Kapłan i jego Matka

MotherPriest

Źródło: Pinterest (autor nieznany)

Każdy kapłan ma dwie matki: jedną w ciele, a drugą w duchu. O wiele więcej wiadomo o tej pierwszej; znacznie więcej napisano o tej drugiej. Między tymi matkami nie istnieje rywalizacja większa niż rywalizacja między ziemskim ojcem a Ojcem Niebieskim. W przeszłości, jednym z pierwszych aktów cielesnej matki było złożenie syna u stóp Matki Najświętszej, jak uczyniła matka autora tej książki, co oznaczało oddanie dziecka Maryi. Jak wiele sekretnych rozmów odbyły te dwie matki – rozmów, w których matka w ciele błagała Matkę w Chrystusie, aby pozwoliła synowi pewnego dnia trzymać w swych dłoniach hostię i kielich?

Jeśli prawdą jest (jak mówią Ojcowie), że Maryja poczęła w swym sercu, zanim poczęła w swym łonie, czyż tego samego nie da się powiedzieć o matkach wielu kapłanów? Niektórzy kapłani zostali powołani w jedenastej godzinie, lecz wiele matek może sparafrazować Księgę Przysłów i powiedzieć: „Jeszcze nie miałam syna, a już poczęłam kapłana”. Podobnie jak Bóg zwrócił się do Maryi, by spytać, czy zechciałaby dać Mu ludzką naturę, tak często zwraca się do matki kapłana, by spytać ją o zgodę na przedłużenie Jego kapłaństwa. Gdy spełni się marzenie matki, jakie myśli przenikają duszę jej syna – teraz już kapłana?

Najpierw kapłan rezygnuje z ziemskiej miłości do kobiety, podobnie jak Maryja zrezygnowała z ziemskiej miłości do mężczyzny. Jego „nie znam żony” równoważy Jej „nie znam męża” (Łk 1, 34). To wyrażenie w Piśmie Świętym oznacza cielesne zjednoczenie, jak w Księdze Rodzaju (4, 1): „Mężczyzna zbliżył się do swej żony Ewy. A ona poczęła”. Od początku kapłan wie, że miłość jest zarazem afirmacją i negacją. Każda deklaracja miłości jest ograniczeniem dla wszystkich konkurencyjnych miłości. Mężczyzna żonaty nakłada na siebie ograniczenia odnośnie do wszystkich kobiet z wyjątkiem jednej. Kapłan nie dopuszcza żadnego wyjątku, i czyni to w pełni wolności. We Wcieleniu Bóg ustanowił  w ludzkości przyczółek poprzez wolny wybór kobiety; teraz nasz Pan znajduje przedłużenie swojego kapłaństwa w wolnym akcie kapłana. Czeka On na naszą zgodę.

Nasza ziemska matka pragnęła począć, lecz było nie do przewidzenia, kiedy to się dokona. Inaczej jest z kapłańskim poddaniem się podczas święceń. Przypomina ono poddanie się Maryi. Pragnęła swego Syna i poczęła. Podobnie kapłan zapragnął należeć do Boga i może określić konkretny dzień i godzinę. Im bardziej się poddaje, tym lepiej wie, że wolni są tylko ci, którzy są zniewoleni przez Chrystusa.

Lecz kapłan nie może żyć bez miłości. Najświętsza Matka wiedziała, że nie można począć bez ognia i namiętności. Skąd mógł wziąć się syn, skoro „nie znała męża”? Niebo miało odpowiedź. Z pewnością potrzebny był ogień i miłość, lecz ogniem tym i tą miłością miał być Duch Święty.

Podobnie kapłan nie może żyć bez miłości. Skoro ma rodzić dusze, skoro ma być „ojcem” płodzącym innych w Chrystusie, potrzebna jest miłość. Ta miłość jest identyczna z miłością Maryi; osłania go ogień i pasja Ducha Świętego. Podobnie jak w Maryi dziewictwo zjednoczyło się z macierzyństwem, tak w kapłanie ma istnieć jedność dziewictwa i ojcostwa. Nie jest to jałowość lecz płodność, nie jest to brak miłości, lecz jej ekstaza.

Następnym etapem miłości kapłańskiej jest posługa.

Bo i Syn Człowieczy nie przyszedł, aby Mu służono, lecz żeby służyć.

(Mk 10, 45)

Duchowe macierzyństwo Maryi nie było przywilejem oddzielonym od jej człowieczeństwa; podobnie jest z duchowym ojcostwem kapłana. Nic tak nie rozbudza służby dla innych niż poczucie własnej niegodności, gdy nawiedza nas łaska Boża. Maryja, spiesząc poprzez góry, by nawiedzić krewną, ukazuje jak Ona, Służebnica Pańska, stała się służebnicą Elżbiety. Daje Ona również kapłanowi przykład ochoczego oddania się tym „którzy nas kochają w wierze” (Tt 3, 15), całemu rodzajowi ludzkiemu. Podobnie jak wizyta Maryi uświęciła Jana Chrzciciela, tak wizyta kapłana-żertwy zawsze uświęci dusze.

Każde wezwanie do chorego będzie dla kapłana ponownym odsłonięciem tajemnicy Nawiedzenia. Niosąc na piersi Najświętszy Sakrament, pieszo czy w pojeździe, staje się drugą Maryją niosącą ukrytego Chrystusa w Jej przeczystym ciele. Niezwłocznie, nie ociągając się w obliczu zmartwienia rodziny, kapłan – niczym Maryja – „spieszy”, gdyż nic nie wymaga takiego pośpiechu jak potrzeba innych. Im bardziej należy on do Chrystusa, tym bardziej prawdopodobne jest, że będzie wzywany przez tych, którzy otwierają swe drzwi przynoszącemu Najświętszy Sakrament. „[S]koro głos Twego pozdrowienia zabrzmiał w moich uszach” (Łk 1, 44), moje serce podskoczyło z radości. Święty kapłan inspiruje śpiew Magnificat podczas każdej wizyty u chorego, gdy rodziny w parafii mówią do niego: „A skądże mi to, że [drugi Chrystus] przychodzi do mnie” (Łk 1, 43)?

Kapłana cechuje głęboka miłość do Maryi nie tylko w jego lepszych chwilach, lecz także w jego upadkach. Ufa Jej wstawiennictwu, by pokonać swoje słabości. Zwłaszcza wtedy liczy na Jej szczególną uwagę, gdyż wie, że dziecko, które najczęściej upada, zwykle otrzymuje od matki najwięcej pocałunków.

Jeśli kiedykolwiek zapanuje nad nim natura Szymona, jeśli nadejdą chwile, w których, niczym Demas, „umił[uje] ten świat” (2 Tm 4, 9); jeśli zasłynie w parafii jako „golfista”, „klawy facet” albo „jeden z chłopaków” zamiast jako dobry kapłan, wówczas będzie wiedzieć, do kogo musi się udać po pomoc, aby na nowo odnaleźć Chrystusa. Musi pójść do Maryi. Ona również „zgubiła” Chrystusa. Owa fizyczna utrata była symbolem straty duchowej, której doświadcza kapłan, utraciwszy swój pierwszy zapał. Serce Maryi przebijane jest mieczem za każdym razem, gdy gubi się alter Christus. Lecz wyrusza Ona również na jego poszukiwanie. Posiadać Boga i utracić Go jest większą stratą niż nigdy Go nie posiadać. Maryja i słaby kapłan cierpią wspólnie, lecz w różny sposób. Odczuwała Ona ciemność utraty Boga, gdy nastoletni Jezus pozostał w Jerozolimie bez Jej wiedzy (Łk 2, 43). To w tym momencie Maryja stała się Ucieczką Grzeszników. Zrozumiała, czym jest grzech, ponieważ Ona, stworzenie, doświadczyła utraty Stwórcy. Utraciła swe Dziecko jedynie w mistycznej ciemności duszy, podczas gdy kapłan, który upada, odczuwa moralną czerń swego niewdzięcznego serca. Lecz Maryja odnalazła Dziecię. Wszystkim biskupom i kapłanom we wszystkich stuleciach dała Ona lekcję, że nie wolno nam czekać, aż zagubieni powrócą; musimy udać się na ich poszukiwanie. Jej wstawiennictwo pomoże nam w najbardziej beznadziejnych przypadkach, gdy – powtarzając za świętym Augustynem – zwrócimy się do Niej słowami: „To, co wszyscy inni święci mogą uczynić z Twoją pomocą, Ty możesz uczynić bez nich”.

Podczas uczty weselnej w Kanie, Maryja uczy kapłana, jak bardzo należy on do Kościoła i w jak niewielkim stopniu do samego siebie. Aż do owej chwili i podczas tej uczty nazywana jest „Matką Jezusa” (J 2, 1, 3). Jednakże pod jej koniec staje się „niewiastą” (J 2, 4). To, co się tam wydarzyło, przypomina moment, w którym Chrystus zgubił się na trzy dni. Maryja powiedziała wtedy: „Ojciec Twój i ja” (Łk 2, 48), a nasz Pan natychmiast przypomniał Jej o swym Niebieskim Ojcu, przypominając tajemnicę Zwiastowania i fakt, że Józef był jedynie domniemanym ojcem.

Od tego momentu święty Józef znika z Pisma Świętego; więcej go nie widzimy. W Kanie „Matka Jezusa” prosi Syna, aby ukazał swą mesjańską rolę i Boskość; nasz Pan mówi Jej, że w momencie, w którym zdziała cud i rozpocznie swą publiczną działalność, podąży ku swojej „Godzinie”, ku Krzyżowi. Gdy na Boskie spojrzenie „woda stała się winem”, Ona stała się „niewiastą”. Podobnie jak święty Józef znika w Świątyni, tak Maryja jako Matka Jezusa znika, by stać się Matką wszystkich, których On odkupi. Nigdy już nie przemówi w Piśmie Świętym. Wypowiedziała swe ostatnie słowa i jakże pięknym były one pożegnaniem:

Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie.

(J 2, 5)

Maryja jest teraz „powszechną Matką”, niewiastą, której potomstwo jest liczniejsze od ziaren piasku w morzu.

Dzięki przykładowi i wpływowi Maryi, w życiu kapłana przychodzi moment, w którym pojmuje, że nie należy do swojej rodziny, do swojej parafii, diecezji i kraju. Należy do misji i do świata; należy do ludzkości. Im bardziej kapłan zbliża się do misji Chrystusa, tym bardziej kocha każdą duszę na ziemi. Podobnie jak Maryja „matkowała” wszystkim ludziom pod Krzyżem, tak kapłan im „ojcuje”. Żaden biskup nie jest konsekrowany dla danej diecezji; jest konsekrowany dla świata. Jest przydzielony do diecezji wyłącznie ze względów jurysdykcyjnych. Kapłan nie jest wyświęcany dla diecezji; wyświęcany jest dla dusz. „On nie należy do naszej parafii” jest wystarczającym powodem do niezajmowania się nim w odniesieniu do małżeństwa, lecz nie jest to wystarczający powód dla niepostrzegania petenta jako członka Kościoła, mającego prawo do mleka ludzkiej uprzejmości. Święty Tomasz z Akwinu mówi nam, że Maryja podczas Zwiastowania przemawiała w imieniu całej ludzkości. W Kanie została dana ludzkości; u stóp Krzyża została ogłoszona Matką rodzaju ludzkiego.

Nabożeństwo do Maryi chroni każdego kapłana przed byciem najemnikiem, sługą najemnym ze stałymi godzinami, przydzielonymi zadaniami, granicami parafii i bez zaginionych owiec. Kapłan nigdy nie jest „na służbie”. Wszędzie jest „na miłości” – na polu golfowym, w samolocie, w restauracji, w szpitalu. Żaden człowiek nie jest mu obcy. Każda dusza jest albo potencjalnym nawróconym, albo potencjalnym świętym.

Na Kalwarii Maryja uczy kapłana współczucia. Święci, którzy najmniej folgują sobie, są najbardziej wyrozumiali wobec innych. Lecz kapłan, który wiedzie łatwe, nieumartwione życie, nie może mówić językiem zatrwożonych. Jeśli bez potrzeby trzyma wysoko głowę, nie może się schylić, by pocieszać; a jeśli się schyla, jest w nim protekcjonalność, a nie współczucie. Natomiast dobry kapłan widzi Maryję w prochu ludzkiego życia; żyje Ona pośród przemocy, prania mózgów, fałszywych oskarżeń, oszczerstw i wszystkich innych narzędzi terroru. Niepokalana jest ze skalanym, bezgrzeszna z grzesznikiem. Nie ma w Niej pretensji ani zgorzknienia, lecz jedynie żal – żal, że nie widzą ani nie wiedzą, jak miłująca jest Miłość, którą posyłają na śmierć.

Maryja przewyższa wszystkich swą czystością; w swoim współczuciu jest Ona obecna pośród przekleństw, cel śmierci, katów, oprawców i krwi. Człowiek może być tak owładnięty swą grzesznością, że nie zawoła do Boga o przebaczenie, lecz nie powstrzyma się przed przywołaniem wstawiennictwa Bożej Matki. Skoro dobrej, Najświętszej Matce Maryi, która zasłużyła na to, by być wolną od zmazy, dany został krzyż na mocy szczególnej opatrzności Jej Syna, jakże my, którzy Jej nie dorównujemy, możemy spodziewać się, że uciekniemy od krzyża? „Co takiego złego uczyniłem, żeby na to zasłużyć?” jest okrzykiem pychy. A co uczynił Jezus? Co uczyniła Maryja? Niech nikt nie złorzeczy Bogu za to, że zesłał mu krzyż; bądźmy wystarczająco mądrzy, żeby zrozumieć, że jest przy nas Maryja, czyniąc krzyż lżejszym, słodszym, czyniąc go Jej własnym krzyżem!

Każda niedola, każda rana tego świata jest naszym udziałem jako kapłana. Jak długo niewinny kapłan przebywać będzie w więzieniu prześladowcy, jestem w więzieniu. Jak długo misjonarz będzie pozbawiony dachu nad głową, jestem bezdomny. Jeśli ma istnieć współczucie, muszę dzielić z nimi ich niedolę. Kapłan nigdy nie będzie siedział i przyglądał się wrogości świata wobec Chrystusa, wiedząc, że współpraca Maryi była tak rzeczywista i aktywna, że stała Ona u stóp Krzyża.

W każdym przedstawieniu Ukrzyżowania widzimy Magdalenę pokłonioną, z twarzą ku ziemi, niemal zawsze u stóp naszego Pana. Lecz Maryja stoi.

Wreszcie, Maryja jest obecna przy śmierci każdego kapłana. Miliony razy prosił Maryję, by modliła się za niego „w godzinie śmierci mojej”. Należy mieć nadzieję, że w czasie całego swojego kapłaństwa raz w tygodniu sprawował Mszę Świętą ku Jej czci. Każdego dnia głosił śmierć Pana w Eucharystii (1 Kor 11, 26), a teraz nadchodzi koniec – nie koniec jego kapłaństwa, gdyż ono nigdy się nie kończy: „Tyś Kapłanem na wieki na wzór Melchizedeka” (Ps 110, 4; Hbr 5, 6). Lecz jest to koniec okresu próbnego. Jest to ta chwila, w której kapłan najbardziej wygląda wstawiennictwa Maryi. Widzi przed sobą krucyfiks i raz jeszcze słyszy, jak Jego Pan mówi do niego: “Oto Matka twoja” (J 19, 27). Śmierć dla zbawionych jest ponownym niemowlęctwem, powtórnym narodzeniem. To dlatego w liturgii określana jest mianem natalitia, święto narodzin. Świat celebruje urodziny, gdy ludzie rodzą się w ciele; Kościół świętuje wtedy, gdy dusze rodzą się w Duchu.

Lecz kapłan wie, że Maryja przeżywa poród, ponieważ widzi on teraz wszystkie swe upadki w białym świetle wieczności. W Betlejem, gdy wydała na świat Najwyższego Kapłana, oszczędzony jej został ból, ale pod Krzyżem doświadczyła bolesnych skurczów porodu, stając się „niewiastą” lub Matką wszystkich. Ambasador Jej Boskiego Syna czuje teraz, jak wiele dodatkowego smutku Jej przysporzył. Lecz nie zrzuci Ona tego ciężaru, podobnie jak nie odrzuciła Jana, który w istocie był marnym substytutem Jezusa.

Dwa słowa ustawicznie wydobywają się z ust kapłana: „Jezus” i „Maryja”. Zawsze był kapłanem – teraz, wreszcie, w godzinie śmierci, jest również żertwą. Najwyższy Kapłan dwukrotnie był Żertwą – przychodząc na świat i opuszczając go. Maryja była obecna przy obu ołtarzach – w Betlejem i na Kalwarii. Maryja była również obecna przy ołtarzu kapłana w dniu jego święceń i towarzyszy mu w godzinie jego śmierci.

Matka kapłanów! W Jej życiu zawsze były dwie miłości: miłość życia Jej Syna i miłość śmierci Jej Syna. Te same dwie miłości Maryja żywi do każdego kapłana. We Wcieleniu była Ona ogniwem łączącym Izrael i Chrystusa; pod Krzyżem i w dniu Pięćdziesiątnicy była ogniwem łączącym Chrystusa i Jego Kościół. A teraz jest ogniwem między kapłanem-żertwą i Tym, który zawsze „wstawia się za nami w niebie”.

Źródło: „Kapłan nie należy do siebie„, 2018 r., str. 339-409.

Idź do nieba!

Z radością przedstawiamy kolejną książkę arcybiskupa Sheena, która ukazuje się w polskim przekładzie nakładem Wydawnictwa Diecezjalnego i Drukarni w Sandomierzu.

EDIT z 5.06.2020 r.:

Nie minęło jeszcze 5 dni od premiery książki „Idź do nieba! Duchowy drogowskaz ku wieczności”, a już stała się ona BESTSELLEREM!!

Z opisu wydawniczego:

Ostatnimi czasy na rynku wydawniczym pojawiło się wiele publikacji najpopularniejszego amerykańskiego kaznodziei abp. Fultona J. Sheena. Nie dziwi to wcale tych, którzy znają książki Arcybiskupa. Ale zarówno tych, którzy przeczytali już niejedną publikację, jak i tych, którzy o Arcybiskupie Sheenie słyszą pierwszy raz, zapewniamy: TĘ KSIĄŻKĘ MUSISZ PRZECZYTAĆ!
Dlaczego? Bo to doskonały drogowskaz do bycia szczęśliwym i kolejny stopień w dostaniu się do nieba!

„Świat – podobnie jak w czasach Arcybiskupa Sheena – gdy słyszy głoszone prawdy o sądzie Bożym, czyśćcu, niebie lub piekle, nie tylko spycha je na margines, ale stanowią one podstawę do oskarżeń tych, którzy je głoszą. W naszej wędrówce, która jest wstępnym zaproszeniem dla każdego na własnej drodze do nieba, trzeba uchwycić się słowa Bożego, które jest światłem: „Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdoła pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują” (1 Kor 2, 9).

abp Wacław Depo, metropolita częstochowski, ze wstępu

Ci z Państwa, którzy pragną zapoznać się z fragmentem książki abp. Fultona J. Sheena „Idź do nieba!”, mogą to uczynić, zaglądając do nowo powstałego działu strony internetowej Wydawnictwa: CZYTAJ ONLINE

Osoby zdecydowane na zakup mogą to uczynić pod następującym linkiem: KSIĄŻKA

A na zwolenników książek w formie elektronicznej czeka już E-BOOK

Ponadto książka dostępna jest w ZESTAWIE PREZENTOWYM 

zestaw-prezentowy

oraz w ZESTAWIE NIEBO +

Nieboplus

Niepokój współczesnego człowieka

sad-2635043_640

Źródło: Daniel Reche, Pixabay

Współczesny człowiek zatrzasnął się w więzieniu swojego umysłu i jedynie Bóg może go uwolnić, jak uwolnił z lochów św. Piotra. Sam człowiek musi jedynie okazać pragnienie wydostania się. Bóg nie zawiedzie; jedynie nasze ludzkie pragnienie jest słabe. Nie ma powodu do zniechęcenia. Serce i pomocna dłoń Pasterza bardziej skupiły się na jagnięciu beczącym w cierniach niż na trzódce pasącej się na spokojnych pastwiskach. Lecz odzyskanie pokoju dzięki Jego łasce wymaga zrozumienia niepokoju i ogromnej skargi zniewolonego współczesnego człowieka.

Współczesny niepokój różni się od niepokoju poprzednich i bardziej normalnych epok w dwojaki sposób. W innych czasach ludzie niepokoili się o własne dusze, lecz współczesny niepokój przede wszystkim skupia się na ciele; głównymi troskami dzisiejszej epoki są bezpieczeństwo ekonomiczne, zdrowie, cera, bogactwo, prestiż społeczny oraz seks. Sądząc po lekturze współczesnych reklam, można by dojść do wniosku, że największą katastrofą, która mogłaby spaść na człowieka, są przesuszone dłonie lub kaszel w strefie T*. To przywiązywanie nadmiernej wagi do bezpieczeństwa ciała nie jest zdrowe; zrodziło się z niego pokolenie, które bardziej przejmuje się posiadaniem kamizelek ratunkowych nakładanych podczas morskiej podróży niż kabiną, w której ma mieszkać i którą ma się cieszyć.

Drugą charakterystyczną cechą współczesnego niepokoju jest to, iż nie jest to strach przed obiektywnymi, naturalnymi zagrożeniami, takimi jak błyskawice, dzikie zwierzęta i głód; jest on subiektywnym, niejasnym strachem przed tym co – jak sądzimy – mogłoby być niebezpieczne, gdyby się wydarzyło. To dlatego postępowanie z ludźmi, których cechuje współczesny niepokój, jest tak trudne; nic nie da tłumaczenie im, że nie istnieje żadne zewnętrzne niebezpieczeństwo, ponieważ zagrożenie, którego się obawiają, tkwi w nich samych, i dlatego postrzegają je oni za nienormalnie rzeczywiste.

Ważne jest, by – uwzględniając aktualne położenie człowieka łącznie z jego przeszłością – zgłębić podstawowy powód i podłoże niepokoju, gdyż aspekt psychologiczny jest tylko jednym, powierzchownym przejawem tegoż położenia. Filozofia niepokoju bierze pod uwagę fakt, że człowiek jest istotą upadłą, złożoną z ciała i duszy. Stojąc pomiędzy zwierzęciem a aniołem, żyjąc w skończonym świecie i aspirując ku nieskończoności, poruszając się w czasie i dążąc do wieczności, człowiek pociągany jest w jednej chwili ku przyjemnościom ciała, a w innej – ku radościom ducha. Znajduje się on w nieustannym stanie zawieszenia pomiędzy materią a duchem, i można go przyrównać do himalaisty, który pragnie zdobyć wysoki szczyt, a jednocześnie – spoglądając za siebie ze swojej obecnej pozycji – boi się, że spadnie w przepaść, która się pod nim rozpościera. Ten stan nieokreśloności i napięcia między tym, kim powinien być, a tym, kim jest, ta szarpanina między jego zdolnością do odczuwania przyjemności i jej nędznym spełnieniem, owa świadomość dystansu między jego tęsknotą za wierną, nienasyconą miłością a marnymi fascynacjami, z ich powracającym poczuciem przesytu, to wahanie się między poświęcaniem niższych wartości, by osiągnąć wyższe ideały, a całkowitą rezygnacją z tych ostatnich; to przyciąganie starego Adama i piękny magnetyzm nowego Adama; ta konieczność wyboru między dwiema drogami – jedną prowadzącą ku Bogu i drugą, która wiedzie w przeciwnym kierunku – to wszystko sprawia, że człowiek napełnia się niepokojem w kwestii swojego przeznaczenia ponad gwiazdami, obawiając się zarazem upadku w otchłanie piekielne.

W każdym człowieku działa prawo podwójnej grawitacji; jedna przyciąga go ku ziemi, gdzie doświadcza prób, a druga ciągnie go ku Bogu, tam, gdzie jest jego szczęście. Niepokój, który leży u podstaw wszelkich obaw współczesnego człowieka, wynika z jego usiłowania, by być sobą bez Boga, lub z usiłowania, by przekroczyć samego siebie bez Boga. Przykład himalaisty nie jest precyzyjny, gdyż nie ma on pomocnika na szczycie, na który się wspina. Tymczasem człowiek ma pomocnika – Bóg ze szczytu wieczności, jeszcze zanim człowiek zwróci się do niego w błaganiu, wyciąga swą wszechmocną dłoń, by go podźwignąć. Oczywiste jest, że nawet jeśli unikniemy wszystkich niepokojów współczesnego życia ekonomicznego, nawet jeśli uda nam się uniknąć wszystkich napięć, które psychologia znajduje w nieświadomości i świadomości, powinniśmy wciąż odczuwać wielki, podstawowy, fundamentalny niepokój wynikający z faktu, że jesteśmy stworzeniem. Niepokój bierze się zasadniczo z nieuregulowanych pragnień; stworzenie pragnie czegoś, czego nie potrzebuje, czegoś, co sprzeciwia się jego naturze lub czegoś, co jest szkodliwe dla jego duszy. Niepokój wzrasta w takim stopniu, w jakim człowiek oddala się od Boga. Każdy człowiek na świecie cierpi na kompleks niepokoju, ponieważ jest w stanie być albo świętym, albo grzesznikiem.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: „Idź do nieba”, 2020 r., str. 30-34.

 

* Arcybiskup Sheen ironizuje, łącząc w jeden problem kaszel z problemami skórnymi występującymi często w tzw. strefie T, obejmującej czoło i nos oraz brodę. Przyp. tłum.

O Świętach Wielkanocnych

Rafael_-_ressureicaocristo01

Rafael Santi, „Zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa”, 1502 r.

Jeśli ktoś jest ma tak nienaukowe podejście, że kieruje się wyłącznie uprzedzeniami, musi wymyślić tysiąc odrębnych odpowiedzi na tysiąc pytań. Przykładowo, jeśli ktoś nie przyjmuje do wiadomości istnienia cudów, musi wymyślić w życiu Chrystusa odrębne wytłumaczenia dla Jego chodzenia po wodzie oraz dla rozmnożenia pokarmów i wykarmienia nimi tłumów. Podobnie jest z tymi, którzy odrzucają historyczne, udokumentowane dowody Zmartwychwstania. Skoro – według niektórych – Chrystus nie powstał z martwych mocą Boga, która jest Jego mocą, muszą oni wymyśleć sposoby na wytłumaczenie Jego objawienia się w Niedzielę Wielkanocną i w kolejnych czterdziestu dniach.

Przestudiowanie tych wymuszonych wytłumaczeń, które bywają o wiele trudniejsze do zaakceptowania przez rozum niż samo Zmartwychwstanie, może być dość interesujące. Teoria, która spotkała się z akceptacją w bezbożnych kręgach w XIX wieku, głosiła, że Chrystus tak naprawdę nie umarł na Krzyżu. Był On jedynie w stanie szoku lub śpiączki spowodowanych agonią na Krzyżu; gdy chłód grobu przywrócił Mu siły, ukazał się On wśród ludzi wmawiając im, że powstał z martwych, kreując w ten sposób wiarę w Zmartwychwstanie.

Przyjrzyjmy się tymczasem faktom zapisanym przez tych, którzy byli świadkami wydarzeń mających miejsce w Wielki Piątek i w Wielkanoc, i którym później poderżnięto gardła za głoszenie tej nowiny. Przede wszystkim podwójnie upewniono się, że Chrystus faktycznie umarł; zbadały to zarówno władze żydowskie, jak i władze rzymskie. Oba gremia doszły do tego samego wniosku. Poza tym rzymski setnik, który odpowiedzialny był za egzekucję, wiedząc, że obaj łotrzy żyją jeszcze, połamał im kości. Wreszcie przeszył włócznią bok Chrystusa i wypłynęła z niego krew z wodą, dając w ten sposób dowód na to, że nastąpiło całkowite zatrzymanie akcji serca. Nawiasem mówiąc, w tym właśnie momencie ten, który był poganinem, stał się drugim owocem Drzewa Krzyża – pierwszym owocem był łotr po prawicy Pańskiej – gdy wykrzyknął: „Zaprawdę, Ten jest Synem Bożym.”.

W późniejszym czasie ci, którzy próbowali zanegować fakt Zmartwychwstania, usiłowali go wytłumaczyć na gruncie psychologicznym. Ta nowa teoria jest następująca: apostołowie i inni uczniowie naszego Pana często słyszeli z Jego ust, że będzie ukrzyżowany i że powstanie z martwych. To przekonanie zakorzeniło się w ich podświadomości. W Wielki Piątek wszelkie ich nadzieje zostały zniweczone przez Jego haniebną „klęskę” i śmierć. Szok, jaki przeżyli, spowodował, że ich podświadomość zaczęła projektować w ich umysłach złudzenie, iż Chrystus zmartwychwstał i to złudzenie głosili niczym fakt.

Teoria ta błyskawicznie rozpada się na kawałki, gdy przypomnimy, że apostołowie i inni nie spodziewali się Zmartwychwstania. Oczywiście Chrystus powiedział im to wielokrotnie, lecz czyż oni Mu uwierzyli? Co robiłyby przy grobie św. Maria Magdalena i pobożne kobiety, które przyniosły tam zioła, aby zabalsamować zwłoki, gdyby spodziewałyby się Zmartwychwstania? Maria Magdalena tak słabo wierzyła w Zmartwychwstanie, że błędnie wzięła Chrystusa za ogrodnika. Gdy wreszcie dała się przekonać i opowiedziała o tym Piotrowi i Janowi, tak brzmiała ich odpowiedź: „kobieca historyjka”. Innymi słowy: „Wiemy, jakie są kobiety, zawsze uwierzą we wszystko”. Gdy wreszcie Piotr i Jan dali się przekonać, musieli przekonać innych i jeden z nich,  Tomasz, posunął się do stwierdzenia, że nie uwierzy, dopóki nie włoży swojego palca w dłoń naszego Pana i dłoni swej w bok Pański. Uwierzył dopiero wtedy, gdy to uczynił. Przy wielu późniejszych okazjach nasz Pan przemawiał i objawiał się tłumom, raz nawet do pięciuset osobom na raz. Nie było to zbiorowe złudzenie, podobnie jak indywidualne złudzenie nie było udziałem żadnego z apostołów.

Zmartwychwstanie jest centralnym faktem Wiary chrześcijańskiej. Rozpoczyna się od klęski, ukrzyżowania i bólu, lecz kończy się tryumfem. Radosne religie mogą sprawdzić się w dniach, w których nie ma śmierci, żalu lub boleści, lecz potrzeba było Miłości Boga, który dotyka naszych życiowych tragedii, by nas przekonać, że w Nim my również możemy mieć swoją Wielkanoc po naszym własnym Wielkim Piątku.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: „Concerning Easter”, Ottawa Citizen, 31.03.1956 r., str. 25.

Grób jest pusty!

Zmartwychwstanie jest centralnym faktem Wiary chrześcijańskiej. Rozpoczyna się ono od klęski, ukrzyżowania i bólu, lecz kończy się tryumfem. Radosne religie mogą sprawdzić się w dniach, w których nie ma śmierci, żalu lub boleści, lecz potrzeba było Miłości Boga, który dotyka naszych życiowych tragedii, aby nas przekonać, że w Nim my również możemy mieć swoją Wielkanoc po naszym własnym Wielkim Piątku.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Martin-Resurrection Morning

James Martin, „Poranek Zmartwychwstania”

Wszystkim Czytelnikom życzymy z całego serca radości, pokoju i nadziei od Chrystusa Zmartwychwstałego!

 

Nie znam tego Człowieka

Caravaggio_denial

„Zaparcie się św. Piotra”, Michelangelo Merisi da Caravaggio, 1610 r.

 

Nie znam tego Człowieka.

(Mt 26, 72)

Gdyby Piotr został z Chrystusem, nikt nie byłby w stanie wycisnąć z niego tej żałośnie pokrętnej wypowiedzi. Subtelność Szatana wkrada się w przyjaźń tych, którym brakuje duchowości, powodując, że ranią oni swych przyjaciół bardziej, niż mógłby to uczynić jakikolwiek wróg. Siedzenie przy ogniu ludzi bezbożnych może pocieszyć ciało, lecz rujnuje Chrystusowy fundament w ludzkiej duszy. Szatan nie przyszedł do Piotra „jak lew ryczący” (1 P 5, 8), lecz jako frywolna dziewczyna, dająca upust swej ciekawości. Była to chwila, w której w życiu Piotra objawił się automatyczny związek między czuwaniem a modlitwą; ten niespodziewany moment przychodzi w życiu każdego człowieka. Ten, kto nie czuwa, nie może spodziewać się odpowiedzi na swą modlitwę. Wprawdzie Bóg ma moc uchronienia przed połamaniem kości każdego, kto upada, ale jeśli ktoś prosi o bezpieczeństwo, a nie czuwa, „wystawia na próbę Pana, Boga swego” (Mt 4, 7). Nie możemy oczekiwać od Boga specjalnej opieki, jaką zarezerwował dla swoich przyjaciół, jeśli obojętniejemy na Jego przyjaźń. Jonasz zirytował się słowem Boga, gdy otrzymał nakaz udania się do Niniwy i głoszenia pokuty. Zwrócił swe serce ku Tarszisz i znalazł okręt gotowy zabrać go daleko od jego misji (Jon 1, 3). Gdy duch kapłana ziębnie, wrogowie Chrystusa – świat, ciało i diabeł – szybko znajdują sposób, aby dostarczyć mu „ogień” – wygodę i towarzystwo.

Dla każdego księdza płynie z Ewangelii nauka, że kapłan, który idzie w dużej odległości za Chrystusem, nazywa Go „człowiekiem”, jak gdyby mówił: „Nie byłem przeznaczony do takiego życia; nigdy nie miałem powołania”. Taki kapłan gniewa się, gdy ktokolwiek mówi mu, że nie przypomina Chrystusa. W takim kapłanie, podobnie jak w Piotrze, istnieje silna tendencja do powrotu do dawnej natury Adama. Na widok takiego kapłana nasz umysł zaczyna sobie wyobrażać Szymona w jego dawnych dniach, gdy był rybakiem. Niemal słyszymy jego soczyste przekleństwa wypowiadane na widok poplątanych sieci. Gdy żył w bliskim towarzystwie naszego Pana, takie słowa nie przyszłyby mu do głowy, lecz zaledwie kilka godzin później wracają dawne przyzwyczajenia. Przekleństwa cisną się mu na usta i to w obecności młodej kobiety. Inni lepiej niż on sam rozumieją, co powinien czynić kapłan. Służąca mogła powiedzieć Piotrowi, że powinien być z Galilejczykiem. Nawet ci, których praca polega na zajmowaniu się przyziemnymi sprawami (na przykład Marta), często gorszą się na widok kapłana, który nie rozumie, że jego zadaniem jest trwanie przy Chrystusie.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: „Kapłan nie należy do siebie„, 2018 r., str. 267-269.

 

O sztuce miłości i przebaczenia – nowa książka abpa Sheena

osztuce

Nakładem wydawnictwa PROMIC ukazała się kolejna książka arcybiskupa Sheena w polskim przekładzie, pt. O sztuce miłości i przebaczenia. Błogosławieństwa i Krzyż, która pozwoli nam przygotować się na głębokie przeżycie Wielkiego Postu i Triduum Paschalnego.

Z opisu wydawniczego: 

Od Góry Błogosławieństw po Kalwarię, początek ziemskiej działalności Jezusa i jej koniec splecione w słowach. Osiem błogosławieństw i Siedem Ostatnich Słów Jezusa połączonych w siedem lekcji, siedem rozważań o – cichości, miłosierdziu, czystości serca, ubóstwie w duchu, łaknieniu sprawiedliwości, wprowadzaniu pokoju i znoszeniu prześladowań.


Fragment książki:

Błogosławieni cisi, albowiem oni
na własność posiądą ziemię.
Ojcze, przebacz im,
bo nie wiedzą, co czynią.

Nasz Pan rozpoczął nauczanie na Górze Błogosławieństw, oznajmiając: „Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię” (Mt 5, 5). Zakończył zaś swoją publiczną działalność na Wzgórzu Czaszki, dając świadectwo tej cichości serca i zdolności przebaczania w skierowanej do Ojca prośbie: „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią” (Łk 23, 34).

Jakże to odmienne od błogosławieństw tego świata! Sprzyja on bowiem nie cichym, lecz mściwym; wychwala nie tego,kto nadstawia drugi policzek, lecz tego, kto odpowiada złem na zło; wywyższa nie pokornych, lecz agresywnych. Siły społeczne i polityczne doprowadziły tego ducha przemocy, walki o władzę i zaciśniętej pięści do skrajności, jakiej świat jeszcze nigdy wcześniej nie widział.

Aby przeciwdziałać takiej wojowniczej postawie zaciśniętej pięści, nasz Pan nauczał o cichości i był jej uosobieniem. Głosił to w poniższych, jakże głęboko zapadających w pamięć słowach, które stanowią kontynuację błogosławieństw:

Słyszeliście, że powiedziano: Oko za oko i ząb za ząb! A Ja wam powiadam: Nie stawiajcie oporu złemu: lecz jeśli cię ktoś uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi. Temu, kto chce prawować się z tobą i wziąć twoją szatę, odstąp i płaszcz. Zmusza cię ktoś, żeby iść z nim tysiąc kroków, idź dwa tysiące. Daj temu, kto cię prosi, i nie odwracaj się od tego, kto chce pożyczyć od ciebie. Słyszeliście, że powiedziano: Będziesz miłował swego bliźniego, a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził. A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują, abyście się stali synami Ojca waszego, który jest w niebie; ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych. Jeśli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie? Czyż i celnicy tego nie czynią? I jeśli pozdrawiacie tylko swych braci, cóż szczególnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią? Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski. (Mt 5, 38-48)

W co wierzymy – kolejna książka arcybiskupa Sheena

pol_pl_W-co-wierzymy-588_1

W tym trudnym czasie, który dla dobra własnego i naszych bliźnich spędzamy głównie  w domu, wielu z nas zapewne z chęcią sięgnie po dobrą, wartościową lekturę. Z tym większą przyjemnością informujemy, że nakładem Wydawnictwa AA ukazała się niedawno obszerna książka pt. „W co wierzymy autorstwa arcybiskupa Sheena.

Z opisu wydawniczego:

Przez ponad cztery dziesięciolecia arcybiskup Fulton Sheen był twarzą katolicyzmu w Ameryce i otrzymywał z całego świata tysiące listów od ludzi szukających prawdy, wiary, zbawienia i duchowego kierownictwa. W tej książce biskup Sheen przedstawia osobiste spojrzenie na wiarę jako świętą podróż do Boga i odpowiada na niektóre z najważniejszych stawianych mu pytań. Z pełnym mądrości humorem, bezpośrednim językiem wyjaśnia, w jaki sposób we współczesnym świecie możemy odnaleźć sens i podążać ku pełni, jeśli zastosujemy chrześcijańską wiarę i filozofię życia do naszych codziennych zmagań.

Czerpiąc z autorytetu z Pisma Świętego, biskup Sheen bada naszą drogę do domu – do Boga – we wnikliwej rozmowie, której celem jest wzmocnienie osobistej więzi z Jezusem. Dzieli się tu z nami zabawnymi anegdotami, które sprawiły, że stał się najsłynniejszą osobowością medialną swoich czasów. Ta książka jest nie tylko katolickim kompendium wiary, ukazanej w porywający sposób. To również niezwykle cenne przypomnienie i trwałe świadectwo tego, że życie nigdy nie jest pozbawione znaczenia i zawsze ma w sobie głęboki sens.


 

Zachęcamy również Państwa do zapoznania się z refleksją na temat powyższej książki, którą zechciał się podzielić jej tłumacz, pan Jan J. Franczak.

Alienacja współczesnego człowieka

lonely-1822414_1280

Źródło: Pixabay

Dawniej człowiek żył w trójwymiarowym wszechświecie, w którym – z ziemi, którą zamieszkiwał ze swymi bliźnimi – spoglądał w górę, ku niebu i w dół, ku piekłu. Gdy człowiek zapomiał o Bogu, jego zdolność widzenia została zredukowana do jednego wymiaru – do jego własnego umysłu.

Dokąd ma się udać dusza, skoro każde wyjście zostało zablokowane? Podobnie jak miasto, którego wszystkie zewnętrzne szańce zostały opanowane przez wroga, człowiek musi znaleźć schronienie wewnątrz siebie. Podobnie jak masa wody, która – natrafiwszy na przeszkodę – zawraca, zabierając ze sobą muł, śmieci i odpadki, tak współczesna dusza (która nie posiada żadnych celów ani dróg chrześcijanina), cofa się w głąb samej siebie i w swym zachłyśnięciu gromadzi w sobie wszelki irracjonalny, instynktowny, ciemny, przypadkowy osad, który nigdy by się nie nagromadził, gdyby istniały normalne wyjścia typowe dla normalnych czasów. Człowiek konstatuje, że znajduje się w potrzasku własnego wnętrza, że jest swym własnym więźniem. Tkwiąc w kazamatach własnego ego, próbuje zrekompensować utratę trójwymiarowego wszechświata wiary, analizując swój własny umysł.

Kompleksy, lęki i obawy współczesnej duszy nie występowały w takich rozmiarach w poprzednich pokoleniach, ponieważ były zstrząsane i rozpływały się w wielkim społeczno-duchowym organizmie cywilizacji chrześcijańskiej. Jednakże są one tak dalece częścią współczesnego człowieka, iż można by pomyśleć, że zostały na nim wytatuowane. Niezależnie od swego stanu, współczesny człowiek musi zostać na nowo przyprowadzony ku Bogu i ku szczęściu. Jeśli chce pójść do Boga od diabła, zaczniemy choćby od tego ostatniego; to dlatego nasz Boski Pan zaczął od Marii Magdaleny i powiedział swym uczniom, że również oni, dzięki modlitwie i postowi, mogą właśnie tam rozpocząć swe dzieło ewangelizacji (por. Mk 9, 29).

Między współczesną sfrustrowaną duszą a sfrustrowanymi duszami, które znajdujemy w Ewangelii, nie istnieje żadna różnica oprócz różnicy terminologicznej. Współczesnego człowieka cechują trzy rodzaje alienacji: jest oddzielony od siebie samego, od swojego bliźniego i od swojego Boga. To samo cechowało sfrustrowanego młodzieńca w kraju Gerazeńczyków.

Pierwszym rodzajem alienacji jest wewnętrzne wyobcowanie. Współczesny człowiek nie jest już jednością, lecz zdezorientowanym kłębkiem kompleksów i nerwów. Jest tak wyobcowany, tak oderwany od samego siebie, że postrzega samego siebie nie tyle jako osobę, lecz jako pole bitwy, na którym wrze wojna domowa pomiędzy tysiącem skonfliktowanych ze sobą lojalności. W jego życiu nie ma choćby jednego nadrzędnego celu. Jego duszę można przyrównać do menażerii, w której setki bestii, każda czyhająca na swoją własną zdobycz, zwracają się przeciw sobie nawzajem. Lub można go przyrównać do radia odbierającego na raz kilka stacji; zamiast skupić się na jednym klarownym sygnale, odbiera tylko irytujący szum.

Jeśli sfrustrowany człowiek jest wykształcony, po jego umyśle prześlizgują się nieskorelowane cząstki informacji, niełączące się w spójną filozofię. Wtedy może on mówić do siebie: „Czasem myślę sobie, że jest nas dwoje – żywa dusza i ktoś z doktoratem”. Taki człowiek dokonuje projekcji swojego własnego mentalnego zdezorientowania na świat zewnętrzny i dochodzi do wniosku, że ponieważ nie zna prawdy, nikt jej nie zna. Jego własny sceptycyzm (uogólniony przez niego w filozofię życiową) coraz bardziej rzuca go na żer mocy czyhających w ciemnych, zatęchłych pieczarach jego nieświadomości. Zmienia on swą filozofię tak często jak ubrania. W poniedziałek kładzie przed sobą tory materializmu; we wtorek czyta bestseller, rozbiera stare tory i kładzie nowe szyny idealizmu; w środy jego nowa droga to droga komunizmu; w czwartek kładzie nowe tory liberalizmu; w piątek słucha audycji radiowej i postanawia podróżować szlakiem freudyzmu; w sobotę zamawia dużego drinka, by zapomnieć o swych mentalnych podróżach, a w niedzielę dziwi się, dlaczego ludzie są tak głupi, by iść do kościoła. Każdego dnia ma nowego idola, każdego tygodnia – nowy nastrój. Jego autorytetem jest opinia publiczna; gdy ta się zmienia, za tą zmianą podąża jego sfrustrowana dusza. Nie ma w nim żadnego stałego ideału, żadnej wielkiej pasji, a jedynie zimna obojętność wobec reszty świata. Ponieważ nieustannie odnosi wszystko do samego siebie, słowo „ja” pojawia się w jego rozmowach tym częściej, im bardziej nudzą go wszyscy bliźni pragnący rozmawiać o sobie, zamiast o nim samym.

Drugą cechą charakteryzującą współczesnego człowieka jest jego izolacja od bliźnich. Tę cechę widać nie tylko w dwu wojnach światowych, jakie miały miejsce na przestrzeni dwudziestu jeden lat oraz w nieustającej groźbie trzeciej wojny; nie tylko widać ją w rosnącym konflikcie klas i w rosnącym egoizmie popychającym każdego człowieka ku temu, by szukać tylko własnej korzyści, lecz również w zerwaniu z tradycją i z nagromadzonym dziedzictwem stuleci. Wszelki szacunek dla tradycji nazywany jest „reakcyjnym” i skutek jest taki, że współczesny człowiek rozwinął w sobie mentalność komentatora, która ocenia wczoraj według dnia dzisiejszego, a dzień dzisiejszy według dnia jutrzejszego. Nic nie jest bardziej tragiczne w człowieku, który był kiedyś mądry, niż utrata pamięci i nic nie jest bardziej tragiczne w społeczeństwie niż utrata tradycji. Współczesna dusza, która nie potrafi żyć sama ze sobą, nie potrafi żyć ze swoimi bliźnimi. Człowiek, który nie żyje w pokoju z samym sobą, nie będzie żył w pokoju ze swoim bratem. Wojny światowe nie są niczym innym, jak tylko makrokosmicznymi znakami wojen psychicznych toczących się w mikrokosmosie otumanionych dusz. Gdyby bitwy nie toczyły się już w milionach serc, żadna bitwa nie toczyłaby się na polach tego świata.

 Gdy dusza wyalienuje się wewnętrznie, rodzi się bezprawie. Dusza, wewnątrz której toczy się walka, wkrótce podejmie walkę z innymi. Gdy człowiek przestaje służyć swojemu bliźniemu, staje się dla niego ciężarem; tylko jeden krok dzieli niezgodę na życie z innymi od niezgody na życie dla innych. Gdy Adam zgrzeszył, oskarżył Ewę, a gdy Kain zamordował Abla, zadał antyspołeczne pytanie: „Czyż jestem stróżem brata mego?” (Rdz 4:9). Gdy święty Piotr zgrzeszył, wyszedł sam i gorzko zapłakał. Grzech pychy na wieży Babel skończył się pomieszaniem języków, przez co zachowanie braterstwa stało się niemożliwe.

Współczesny człowiek odizolowany jest również od Boga. Wewnętrzne wyobcowanie i alienacja od bliźnich mają swoje źródło w oddzieleniu od Boga. Gdy utraci się piastę koła, którą jest Bóg, odpadają szprychy, którymi są ludzie. Bóg wydaje się być bardzo daleko od współczesnego człowieka; jest to w dużej mierze spowodowane jego własnym, bezbożnym zachowaniem. Dobro zawsze jawi się jako wyrzut dla tych, którzy nie żyją dobrze, a ten wyrzut po stronie grzesznika wyraża się w nienawiści i prześladowaniu. Niewielu jest zaburzonych, sfrustrowanych ludzi, krytycznych i zawistnych wobec swojego bliźniego, którzy nie są zarazem ludźmi antyreligijnymi.

Zorganizowany ateizm dzisiejszych czasów jest zatem projekcją nienawiści do samego siebie; żaden człowiek nie nienawidzi Boga, nie znienawidziwszy uprzednio samego siebie. Prześladowanie religii jest znakiem tego, że postawa antyreligijna lub ateistyczna jest nie do obronienia, ponieważ ma ona nadzieję uciec od irracjonalności bezbożności poprzez przemoc nienawiści. Ostateczną formą tej nienawiści do religii jest pragnienie obalenia Boga i trwania we własnej niegodziwości w obliczu Boskiej dobroci i mocy. Buntując się przeciw wszelkiemu istnieniu, taka dusza sądzi, że je obala; zaczyna ona podziwiać swoje własne udręczenie jako protest przeciwko życiu. Taka dusza nie chce słuchać o religii, by pocieszenie nie stało się potępieniem jej własnej arogancji; dlatego się jej przeciwstawia. Niezdolny do tego, by nadać sens swojemu własnemu życiu, człowiek taki uniwersalizuje swój własny wewnętrzny nieporządek i postrzega świat jako rodzaj chaosu, w obliczu którego buduje filozofię „życia na krawędzi”.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: „Go to Heaven”, 1960 r., str. 12-16.

Przebacz im!

hug-1315552_640

Źródło: Pixabay

Skoro zatem Pan nie osądził swoich oprawców, zanim nadeszła godzina ich sądu, dlaczego my, którzy i tak nic o nich nie wiemy, osądzamy innych nawet wtedy, gdy wyrządzają nam krzywdę? Dopóki żyją, czyż nasze powstrzymanie się od osądu nie może być najskuteczniejszym środkiem ich nawrócenia? W każdym razie sąd nie został nam dany i świat może być za to wdzięczny, albowiem Bóg jest bardziej miłosiernym sędzią niż człowiek. „Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni” (Mt 7, 1).

Słowo wypowiedziane przez naszego Pana na Krzyżu brzmiało: „Przebacz”. Przebacz swoim Piłatom, którzy są zbyt słabi, by stanąć w obronie twojej sprawiedliwości; przebacz swoim Herodom, którzy są zbyt zmysłowi, by pojąć twoją duchowość; przebacz swoim Judaszom, którzy sądzą, że wartość mierzy się srebrem. „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią” (Łk 23, 34).

To ostatnie zdanie przepełnione jest zjednoczoną miłością Ojca i Syna, w której święta miłość Boga zetknęła się z ludzkim grzechem i zachowała niewinność. Pierwsze Słowo przebaczenia jest najsilniejszym dowodem absolutnej bezgrzeszności naszego Pana. Pozostali z nas muszą przy śmierci stać się świadkami wielkiej defilady własnych grzechów, a ich widok jest tak potworny, że nie mamy śmiałości stawić się przed obliczem Boga bez modlitwy o wybaczenie.

Jednakże Jezus, umierając, nie tęsknił za przebaczeniem, albowiem był bez grzechu. Przebaczenie, o które prosił, miało stać się udziałem tych, którzy oskarżyli Go o grzech. A przyczyną, dla której prosił o przebaczenie, było to, że „nie wiedzą, co czynią”.

Chrystus jest zarówno Bogiem, jak i człowiekiem, co oznacza, że zna On wszelkie sekrety każdego ludzkiego ciała. Ponieważ wie wszystko, potrafi znaleźć wytłumaczenie: „Nie wiedzą, co czynią”. Lecz my tak mało wiemy o sercach naszych wrogów i tak niewiele wiemy o okolicznościach ich czynów oraz o dobrej wierze przemieszanej z ich złymi uczynkami, że z mniejszym prawdopodobieństwem będziemy potrafili znaleźć wytłumaczenie. Ponieważ nie znamy ich serc, jesteśmy mniej skłonni przebaczać.

Aby móc osądzać innych, musimy znajdować się w ich wnętrzu i poza nimi, lecz jedynie Bóg może to uczynić. Nasi bliźni są dla nas tak nieodgadnieni, jak my jesteśmy nieodgadnieni dla nich. Dlatego nasz osąd byłby błędny, albowiem bezprawne sądzenie jest niesprawiedliwością. Jedynie Pan ma prawo osądzać; my tego prawa nie mamy.

Skoro nasz Pan, który miał prawo osądzać i wiedział wszystko, wciąż znalazł powód, by przebaczyć, wówczas nam, którym brak należnych kompetencji i którzy nie jesteśmy w stanie poznać serc naszych bliźnich przy pomocy naszego słabego umysłu, pozostaje tylko jedno – musimy się modlić: „Ojcze… przebacz…bo nie wiedzą, co czynią.”

Nasz Pan użył słowa „przebacz”, ponieważ był niewinny i wszechwiedzący, lecz my musimy go użyć z innych powodów. Po pierwsze dlatego, że Bóg przebaczył nam większe grzechy. Po drugie dlatego, że jedynie dzięki przebaczeniu uda się wyeliminować nienawiść ze świata. I po trzecie dlatego, że warunkiem naszego własnego przebaczenia jest przebaczenie, którego udzielamy innym.

Po pierwsze, musimy przebaczyć, ponieważ Bóg nam przebaczył. Żadna niesprawiedliwość, jaką wyrządzili nam nasi bliźni, nie może się równać z niesprawiedliwością, jaką wyrządzamy Bogu naszymi grzechami. To właśnie ukazuje nasz Zbawiciel w przypowieści o niemiłosiernym słudze (Mt 18,21-25), któremu pan darował dług w wysokości 10.000 talentów i który zaraz potem zaczął dusić innego sługę, winnego mu 100 denarów.

Dług, który pan darował pierwszemu słudze, był 1.250.000 razy większy od długu, który drugi sługa był winien pierwszemu. Poprzez tę wielką dysproporcję pokazane jest nam, o ile większe są grzechy człowieka względem Boga niż grzechy naszych bliźnich popełniane względem nas samych. Dlatego musimy przebaczać naszym wrogom, ponieważ wybaczony nam został o wiele większy grzech – grzech traktowania Boga jako wroga.

A jeśli nie przebaczamy naszym wrogom ich grzechów, najprawdopodobniej jest tak dlatego, ponieważ nigdy rozliczamy się przed Bogiem z naszych własnych win. W tym leży sekret tak wielkiej gwałtowności i zgorzknienia niektórych ludzi w naszym współczesnym świecie; wypierają oni myśl, jakoby sami mogli kiedykolwiek obrazić Boga i dlatego nigdy nie uważają, że sami potrzebują przebaczenia.

Sądzą, że nie potrzebują przebaczenia i dlatego nikt inny nie powinien go dostąpić. Człowiek, który nie uświadamia sobie swojej własnej winy wobec Boga, ma tendencję być najbardziej zawzięty wobec innych; taki był Dawid w okresie, w którym popełnił najgorszy ze swoich grzechów.

Nasze potępienie innych jest często zasłoną dla naszej własnej słabości; ukrywamy naszą własną nagość pod płaszczem krytycyzmu; widzimy źdźbło w oku naszego brata, lecz nigdy nie dostrzegamy belki w naszym własnym oku. Nosimy przed sobą w worku wszystkie winy naszego bliźniego, a nasze własne winy – w worku na naszych plecach.

Najokrutniejszym rządcą jest człowiek, który nigdy nie nauczył się posłuszeństwa, a najbardziej surowym sędzią jest ten, kto nigdy nie bada własnego sumienia. Człowiek świadomy własnej potrzeby odpuszczenia grzechów z dużym prawdopodobieństwem będzie wyrozumiały dla innych.

Taki był Paweł, który – pisząc do Tytusa – znajduje powód okazywania miłosierdzia ludziom: „Niegdyś bowiem i my byliśmy nierozumni, oporni, błądzący, służyliśmy różnym żądzom i rozkoszom, żyjąc w złości i zawiści, godni obrzydzenia, pełni nienawiści jedni ku drugim” (Tt 3, 3).

Zapominanie o swoich własnych grzechach sprawia, że nienawiść współczesnych ludzi jest tak bardzo gorzka i głęboka. Ludzie potrafią udusić swego bliźniego za grosz, ponieważ zapominają, że Bóg darował im dług w wysokości dziesięciu tysięcy talentów. Jeśli tylko uświadomimy im, jak wielką dobroć okazał im Bóg, zaczną być dobrzy dla innych.

Drugim powodem przebaczania tym, przez których niesprawiedliwie cierpimy, jest to, że jeśli nie przebaczymy, nienawiść będzie szerzyła się dopóty, dopóki cały świat nie stanie się nienawistny. Nienawiść jest niezwykle płodna; mnoży się ona z niesłychaną szybkością.

Komunizm zdaje sobie sprawę z tego, że nienawiść może zniszczyć społeczeństwo dużo szybciej niż wojsko; to dlatego nigdy nie mówi o chrześcijańskiej miłości. To dlatego zasiewa ona w robotnikach nienawiść do kapitału, zasiewa ją w ateistach przeciwko religii, zasiewa ją w sobie przeciwko wszystkim, którzy mu się sprzeciwiają.

Jak można powstrzymać całą tę nienawiść, gdy człowiek uderza bliźniego w policzek? Istnieje tylko jeden sposób; jest nim nastawienie drugiego policzka, które oznacza: „Przebaczam ci; nie zamierzam cię znienawidzieć. Jeśli cię znienawidzę, wniosę swój udział do całkokształtu nienawiści. Nie zamierzam tego zrobić. Zabiję twoją nienawiść, wyruguję ją z powierzchni ziemi. Będę cię kochał”.

W ten oto sposób Szczepan pokonał nienawiść tych, którzy go zabili, a mianowicie przy pomocy modlitwy: „Panie, nie poczytaj im tego grzechu!” (Dz 7, 60). W praktyce powtórzył on Pierwsze Słowo z Krzyża.

I owa modlitwa przebaczenia odniosła zwycięstwo nad sercem młodego człowieka o imieniu Szaweł, który stał nieopodal, trzymając szaty tych, którzy kamienowali Szczepana i „zgadzał się na zabicie go”(Dz 8, 1). Gdyby Szczepan przeklął Szawła, ów mógł nigdy nie stać się świętym Pawłem. Jakaż byłaby to strata! Ale owego dnia nienawiść przegrała, albowiem Szczepan przebaczył.

Wreszcie musimy przebaczać innym, ponieważ nasze własne grzechy nie zostaną nam odpuszczone pod żadnym innym warunkiem. W istocie odpuszczenie naszych grzechów jest dla Boga niemal moralną niemożnością, o ile sami nie przebaczymy. Czyż nie powiedział On: „Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią” (Mt 5, 7). „[O]dpuszczajcie, a będzie wam odpuszczone.Dawajcie, a będzie wam dane (…) Odmierzą wam bowiem taką miarą, jaką wy mierzycie” (Łk 6, 37, 38).

Nie da się uciec od tego prawa. Jeśli nie siejemy, nie będziemy żąć; jeśli nie okażemy miłosierdzia naszym bliźnim, Bóg odwróci od nas swoje miłosierdzie. Tak jak w przypowieści król cofnął swe przebaczenie okazane słudze, ponieważ ów nie zgodził się okazać drobniejszego miłosierdzia swojemu bliźniemu, „[p]odobnie uczyni wam Ojciec mój niebieski, jeżeli każdy z was nie przebaczy z serca swemu bratu” (Mt 18, 35).

Jeśli skrzynia jest wypełniona solą, nie można jej wypełnić piaskiem; jeśli nasze serca wypełnione są nienawiścią wobec bliźnich, jakże Bóg może wypełnić je swoją miłością? To takie proste. Nie może być i nie będzie nam okazane miłosierdzie, jeśli my sami nie będziemy miłosierni. Prawdziwym sprawdzianem chrześcijanina nie jest zatem to, jak bardzo miłuje swoich przyjaciół, lecz to, jak bardzo kocha swoich wrogów.

Boskie przykazanie jest jasne: „Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują; tak będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie; ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych. Jeśli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie? Czyż i celnicy tego nie czynią? I jeśli pozdrawiacie tylko swych braci, cóż szczególnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią?” (Mt 5, 44-47).

Wybacz im! Wybacz im nawet siedemdziesiąt siedem razy! Uczyń swe łoże śmierci bardziej miękkim, wybaczając swoim wrogom ich drobne grzechy przeciw tobie, aby i tobie wybaczono twe wielkie grzechy przeciw Bogu. Przebacz tym, którzy cię nienawidzą, abyś mógł pokonać ich miłością. Przebacz tym, którzy cię ranią, aby odpuszczone ci zostały twoje przewinienia.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: „Go to Heaven”, 1960 r., str. 213-218.