieczności. W Betlejem, gdy wydała na świat Najwyższego Kapłana, oszczędzony jej został ból, ale pod Krzyżem doświadczyła bolesnych skurczów porodu, stając się „niewiastą” lub Matką wszystkich. Ambasador Jej Boskiego Syna czuje teraz, jak wiele dodatkowego smutku Jej przysporzył. Lecz nie zrzuci Ona tego ciężaru, podobnie jak nie odrzuciła Jana, który w istocie był marnym substytutem Jezusa.

Dwa słowa ustawicznie wydobywają się z ust kapłana: „Jezus” i „Maryja”. Zawsze był kapłanem – teraz, wreszcie, w godzinie śmierci, jest również żertwą. Najwyższy Kapłan dwukrotnie był Żertwą – przychodząc na świat i opuszczając go. Maryja była obecna przy obu ołtarzach – w Betlejem i na Kalwarii. Maryja była również obecna przy ołtarzu kapłana w dniu jego święceń i towarzyszy mu w godzinie jego śmierci.

Matka kapłanów! W Jej życiu zawsze były dwie miłości: miłość życia Jej Syna i miłość śmierci Jej Syna. Te same dwie miłości Maryja żywi do każdego kapłana. We Wcieleniu była Ona ogniwem łączącym Izrael i Chrystusa; pod Krzyżem i w dniu Pięćdziesiątnicy była ogniwem łączącym Chrystusa i Jego Kościół. A teraz jest ogniwem między kapłanem-żertwą i Tym, który zawsze „wstawia się za nami w niebie”.

Źródło: „Kapłan nie należy do siebie„, 2018 r., str. 339-409.

Idź do nieba!

Z radością przedstawiamy kolejną książkę arcybiskupa Sheena, która ukazuje się w polskim przekładzie nakładem Wydawnictwa Diecezjalnego i Drukarni w Sandomierzu.

EDIT z 5.06.2020 r.:

Nie minęło jeszcze 5 dni od premiery książki „Idź do nieba! Duchowy drogowskaz ku wieczności”, a już stała się ona BESTSELLEREM!!

Z opisu wydawniczego:

Ostatnimi czasy na rynku wydawniczym pojawiło się wiele publikacji najpopularniejszego amerykańskiego kaznodziei abp. Fultona J. Sheena. Nie dziwi to wcale tych, którzy znają książki Arcybiskupa. Ale zarówno tych, którzy przeczytali już niejedną publikację, jak i tych, którzy o Arcybiskupie Sheenie słyszą pierwszy raz, zapewniamy: TĘ KSIĄŻKĘ MUSISZ PRZECZYTAĆ!
Dlaczego? Bo to doskonały drogowskaz do bycia szczęśliwym i kolejny stopień w dostaniu się do nieba!

„Świat – podobnie jak w czasach Arcybiskupa Sheena – gdy słyszy głoszone prawdy o sądzie Bożym, czyśćcu, niebie lub piekle, nie tylko spycha je na margines, ale stanowią one podstawę do oskarżeń tych, którzy je głoszą. W naszej wędrówce, która jest wstępnym zaproszeniem dla każdego na własnej drodze do nieba, trzeba uchwycić się słowa Bożego, które jest światłem: „Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdoła pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują” (1 Kor 2, 9).

abp Wacław Depo, metropolita częstochowski, ze wstępu

Ci z Państwa, którzy pragną zapoznać się z fragmentem książki abp. Fultona J. Sheena „Idź do nieba!”, mogą to uczynić, zaglądając do nowo powstałego działu strony internetowej Wydawnictwa: CZYTAJ ONLINE

Osoby zdecydowane na zakup mogą to uczynić pod następującym linkiem: KSIĄŻKA

A na zwolenników książek w formie elektronicznej czeka już E-BOOK

Ponadto książka dostępna jest w ZESTAWIE PREZENTOWYM 

zestaw-prezentowy

oraz w ZESTAWIE NIEBO +

Nieboplus

Niepokój współczesnego człowieka

sad-2635043_640

Źródło: Daniel Reche, Pixabay

Współczesny człowiek zatrzasnął się w więzieniu swojego umysłu i jedynie Bóg może go uwolnić, jak uwolnił z lochów św. Piotra. Sam człowiek musi jedynie okazać pragnienie wydostania się. Bóg nie zawiedzie; jedynie nasze ludzkie pragnienie jest słabe. Nie ma powodu do zniechęcenia. Serce i pomocna dłoń Pasterza bardziej skupiły się na jagnięciu beczącym w cierniach niż na trzódce pasącej się na spokojnych pastwiskach. Lecz odzyskanie pokoju dzięki Jego łasce wymaga zrozumienia niepokoju i ogromnej skargi zniewolonego współczesnego człowieka.

Współczesny niepokój różni się od niepokoju poprzednich i bardziej normalnych epok w dwojaki sposób. W innych czasach ludzie niepokoili się o własne dusze, lecz współczesny niepokój przede wszystkim skupia się na ciele; głównymi troskami dzisiejszej epoki są bezpieczeństwo ekonomiczne, zdrowie, cera, bogactwo, prestiż społeczny oraz seks. Sądząc po lekturze współczesnych reklam, można by dojść do wniosku, że największą katastrofą, która mogłaby spaść na człowieka, są przesuszone dłonie lub kaszel w strefie T*. To przywiązywanie nadmiernej wagi do bezpieczeństwa ciała nie jest zdrowe; zrodziło się z niego pokolenie, które bardziej przejmuje się posiadaniem kamizelek ratunkowych nakładanych podczas morskiej podróży niż kabiną, w której ma mieszkać i którą ma się cieszyć.

Drugą charakterystyczną cechą współczesnego niepokoju jest to, iż nie jest to strach przed obiektywnymi, naturalnymi zagrożeniami, takimi jak błyskawice, dzikie zwierzęta i głód; jest on subiektywnym, niejasnym strachem przed tym co – jak sądzimy – mogłoby być niebezpieczne, gdyby się wydarzyło. To dlatego postępowanie z ludźmi, których cechuje współczesny niepokój, jest tak trudne; nic nie da tłumaczenie im, że nie istnieje żadne zewnętrzne niebezpieczeństwo, ponieważ zagrożenie, którego się obawiają, tkwi w nich samych, i dlatego postrzegają je oni za nienormalnie rzeczywiste.

Ważne jest, by – uwzględniając aktualne położenie człowieka łącznie z jego przeszłością – zgłębić podstawowy powód i podłoże niepokoju, gdyż aspekt psychologiczny jest tylko jednym, powierzchownym przejawem tegoż położenia. Filozofia niepokoju bierze pod uwagę fakt, że człowiek jest istotą upadłą, złożoną z ciała i duszy. Stojąc pomiędzy zwierzęciem a aniołem, żyjąc w skończonym świecie i aspirując ku nieskończoności, poruszając się w czasie i dążąc do wieczności, człowiek pociągany jest w jednej chwili ku przyjemnościom ciała, a w innej – ku radościom ducha. Znajduje się on w nieustannym stanie zawieszenia pomiędzy materią a duchem, i można go przyrównać do himalaisty, który pragnie zdobyć wysoki szczyt, a jednocześnie – spoglądając za siebie ze swojej obecnej pozycji – boi się, że spadnie w przepaść, która się pod nim rozpościera. Ten stan nieokreśloności i napięcia między tym, kim powinien być, a tym, kim jest, ta szarpanina między jego zdolnością do odczuwania przyjemności i jej nędznym spełnieniem, owa świadomość dystansu między jego tęsknotą za wierną, nienasyconą miłością a marnymi fascynacjami, z ich powracającym poczuciem przesytu, to wahanie się między poświęcaniem niższych wartości, by osiągnąć wyższe ideały, a całkowitą rezygnacją z tych ostatnich; to przyciąganie starego Adama i piękny magnetyzm nowego Adama; ta konieczność wyboru między dwiema drogami – jedną prowadzącą ku Bogu i drugą, która wiedzie w przeciwnym kierunku – to wszystko sprawia, że człowiek napełnia się niepokojem w kwestii swojego przeznaczenia ponad gwiazdami, obawiając się zarazem upadku w otchłanie piekielne.

W każdym człowieku działa prawo podwójnej grawitacji; jedna przyciąga go ku ziemi, gdzie doświadcza prób, a druga ciągnie go ku Bogu, tam, gdzie jest jego szczęście. Niepokój, który leży u podstaw wszelkich obaw współczesnego człowieka, wynika z jego usiłowania, by być sobą bez Boga, lub z usiłowania, by przekroczyć samego siebie bez Boga. Przykład himalaisty nie jest precyzyjny, gdyż nie ma on pomocnika na szczycie, na który się wspina. Tymczasem człowiek ma pomocnika – Bóg ze szczytu wieczności, jeszcze zanim człowiek zwróci się do niego w błaganiu, wyciąga swą wszechmocną dłoń, by go podźwignąć. Oczywiste jest, że nawet jeśli unikniemy wszystkich niepokojów współczesnego życia ekonomicznego, nawet jeśli uda nam się uniknąć wszystkich napięć, które psychologia znajduje w nieświadomości i świadomości, powinniśmy wciąż odczuwać wielki, podstawowy, fundamentalny niepokój wynikający z faktu, że jesteśmy stworzeniem. Niepokój bierze się zasadniczo z nieuregulowanych pragnień; stworzenie pragnie czegoś, czego nie potrzebuje, czegoś, co sprzeciwia się jego naturze lub czegoś, co jest szkodliwe dla jego duszy. Niepokój wzrasta w takim stopniu, w jakim człowiek oddala się od Boga. Każdy człowiek na świecie cierpi na kompleks niepokoju, ponieważ jest w stanie być albo świętym, albo grzesznikiem.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: „Idź do nieba”, 2020 r., str. 30-34.

 

* Arcybiskup Sheen ironizuje, łącząc w jeden problem kaszel z problemami skórnymi występującymi często w tzw. strefie T, obejmującej czoło i nos oraz brodę. Przyp. tłum.

O Świętach Wielkanocnych

Rafael_-_ressureicaocristo01

Rafael Santi, „Zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa”, 1502 r.

Jeśli ktoś jest ma tak nienaukowe podejście, że kieruje się wyłącznie uprzedzeniami, musi wymyślić tysiąc odrębnych odpowiedzi na tysiąc pytań. Przykładowo, jeśli ktoś nie przyjmuje do wiadomości istnienia cudów, musi wymyślić w życiu Chrystusa odrębne wytłumaczenia dla Jego chodzenia po wodzie oraz dla rozmnożenia pokarmów i wykarmienia nimi tłumów. Podobnie jest z tymi, którzy odrzucają historyczne, udokumentowane dowody Zmartwychwstania. Skoro – według niektórych – Chrystus nie powstał z martwych mocą Boga, która jest Jego mocą, muszą oni wymyśleć sposoby na wytłumaczenie Jego objawienia się w Niedzielę Wielkanocną i w kolejnych czterdziestu dniach.

Przestudiowanie tych wymuszonych wytłumaczeń, które bywają o wiele trudniejsze do zaakceptowania przez rozum niż samo Zmartwychwstanie, może być dość interesujące. Teoria, która spotkała się z akceptacją w bezbożnych kręgach w XIX wieku, głosiła, że Chrystus tak naprawdę nie umarł na Krzyżu. Był On jedynie w stanie szoku lub śpiączki spowodowanych agonią na Krzyżu; gdy chłód grobu przywrócił Mu siły, ukazał się On wśród ludzi wmawiając im, że powstał z martwych, kreując w ten sposób wiarę w Zmartwychwstanie.

Przyjrzyjmy się tymczasem faktom zapisanym przez tych, którzy byli świadkami wydarzeń mających miejsce w Wielki Piątek i w Wielkanoc, i którym później poderżnięto gardła za głoszenie tej nowiny. Przede wszystkim podwójnie upewniono się, że Chrystus faktycznie umarł; zbadały to zarówno władze żydowskie, jak i władze rzymskie. Oba gremia doszły do tego samego wniosku. Poza tym rzymski setnik, który odpowiedzialny był za egzekucję, wiedząc, że obaj łotrzy żyją jeszcze, połamał im kości. Wreszcie przeszył włócznią bok Chrystusa i wypłynęła z niego krew z wodą, dając w ten sposób dowód na to, że nastąpiło całkowite zatrzymanie akcji serca. Nawiasem mówiąc, w tym właśnie momencie ten, który był poganinem, stał się drugim owocem Drzewa Krzyża – pierwszym owocem był łotr po prawicy Pańskiej – gdy wykrzyknął: „Zaprawdę, Ten jest Synem Bożym.”.

W późniejszym czasie ci, którzy próbowali zanegować fakt Zmartwychwstania, usiłowali go wytłumaczyć na gruncie psychologicznym. Ta nowa teoria jest następująca: apostołowie i inni uczniowie naszego Pana często słyszeli z Jego ust, że będzie ukrzyżowany i że powstanie z martwych. To przekonanie zakorzeniło się w ich podświadomości. W Wielki Piątek wszelkie ich nadzieje zostały zniweczone przez Jego haniebną „klęskę” i śmierć. Szok, jaki przeżyli, spowodował, że ich podświadomość zaczęła projektować w ich umysłach złudzenie, iż Chrystus zmartwychwstał i to złudzenie głosili niczym fakt.

Teoria ta błyskawicznie rozpada się na kawałki, gdy przypomnimy, że apostołowie i inni nie spodziewali się Zmartwychwstania. Oczywiście Chrystus powiedział im to wielokrotnie, lecz czyż oni Mu uwierzyli? Co robiłyby przy grobie św. Maria Magdalena i pobożne kobiety, które przyniosły tam zioła, aby zabalsamować zwłoki, gdyby spodziewałyby się Zmartwychwstania? Maria Magdalena tak słabo wierzyła w Zmartwychwstanie, że błędnie wzięła Chrystusa za ogrodnika. Gdy wreszcie dała się przekonać i opowiedziała o tym Piotrowi i Janowi, tak brzmiała ich odpowiedź: „kobieca historyjka”. Innymi słowy: „Wiemy, jakie są kobiety, zawsze uwierzą we wszystko”. Gdy wreszcie Piotr i Jan dali się przekonać, musieli przekonać innych i jeden z nich,  Tomasz, posunął się do stwierdzenia, że nie uwierzy, dopóki nie włoży swojego palca w dłoń naszego Pana i dłoni swej w bok Pański. Uwierzył dopiero wtedy, gdy to uczynił. Przy wielu późniejszych okazjach nasz Pan przemawiał i objawiał się tłumom, raz nawet do pięciuset osobom na raz. Nie było to zbiorowe złudzenie, podobnie jak indywidualne złudzenie nie było udziałem żadnego z apostołów.

Zmartwychwstanie jest centralnym faktem Wiary chrześcijańskiej. Rozpoczyna się od klęski, ukrzyżowania i bólu, lecz kończy się tryumfem. Radosne religie mogą sprawdzić się w dniach, w których nie ma śmierci, żalu lub boleści, lecz potrzeba było Miłości Boga, który dotyka naszych życiowych tragedii, by nas przekonać, że w Nim my również możemy mieć swoją Wielkanoc po naszym własnym Wielkim Piątku.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: „Concerning Easter”, Ottawa Citizen, 31.03.1956 r., str. 25.

Grób jest pusty!

Zmartwychwstanie jest centralnym faktem Wiary chrześcijańskiej. Rozpoczyna się ono od klęski, ukrzyżowania i bólu, lecz kończy się tryumfem. Radosne religie mogą sprawdzić się w dniach, w których nie ma śmierci, żalu lub boleści, lecz potrzeba było Miłości Boga, który dotyka naszych życiowych tragedii, aby nas przekonać, że w Nim my również możemy mieć swoją Wielkanoc po naszym własnym Wielkim Piątku.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Martin-Resurrection Morning

James Martin, „Poranek Zmartwychwstania”

Wszystkim Czytelnikom życzymy z całego serca radości, pokoju i nadziei od Chrystusa Zmartwychwstałego!