Komunizm i sumienie Zachodu

Nakładem Wydawnictwa Esprit ukaże się niebawem długo oczekiwana książka arcybiskupa Sheena pt. „Komunizm i sumienie Zachodu”, którą już teraz można zamawiać w przedsprzedaży.

Z opisu redakcyjnego:

Co nas czeka, kiedy całkowicie wyrzucimy Boga z naszego świata? Kto zajmie Jego miejsce? Czy w świecie, który powstanie zgodnie z obietnicami współczesnych dyktatorów i ideologów będzie miejsce dla prawdziwej wolności? Ta książka w czasie trwającej wojny jest wstrząsem dla naszych sumień.

Arcybiskup Fulton Sheen, wybitny duchowny katolicki, filozof i apologeta, w przenikliwy sposób na przykładzie komunizmu pokazuje czytelnikom, jak współczesne „postępowe” ideologie zagrażają fundamentom naszego świata. Ta książka jest szokującą i proroczą wizją panowania systemów, które odcinają ludzi od Chrystusa i źródeł współczesnej cywilizacji. Amerykański hierarcha wyjaśnia w jaki sposób negowanie chrześcijańskiego fundamentu naszego świata wpłynęło na rozkwit komunizmu w jego pełnych przemocy i przymusu formach. Autor przypomina nam o brutalnych konsekwencjach walki z wiarą i Kościołem, która toczy się również dziś. Książka abpa Sheena jest mocnym wezwaniem do podjęcia heroicznej próby powrotu do Boga i ocalenia świata przed zalewem niszczących ideologii i brutalnej bezwzględnej siły.

Książkę można zamawiać w przedsprzedaży w cenie promocyjnej 23,90 PLN pod następującym linkiem: ZAMAWIAM KSIĄŻKĘ

Jednocześnie informujemy, że inny przekład tej samej książki został wydany nakładem Instytutu Globalizacji.

Ksiądz zwariował!

Pod koniec II wojny światowej wygłaszałem wykład o komunizmie w Akron, w stanie Ohio. Kilku prawników poinformowało sponsora wykładu, że nie wezmą w nim udziału, ponieważ nie byłem przychylny wobec Rosji. W owym czasie wiele osób miało bardzo dobre zdanie o tym kraju. Występowanie przeciwko naszemu tak zwanemu aliantowi było czymś bardzo niepopularnym. Zatrzymałem się na probostwie w Akron, które odwiedził również w tym czasie pewien znany prałat. Spytał: „O czym będzie ksiądz mówił dziś wieczorem?” Odpowiedziałem: „O Rosji i Europie Wschodniej, Polsce, Litwie, Albanii, Czechosłowacji itd.”. Prałat stwierdził: „Ksiądz zwariował; Rosja jest krajem demokratycznym; nie jest już krajem komunistycznym”. Odparłem: „Spędziłem życie na studiowaniu komunizmu i jestem przekonany, że Sowieci zamierzają zająć Europę Wschodnią”. Zacząłem schodzić po schodach. Była to stara plebania i musiało być tam około 25 stopni. Za każdym razem gdy stawiałem stopę na kolejnym stopniu, mój przyjaciel, który stał na szczycie schodów, wskazywał na mnie palcem i powtarzał: „Sheen, mylisz się!”, „Mylisz się!”, „Mylisz się!”, „Mylisz się!”, aż zszedłem na parter. Wtedy odwróciłem się, spojrzałem na niego i powiedziałem: „Pewnego dnia przekonasz się, że Europą Wschodnią zawładnęli komuniści”.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: „Treasure in Clay. The Autobiography of Fulton J.Sheen”, 2008 r., str. 91-92.

Dobry lekarz

Ilekroć człowiek przychodzi do gabinetu lekarskiego, zarówno on, jak i lekarz mają prawo zadać sobie nawzajem pytanie: „Jaka jest twoja filozofia wszechświata?”. Jeśli bowiem ich filozofia nie jest właściwa, lekarz nie może być pewien, że wystawiony przez niego rachunek zostanie zapłacony, a pacjent nie ma pewności, że dożyje chwili, w której będzie miał rachunek do zapłacenia.

Ponieważ lekarz wierzy w godność człowieka, nigdy nie będzie zadawał sobie pytania, czy życie, które ma przed sobą, jest wartościowe; raczej wyzna, że jest ono święte, a święte znaczy nienaruszalne, ponieważ tylko Bóg jest jego Dawcą. Podobnie jak w porządku politycznym lekarz powie, że państwo nie może odebrać mu wolności, ponieważ zostały one nadane przez Stwórcę, tak samo nie odbierze życia, ponieważ ono również pochodzi z rąk Ojca Niebieskiego. Będzie wiedział, że jego zawód powołuje go do bycia obrońcą, opiekunem i strażnikiem życia, a nie jego niszczycielem. Nigdy nie popełni morderstwa, nawet pod nazwą eutanazji, albowiem piąte przykazanie wciąż obowiązuje lekarzy tego świata. Żaden człowiek nie wzywa lekarza, aby odebrał mu życie, lecz po to, by w porządku natury wypełniło się to, co Bóg obiecał w porządku łaski: „Ja przyszedłem po to, abyście mieli życie i mieli je w obfitości” (por. J 10, 10).

Ponieważ lekarz żyje we wszechświecie moralnym, świadomy jest tego, że podstawą medycyny psychosomatycznej jest fakt, że człowiek ma duszę i ciało; dostrzeże ponadto, że – oprócz innych ważnych czynników – przynajmniej w niektórych przypadkach nie należy lekceważyć wpływu winy moralnej na zdrowie. Psychiatria poczyni większe postępy w chwili, gdy uzna istnienie zarówno moralnego, jak i mechanistycznego wszechświata i zacznie rozumieć, że wypieranie się winy jest największą przyczyną zachorowalności u pewnych typów pacjentów; że osoby skupione na sobie są zawsze osobami zaburzonymi; że nadmierna autoekspresja jest autodepresją i że ten, którego religia nazywa grzesznikiem, w porządku psychiatrycznym jest człowiekiem, który stanowi problem dla samego siebie; że dzisiejsza ucieczka od życia w alkoholizm, opiaty i hałas jest wskazówką, iż żaden człowiek nie może żyć z samym sobą, jeśli stracił cały szacunek dla samego siebie; że podobnie jak kogut zapiał, gdy Piotr zaparł się naszego Zbawiciela, tak samo natura i umysł protestują, gdy człowiek zapiera się swojego Boga. Tym, czego potrzebują niektórzy pacjenci, nie jest analiza ich postaw, ale wyznanie ich winy; tym, czego potrzebują, nie jest sublimacja, ale przebaczenie. Ulga przychodzi nie poprzez wytłumaczenie ich grzechów, ale przez ich rozgrzeszenie; a przynajmniej w niektórych przypadkach rozwiązaniem, którego nie wolno wykluczyć, jest rozwiązanie Wielkiego Lekarza, który najpierw powiedział człowiekowi, że jego grzechy zostały odpuszczone, a dopiero potem kazał mu wstać z łóżka i chodzić.

Ponieważ lekarz posiada jedno z najszlachetniejszych powołań danych człowiekowi, a mianowicie posługę na rzecz świątyni, w której mieszka Boskie Podobieństwo, będzie on zawsze utrzymywał osobistą relację ze swoimi pacjentami, opartą na służbie i pełnionej funkcji, a nie na zysku i korzyściach. Zrozumie, że podobnie jak dyktatury powstają po to, by uporządkować chaos wywołany utratą osobistej odpowiedzialności, tak samo medycyna państwowa powstaje po to, by narzucić planowe usługi lekarzom, którzy zapomnieli o obowiązkach wobec swoich pacjentów. Medycyna państwowa jest w porządku medycznym tym, czym totalitaryzm jest w porządku politycznym – siłowym narzuceniem planu ludziom, którzy przestali służyć, kochać i szanować. Dachau opierało się na Planowej Rasie; obozy koncentracyjne w Rosji z ich 15 milionami więźniów opierają się na Planowej Gospodarce; w podobny sposób, niemądre posługiwanie się dźwigniami życia doprowadzi nie do Planowego Rodzicielstwa, ale do Planowej Ruiny.

Społeczeństwo, które nie pozwala człowiekowi swobodnie wybierać polityków mających nim rządzić, będzie oczywiście społeczeństwem, w którym nie będzie on już mógł swobodnie wybierać lekarza mającego go leczyć. Jeśli lekarze sprzeciwiają się medycynie państwowej, ponieważ chcą utrzymywać osobiste relacje ze swoimi pacjentami, wówczas przymusowe organizowanie służby ludziom jest niemożliwe. Medycyna państwowa może wejść do porządku społecznego tylko wtedy, gdy sforsuje drzwi Lekarza, na których jest napisane: „Nie przyszedłem, aby Mi służono, lecz aby służyć” (pot. Mt 20, 28).

Ponieważ lekarz wierzy, że człowiek został stworzony dla doskonałego Życia, Prawdy i Miłości, dostrzeże, że największą tragedią życia jest zmarnowany ból. Ból tnie, piecze i gniecie duszę, gdy człowiek nie widzi w nim celu lub gdy nie ma kogoś godnego miłości, dla kogo można by ów ból ofiarować. Właśnie tu religia przychodzi w sukurs medycynie. Chrześcijaństwo nigdy nie obiecywało uśmierzenia bólu, ale dało sposób na jego przekroczenie i przemianę poprzez zjednoczenie z Tym, który po tym, jak głosił konieczność ofiary, przyjął swoje własne lekarstwo na Krzyżu. W końcu czymże jest ból, jeśli nie ofiarą bez miłości, i czym jest ofiara, jeśli nie bólem z miłością? Ból może pochodzić z grzechu, ale nie z ofiary. Matka czuwa przy łóżku swojego chorego dziecka: sąsiedzi nazywają to ” niedorzecznością”; ona nazywa to miłością. Niewiara w to, że nasze cierpienia mogą służyć innemu dobru, jest niewiarą w Boga. Skoro dysponujemy bankami krwi, z których mogą korzystać anemicy, to czyż nie możemy mieć również duchowych banków krwi, z których mogliby korzystać moralnie niezamożni dla swego odkupienia? Skoro przetaczamy krew, dlaczegóż nie moglibyśmy przetaczać ofiary; skoro przeszczepiamy skórę, dlaczegóż nie moglibyśmy przeszczepiać modlitwy? Nawiasem mówiąc, właśnie po to mamy zakony kontemplacyjne i siostry pielęgniarki, aby modliły się i ofiarowały za słabych członków Mistycznego Ciała Chrystusa, tak by mogli zostać uzdrowieni.

Lekarz, który jest świadomy tego, że oprócz zawodu ma również powołanie, będzie roztaczać przed swoimi pacjentami Boską wizję. Na każdej zbolałej głowie dostrzeże koronę cierniową i będzie się starał albo ją zdjąć, albo zamienić na girlandę z róż; każda posiniaczona ręka będzie dla niego przebita gwoździami; każde ciało będzie dla niego świątynią Ducha Świętego, a każda stopa – wspomnieniem stopy przeszytej stalą; każde zbolałe serce będzie mu przypominać o Tym, który trzymał swoje Serce na dłoni, aby wszyscy poznali Miłość tak wielką jak świat. Każda rodząca matka będzie mu przypominać ową inną Matkę, która u stóp krzyża wydała na świat w bólach duchowego porodu wszystkich, którzy są braćmi w Chrystusie.

A gdy lekarz złoży ostatnią wizytę przy łożu chorego, a zasłona jego życia zostanie rozerwana, ujrzy Pana i Mistrza, w imię którego pracował, i usłyszy z Jego ust zapewnienie wiecznego zbawienia i początku wiekuistej szczęśliwości: „Byłem chory, a odwiedziłeś Mnie” (por. Mt 25, 36).

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: Kazanie wygłoszone podczas nabożeństwa z okazji dziewięćdziesiątej szóstej dorocznej sesji Amerykańskiego Stowarzyszenia Medycznego w Atlantic City, 8 czerwca 1947 r.

Gdy człowiek popełni grzech

Człowiek rzadko otwarcie buntuje się przeciw Nieskończonemu Bogu; jeśli wie, że zbuntował się i zgrzeszył i jeśli wciąż nie chce pogodzić się z konsekwencjami swego postępowania, próbuje zminimalizować grzech posługując się wymówkami, tak jak czynił to Kain. Lecz współczesny człowiek utracił zdolność rozumienia pojęcia „grzech”. Gdy popełni grzech i gdy w jakiś sposób odczuje jego skutki (a wszyscy ludzie muszą je odczuwać), zaczyna szukać ulgi w eskapistycznych kultach lub nałogach, np. w alkoholu lub narkotykach. Winą za swe złe samopoczucie obciąża współmałżonka, pracę, przyjaciół oraz system ekonomiczny, polityczny lub społeczny. Często narzeka na przepracowanie i „napięcie”, przejawiając symptomy fizycznego cierpienia – wszystko to są sztuczne wysiłki mające pozwolić mu uniknąć stawienia czoła faktom – mianowicie temu, że zgrzeszył. Człowiek taki może stać się neurotykiem – i często nim się staje. Jeśli jego neuroza osiągnie stan zaawansowany, jakiś psychoanalityk powie mu, że nie jest on w pełni odpowiedzialny za swoje czyny, ponieważ jest „pacjentem”. Daje mu to kolejny pretekst do tego, aby nie przyznawać się do grzechu.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: „Peace of Soul”, 1949 r., str 72.

Dyskusja w pociągu

W czasie pewnej podróży koleją z Nowego Jorku do Bostonu siedziałem obok episkopalnego duchownego. Rozpoczęliśmy przyjazną pogawędkę o ważności święceń anglikańskich. Twierdził on, że jest kapłanem w tym samym stopniu, co ja, że może sprawować Najświętszą Ofiarę Mszy Świętej i że może odpuszczać grzechy. Miał dużą wiedzę historyczną i teologiczną, a nasza rozmowa okazała się być tak interesująca, że wielu pasażerów zebrało się wokół nas, by przysłuchiwać się tej przyjaznej debacie. Wysiadł z pociągu na stacji w Providence. Postąpił kilka kroków, po czym odwrócił się ku naszej wspólnej widowni i – myśląc, że rzuci mi ostatnie wyzwanie – krzyknął: „Księże Biskupie, proszę pamiętać, mogę zrobić wszystko to, co ty”. Zdążyłem mu odkrzyknąć: „Nie, nie możesz. Ja mogę pocałować twoją żonę, ale ty nie możesz pocałować mojej”.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: „Treasure in Clay. The Autobiography of Fulton J. Sheen”, 1980 r., str. 300.

Wielki rozwód

Nigdzie w Ewangelii Chrystus nie jest oddzielony od Krzyża; nigdzie Krzyż nie jest oddzielony od Zmartwychwstania. Jednakże tragedią naszych czasów jest wielki rozwód Chrystusa i Krzyża. Wyobraźmy sobie Chrystusa oderwanego od swojego Krzyża. Po prawej stronie jest Chrystus bez Krzyża; po lewej – Krzyż bez Chrystusa. Kto wybiera Chrystusa bez Krzyża? Nasze zachodnie, zamożne chrześcijaństwo. Akceptujemy jedną z Jego gór – Górę Błogosławieństw – ale nie drugą – Golgotę. Powtarzamy z emfazą Jego naukę, wyśpiewujemy hymny, brzdąkamy na gitarach i przedstawiamy Go na scenie, ale bez Krzyża: bez zaparcia się siebie, bez czynienia pokuty, bez wspominania o grzechu czy winie, albowiem prowadzą one do „nienormalnych psychoz”, bez sądu, bez piekła, bez przybicia starego Adama, bez barier i bez represji. Kto wybiera krzyż bez Chrystusa? Rosja i Chiny. Zasada ascetyczna, którą Kościół zarzucił, przeniosła się do krajów totalitarnych, gdzie obowiązuje prawo, porządek, poświęcenie dla wspólnego celu i pogrążenie jednostki dla dobra wspólnego. Pozbawiony Krzyża Chrystus świata zachodniego to zniewieściałość, miękkość, degradacja moralna, apatia i wewnętrzny rozkład. Krzyż bez Chrystusa to sztywność, ograniczoność i miażdżenie ludzi niczym winogrona, w celu sporządzenia totalitarnego wina państwowego. Polityczne pytanie świata jest pytaniem duchowym: Czy Chrystus odnajdzie Krzyż, zanim Krzyż odnajdzie Chrystusa? Tego nikt nie wie, ale nie sposób nie przypomnieć sobie o dwóch synach: „Pewien człowiek miał dwóch synów. Zwrócił się do pierwszego i rzekł: „Dziecko, idź dzisiaj i pracuj w winnicy!” Ten odpowiedział: „Idę, panie!”, lecz nie poszedł. Zwrócił się do drugiego i to samo powiedział. Ten odparł: „Nie chcę”. Później jednak opamiętał się i poszedł. Któryż z tych dwóch spełnił wolę ojca?» Mówią Mu: «Ten drugi». Wtedy Jezus rzekł do nich: «Zaprawdę, powiadam wam: Celnicy i nierządnice wchodzą przed wami do królestwa niebieskiego” (Mt 21, 28-32).

Rozwód Chrystusa od Krzyża nie pozostaje bez wpływu na rekolekcje i życie duchowe. Nowy typ świeckiego mistycyzmu, inspirowany przez Chrystusa bez krzyża, przejawia się w rekolekcjach kainowych. Kain zanegował konieczność ofiary krwi jako warunku pojednania z Bogiem. Ofiarował owoce, które go nic nie kosztowały, czyli – mówiąc współczesnym językiem – produkty techniki. Punktem wyjścia rekolekcji kainowych jest ludzka sprawiedliwość, składanie ofiar z działania i praca z pominięciem świadomości winy. „Ofiara” Izraelitów, którzy oddali swoje złoto, aby odlać Złotego Cielca, nigdy nie uwzględniała ofiary za grzech. Kainowa tradycja duchowości nie wspomina o winie, grzechu czy zadośćuczynieniu. Jeśli już wspomina się o Chrystusie, jest On ” wykorzystywany” do poparcia zajętego już stanowiska: „Jezus i rewolucja”, „Jezus i wojowniczość”, „Jezus i homoseksualizm”, „Jezus i świeckie miasto”. Rekolekcje Kaina opierają się również na gadulstwie, ponieważ nieustanny dialog zawsze stanowi wymówkę od konieczności podjęcia decyzji. Rekolekcje, które koncentrują się na Chrystusie i Krzyżu, zrzucają ciężar na indywidualną duszę, zwłaszcza gdy przeżywa się je w kontemplacyjnym odosobnieniu. Uduchowienie rzadko dokonuje się poprzez rozmowę, nawet jeśli dotyczy ona najdoskonalszych ideałów. Grzeszna ludzkość korygowana jest nie dzięki słowom, lecz dzięki mocy płynącej z Ducha Świętego. Skłonność do organizowania rekolekcji kainowych z dala od Najświętszego Sakramentu jest kolejnym dowodem na pragnienie ucieczki od Obecności ściśle związanej z Krzyżem. Tam, gdzie uwaga skupia się na „problemie”, a nie na osobie, nie ma mowy o wspinaniu się na Górę Błogosławieństw czy Kalwarię.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: „Those Mysterious Priests”, 1974 r., str. 105-107.

Postawy wobec Krzyża

Dwoma papierkami lakmusowymi życia kapłana są jego postawa wobec Krzyża i jego postawa wobec Eucharystii. W każdej epoce, w której słabną pokora, czystość i wierność, następuje odsuwanie na bok wspomnienia Krzyża i Rzeczywistej Obecności w Najświętszym Sakramencie. Krucyfiks przypomina nam o naszych grzechach, jeśli nie przyjmujemy jego przebaczenia. Możliwe są trzy postawy wobec Chrystusa na Krzyżu: antypatia, apatia, empatia.

Antypatię przejawiali ci, którzy chcieli mieć Credo, ale nie chcieli Krzyża: „[N]iechże teraz zejdzie z Krzyża, a uwierzymy w Niego” (Mt 27, 42). Wiara, ale bez dyscypliny; katechetyka, ale bez umartwienia; zgoda, ale bez samokontroli; niezgoda, ale bez reformy. Katechetyka może często stanowić syntezę przekonań, ale niekoniecznie prowadzi do życia chrześcijańskiego. Nasz Pan zapragnął, aby ośrodkiem wierności względem Niego nie był intelekt, ale wola: „Jeśli kto chce pełnić Jego wolę, pozna, czy nauka ta jest od Boga, czy też Ja mówię od siebie samego” (J 7, 17).

Diabły również wierzą: „Wierzysz, że jest jeden Bóg? Słusznie czynisz – lecz także i złe duchy wierzą i drżą” (Jk 2, 19). Szydercy u stóp Krzyża byli gotowi uwierzyć we wszystko, czego nauczał Pan: w Eucharystię, w klucze Piotrowe, w Trójcę Świętą, a nawet w Jego Boskość. Ale postawili jeden warunek – żadnego Krzyża. Wiele przypadków niewiary nie wynika z braku wyjaśnień czy dowodów, ale z odmowy posłuszeństwa.

Apatię uosabiali ci, którzy rzucali kośćmi: „Gdy Go ukrzyżowali, rozdzielili między siebie Jego szaty, rzucając o nie losy. I siedząc, tam Go pilnowali. ” (Mt 27, 35-36). Byli widzami, ale nie uczestnikami; byli zaangażowani w świat, ale nie w odkupienie. Podobnie jak uczeni w Piśmie, do których Herod zwrócił się o wskazanie miejsca narodzin Chrystusa, wiedzieli, ale nie poszli.

Empatia. Chociaż liberalizm współczesnego świata jest mniej tolerancyjny niż nietolerancja Kalwarii, niemniej jednak istnieje jeszcze empatia reprezentowana przez tych, którzy stali z Maryją pod Krzyżem, nad którymi zastanowimy się później. Każdy człowiek na świecie znajduje się albo na krzyżu, albo pod nim. Nie ma możliwości ucieczki. Niektórzy znajdują się na nim poprzez rzeczywiste cierpienia fizyczne lub dlatego, że utożsamiają się z cierpieniami innych w imię Chrystusa, podobnie jak Maryja i inne osoby stojące pod Krzyżem, misjonarze, pracownicy socjalni, matki upośledzonych dzieci itd. Inni stoją pod Krzyżem, domagając się ukrzyżowania Chrystusa, wyśmiewając ofiarę, obojętniejąc, by zabawiać się w jej cieniu lub mówiąc świętym kapłanom, że są „zacofani”.

Skoro mówimy o antypatii, raz zadzwonił do mnie pewien żydowski handlarz dziełami sztuki, który zapytał mnie, czy byłbym zainteresowany setką srebrnych krucyfiksów. Kiedy odwiedziłem jego sklep, powiedział mi, że odkupił je od wspólnoty zakonnic, które postanowiły nie nosić już krucyfiksu. „Co jest nie tak z waszym Kościołem?” zapytał. Przez godzinę odpowiadałem na jego pytanie, wyjaśniając naszą ucieczkę od Krzyża. Jakiś czas później przyjąłem go na łono Kościoła, a na łożu śmierci trzymał w dłoniach krucyfiks, który został porzucony przez zakonnice.

Nasuwa się pytanie, czy nasze czasy nie przypominają nieco XVI wieku. Leon X zlecił Rafaelowi udekorowanie Watykanu. Namalował on trzynaście łuków, każdy z czterema freskami; w sumie pięćdziesiąt dwa freski. Oprócz scen ze Starego Testamentu i czterech z Nowego, wymalował on menażerię lwów, koni, pawi, słoni, gdyż papież Leon był namiętnym myśliwym. Na końcu loggii znajdują się cztery sceny z Nowego Testamentu: Adoracja Pasterzy, Objawienie Pańskie, Chrzest w Jordanie i Ostatnia Wieczerza. Znajdziemy tam Platona i Arystotelesa. Znajdziemy ukoronowanego Karol Wielkiego. Znajdziemy Wenus, Kupidyna, Apolla, Wulkana, ale nie ma Ukrzyżowania, nie ma Zmartwychwstania. Patrząc tylko z punktu widzenia sztuki, można by stwierdzić, że „źle się dzieje w państwie” Kościoła. Interesujące jest również to, że [szesnastowieczni] reformatorzy, którzy reformowali wiarę, a nie dyscyplinę, nie przywrócili Krucyfiksu. Do dziś eksponują krzyż, nigdy zaś krucyfiks. Sam Krzyż jest symbolem absurdu: zaprzeczeniem pionowej belki życia poprzez poziomą belkę śmierci. Tylko przez umieszczenie na tym Krzyżu Kogoś, kto może uczynić śmierć warunkiem życia, możliwa jest ucieczka od absurdu życia.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: „Those Mysterious Priests”, 1974 r., str. 102-104.

Czy Bóg wie, co to znaczy cierpieć?

Problem zła często wyraża się pytaniem: „Czy Bóg wie, co to znaczy cierpieć?”. Przypuśćmy, że zapytalibyśmy: Czy Bóg wie coś o tym, jak to jest urodzić się w slumsach? Czy był kiedyś bezdomny? Czy był kiedyś uchodźcą uciekającym przed mieczem jakiegoś totalitaryzmu? Czy wie coś o niskich zarobkach robotników, na przykład cieśli? Czy Bóg był kiedyś pozbawiony jedzenia przez trzy lub dwanaście dni? Czy kiedykolwiek Go szpiegowano? Czy święci i bezbożni sprzysięgli się kiedykolwiek przeciwko Niemu? Czy opinia publiczna kiedykolwiek Mu się sprzeciwiała? Czy kiedykolwiek oskarżano Go, że jest alkoholikiem lub opętanym przez szatana? Czy zdarzyło się, że ktoś Go wyśmiał, gdy przemawiał? Czy Bóg zaznał goryczy zdrady, obojętności naśladowców, krnąbrności naśladowców? Czy Bóg wie coś o migrenowym bólu głowy, jak gdyby Jego głowa ukoronowana była cierniem? Czy Bóg wie coś o ranach odniesionych w bitwie, o poobijanych dłoniach, pokiereszowanych stopach, o upuszczaniu krwi i zeszpeconych twarzach osób poszkodowanych w wypadkach samochodowych? Czy Bóg wie coś o samotności i grożącym niebezpieczeństwie szubienicy, o niesprawiedliwości sądów, o wyreżyserowanych scenach z udziałem tłumu, który przekrzykuje mówcę, i o ciemności ciasnej celi? Czy Bóg zna taki wyniszczający smutek? Czy Bóg zna samotność lub wie coś o tym, że przyjaciele i mieszkańcy miasta nazywają człowieka szaleńcem?

Czy Bóg wie coś o ofiarach polio przybitych do łóżek przez swoje unieruchomienie? Albo o kulawych, którzy nie mogą używać stóp, sparaliżowanych, jak gdyby były przyszpilone? Albo niepełnosprawnych, którzy nie mogą używać rąk, jak gdyby były przygwożdżone kolcem? Czy Bóg zna smutek matek z powodu krnąbrnych córek, czy ojców z powodu marnotrawnych synów, czy zna wyrzuty sumienia grzeszników oraz Kościoła z powodu upadków i czy temu wszystkiemu towarzyszy palące zmartwienie, któremu niewiele brakuje do krwawego potu?

Tak! Bóg wie! Przeniósł na siebie nasze przewinienia, nasze cierpienia, naszą biedę i przyjął je jako Niebiański Kozioł Ofiarny. Co więcej, On je pokonał i zwyciężył, przezwyciężając ból i zadając ziemi jedyną poważną ranę, jaką kiedykolwiek otrzymała – ranę pustego grobu. Pozostawił ślady stóp w spowitym mrokiem lesie. Nigdy się nie zgubię, jeśli będę stawiać stopę na Jego śladzie. Współistnienie Jego miłości z moją obecną sytuacją dodaje mi odwagi. Jeśli zło zostało pokonane w chwili swojej największej siły, gdy dysponowało najpotężniejszą bronią słabej religii i mocarstwowej polityki, to nigdy już nie zwycięży.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: „Those Mysterious Priests”, 1974 r., str. 61-62.

Współczesna pycha kapłańska

Bardziej współczesnym przejawem nadużywania autorytetu jest umniejszanie go, wypieranie się go lub dążenie do odgrywania innej roli niż ta, której wymaga urząd kapłana-żertwy. Autorytet jest dziś w niebezpieczeństwie nie tyle z powodu pychy, ile z powodu konformizmu wobec ducha świata. Jego językiem nie jest „jestem z Chrystusem”, lecz „jestem z kimś” – tym „kimś” jest anonimowy autorytet „onych”, czyli ducha świata. Pokora przeradza się w umniejszanie wszystkiego, co jest transcendentne wobec nastroju i temperamentu świata. W obliczu prawowitej pycha owej postawy przejawia się w stwierdzeniach: „Umniejszam się przed wami”, „Jestem biedniejszy od was”, „Stanowię jedno z obdartymi egzystencjalistami, młodymi gniewnymi i rewolucjonistami”.

Pycha, która kiedyś szukała pierwszego miejsca, teraz szuka ostatniego, aby zwrócić na siebie większą uwagę lub wzbudzić sympatię antykultury. Dawniej pycha tkwiła w nadmiernym wywyższaniu się: „Jestem księdzem”; obecnie tkwi w publicznym obnoszeniu się z abnegacją i porzuceniem stroju duchownego: „Jestem nieksiędzem”. Dawniejsza pycha kapłańska była zazdrosna o tych, którzy postawieni są wyżej; nowa pycha zazdrości tym, którzy stoją niżej. Im bardziej kapłan wygląda jak włóczęga, im bardziej ordynarne są jego maniery, im bardziej przybiera on tę szyderczą pokorę, która zaprzecza stopniom i hierarchii porządku i czyni z każdego członka ciała stopę, po której można deptać, tym bardziej chełpi się swoją wielkością. Dziecko jest zabawne, gdy nie ma świadomości, że jest zabawne; gdy tylko zaczyna być świadome swoich wybryków, zamienia się w „bachora”. Kapłan, który jest nieświadomy władzy, nigdy jej nie nadużywa, ponieważ należy ona do Chrystusa: „Lecz za łaską Boga jestem tym, czym jestem” (1 Kor 15, 10). Kapłan, który drwi z autorytetu Kościoła i Pisma Świętego oraz papieża, z dumą mówi: „Nie jestem tym, czym jestem”. Do Kościoła wkrada się ten nowy diaboliczny superegotyzm, który zdradza wstyd przynależności do Chrystusa. „Gdybym ubierał się jak ksiądz lub zakonnica, albo akceptował autorytet Kościoła, gdy sprzeciwia się on światu, wprowadzałbym podziały”. Właśnie w tym rzecz: mieliśmy wprowadzać podziały, a nie chodzić i krzyczeć: „Podleczają rany córki mojego narodu pobieżnie, mówiąc: „Pokój, pokój”, a tymczasem nie ma pokoju (Jr 8, 11).

Mamy być oddzieleni, odłączeni, a jednym ze skutków naszego głoszenia powinno być uświadomienie innym ich antagonizmu do Boga poprzez poruszenie ich sumień. Oznacza to, że ukryta wrogość przeciwko Bogu zostaje wydobyta na światło dzienne. Głoszenie Chrystusa miało na celu dzielenie. Jest On „znakiem sprzeciwu” – „Zastanawiajcie się więc nad Tym, który ze strony grzeszników taką wielką wycierpiał wrogość przeciw sobie, abyście nie ustawali, złamani na duchu” (Hbr 12, 3).

Żaden Kościół nie jest silny, gdy jest „tolerowany” przez świat. Kościół jest słaby, gdy jego delegaci odczuwają lęk przed „nieutrzymywaniem dobrych stosunków” z tymi, którzy lekceważą autorytet Chrystusa. Sól nadaje smak tylko dlatego, że „tworzy podziały” w mięsie. Światło oświeca jedynie dlatego, że „tworzy podziały” w ciemności. Nasz Pan sprawił, że znakiem rozpoznawczym ucznia stało się dźwiganie krzyża; ambasador, który zamienia krzyż w poduszkę, aby zjednać sobie opinię świata, może mieć powody do obaw: „Kto się bowiem Mnie i słów moich zawstydzi, tego Syn Człowieczy wstydzić się będzie, gdy przyjdzie w swojej chwale oraz w chwale Ojca i świętych aniołów” (Łk 9,25).

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: „Those Mysterious Priests”, 1974 r., str. 91-92.

Czy dasz Bogu ludzką naturę?

Każdemu kapłanowi stawiane jest maryjne pytanie: „Czy dasz Bogu ludzką naturę?”. Gdzieś, kiedyś, na przestrzeni życia, w ukryciu powołania do kapłaństwa, padło to samo pytanie. Świadomymi odpowiedziami na cud wezwania były wahania, wątpliwości i głębokie poczucie niegodności. „Jakże się to stanie?” jest tak samo wpisane w powołanie kapłańskie, jak było wpisane w powołanie Maryi Dziewicy. Dlaczegóż Bóg miałby pragnąć mojego biednego człowieczeństwa – „naczynia glinianego, które pomieści ten skarb” (por. 2 Kor 4,7)?

Odpowiedź jest oczywista: gdyby naczynie, w którym ma się znajdować Boski Dar, było ze złota i klejnotów, mogłoby się zdawać, że jedynie ono stanowi o wartości wina. Uznanie się do niegodności dowodzi, że „z Boga [pochodzi} owa przeogromna moc, a nie z nas” (2 Kor 4,7). „Czy się pyszni siekiera wobec drwala? Czy się wynosi piła ponad tracza? Jak gdyby bicz chciał wywijać tym, który go unosi, i jak gdyby pręt chciał podnosić tego, który nie jest z drewna” (Iz 10, 15).

Nasz Pan wjechał do Jerozolimy na osiołku i może uczynić to ponownie. Kapłan zostaje obdarzony mocą nie dzięki swojej godności, lecz dzięki temu, że staje się narzędziem Chrystusa. Bóg będzie działał przez jego ludzką naturę, tak nędzną, jaką ona jest. Bóg nie wybrał aniołów na swoich szafarzy, nie wybrał też nikogo ze względu na to, że był lepszy niż reszta ludzi. Wręcz przeciwnie, każdy kapłan zna dziesiątki tysięcy świeckich, którzy byliby godniejszymi od niego narzędziami Chrystusa. Miłość Boga również jest ślepa, w przeciwnym razie nie umiłowałby niektórych z nas – kruchych naczyń – na tyle, by wlać w nas swój skarb łaski.

Maryja dała Bogu ludzką naturę, przez którą nauczał On, rządził i uświęcał. Kapłan daje Chrystusowi swą ludzką naturę mówiąc: „Oto Ja sługa Pański, niech mi się stanie według twego słowa!” (por. Łk 1, 38). Chrystus w sposób analogiczny i w mniejszym stopniu posługuje się zatem kapłanem, aby kontynuować swoje nauczanie, swoje rządzenie i swoje uświęcanie. Na mocy sakramentu święceń kapłani Nowego Testamentu sprawują najdoskonalszy i najbardziej niezbędny urząd; „stają się żywymi narzędziami Chrystusa Wiecznego Kapłana[1]”. „Prezbiterzy bowiem przez święcenia i misję, otrzymywaną od biskupów, zostają wyniesieni do służenia Chrystusowi Nauczycielowi, Kapłanowi i Królowi”[2].

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: „Those Mysterious Priests”, 1974 r., str. 83-85.


[1] Dekret o posłudze i życiu kapłanów Presbyterorum ordinis, Sobór Watykański II, DK 12.

[2] Ibidem, DK1.