Dyskusja w pociągu

W czasie pewnej podróży koleją z Nowego Jorku do Bostonu siedziałem obok episkopalnego duchownego. Rozpoczęliśmy przyjazną pogawędkę o ważności święceń anglikańskich. Twierdził on, że jest kapłanem w tym samym stopniu, co ja, że może sprawować Najświętszą Ofiarę Mszy Świętej i że może odpuszczać grzechy. Miał dużą wiedzę historyczną i teologiczną, a nasza rozmowa okazała się być tak interesująca, że wielu pasażerów zebrało się wokół nas, by przysłuchiwać się tej przyjaznej debacie. Wysiadł z pociągu na stacji w Providence. Postąpił kilka kroków, po czym odwrócił się ku naszej wspólnej widowni i – myśląc, że rzuci mi ostatnie wyzwanie – krzyknął: „Księże Biskupie, proszę pamiętać, mogę zrobić wszystko to, co ty”. Zdążyłem mu odkrzyknąć: „Nie, nie możesz. Ja mogę pocałować twoją żonę, ale ty nie możesz pocałować mojej”.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: „Treasure in Clay. The Autobiography of Fulton J. Sheen”, 1980 r., str. 300.

Wielki rozwód

Nigdzie w Ewangelii Chrystus nie jest oddzielony od Krzyża; nigdzie Krzyż nie jest oddzielony od Zmartwychwstania. Jednakże tragedią naszych czasów jest wielki rozwód Chrystusa i Krzyża. Wyobraźmy sobie Chrystusa oderwanego od swojego Krzyża. Po prawej stronie jest Chrystus bez Krzyża; po lewej – Krzyż bez Chrystusa. Kto wybiera Chrystusa bez Krzyża? Nasze zachodnie, zamożne chrześcijaństwo. Akceptujemy jedną z Jego gór – Górę Błogosławieństw – ale nie drugą – Golgotę. Powtarzamy z emfazą Jego naukę, wyśpiewujemy hymny, brzdąkamy na gitarach i przedstawiamy Go na scenie, ale bez Krzyża: bez zaparcia się siebie, bez czynienia pokuty, bez wspominania o grzechu czy winie, albowiem prowadzą one do „nienormalnych psychoz”, bez sądu, bez piekła, bez przybicia starego Adama, bez barier i bez represji. Kto wybiera krzyż bez Chrystusa? Rosja i Chiny. Zasada ascetyczna, którą Kościół zarzucił, przeniosła się do krajów totalitarnych, gdzie obowiązuje prawo, porządek, poświęcenie dla wspólnego celu i pogrążenie jednostki dla dobra wspólnego. Pozbawiony Krzyża Chrystus świata zachodniego to zniewieściałość, miękkość, degradacja moralna, apatia i wewnętrzny rozkład. Krzyż bez Chrystusa to sztywność, ograniczoność i miażdżenie ludzi niczym winogrona, w celu sporządzenia totalitarnego wina państwowego. Polityczne pytanie świata jest pytaniem duchowym: Czy Chrystus odnajdzie Krzyż, zanim Krzyż odnajdzie Chrystusa? Tego nikt nie wie, ale nie sposób nie przypomnieć sobie o dwóch synach: „Pewien człowiek miał dwóch synów. Zwrócił się do pierwszego i rzekł: „Dziecko, idź dzisiaj i pracuj w winnicy!” Ten odpowiedział: „Idę, panie!”, lecz nie poszedł. Zwrócił się do drugiego i to samo powiedział. Ten odparł: „Nie chcę”. Później jednak opamiętał się i poszedł. Któryż z tych dwóch spełnił wolę ojca?» Mówią Mu: «Ten drugi». Wtedy Jezus rzekł do nich: «Zaprawdę, powiadam wam: Celnicy i nierządnice wchodzą przed wami do królestwa niebieskiego” (Mt 21, 28-32).

Rozwód Chrystusa od Krzyża nie pozostaje bez wpływu na rekolekcje i życie duchowe. Nowy typ świeckiego mistycyzmu, inspirowany przez Chrystusa bez krzyża, przejawia się w rekolekcjach kainowych. Kain zanegował konieczność ofiary krwi jako warunku pojednania z Bogiem. Ofiarował owoce, które go nic nie kosztowały, czyli – mówiąc współczesnym językiem – produkty techniki. Punktem wyjścia rekolekcji kainowych jest ludzka sprawiedliwość, składanie ofiar z działania i praca z pominięciem świadomości winy. „Ofiara” Izraelitów, którzy oddali swoje złoto, aby odlać Złotego Cielca, nigdy nie uwzględniała ofiary za grzech. Kainowa tradycja duchowości nie wspomina o winie, grzechu czy zadośćuczynieniu. Jeśli już wspomina się o Chrystusie, jest On ” wykorzystywany” do poparcia zajętego już stanowiska: „Jezus i rewolucja”, „Jezus i wojowniczość”, „Jezus i homoseksualizm”, „Jezus i świeckie miasto”. Rekolekcje Kaina opierają się również na gadulstwie, ponieważ nieustanny dialog zawsze stanowi wymówkę od konieczności podjęcia decyzji. Rekolekcje, które koncentrują się na Chrystusie i Krzyżu, zrzucają ciężar na indywidualną duszę, zwłaszcza gdy przeżywa się je w kontemplacyjnym odosobnieniu. Uduchowienie rzadko dokonuje się poprzez rozmowę, nawet jeśli dotyczy ona najdoskonalszych ideałów. Grzeszna ludzkość korygowana jest nie dzięki słowom, lecz dzięki mocy płynącej z Ducha Świętego. Skłonność do organizowania rekolekcji kainowych z dala od Najświętszego Sakramentu jest kolejnym dowodem na pragnienie ucieczki od Obecności ściśle związanej z Krzyżem. Tam, gdzie uwaga skupia się na „problemie”, a nie na osobie, nie ma mowy o wspinaniu się na Górę Błogosławieństw czy Kalwarię.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: „Those Mysterious Priests”, 1974 r., str. 105-107.

Postawy wobec Krzyża

Dwoma papierkami lakmusowymi życia kapłana są jego postawa wobec Krzyża i jego postawa wobec Eucharystii. W każdej epoce, w której słabną pokora, czystość i wierność, następuje odsuwanie na bok wspomnienia Krzyża i Rzeczywistej Obecności w Najświętszym Sakramencie. Krucyfiks przypomina nam o naszych grzechach, jeśli nie przyjmujemy jego przebaczenia. Możliwe są trzy postawy wobec Chrystusa na Krzyżu: antypatia, apatia, empatia.

Antypatię przejawiali ci, którzy chcieli mieć Credo, ale nie chcieli Krzyża: „[N]iechże teraz zejdzie z Krzyża, a uwierzymy w Niego” (Mt 27, 42). Wiara, ale bez dyscypliny; katechetyka, ale bez umartwienia; zgoda, ale bez samokontroli; niezgoda, ale bez reformy. Katechetyka może często stanowić syntezę przekonań, ale niekoniecznie prowadzi do życia chrześcijańskiego. Nasz Pan zapragnął, aby ośrodkiem wierności względem Niego nie był intelekt, ale wola: „Jeśli kto chce pełnić Jego wolę, pozna, czy nauka ta jest od Boga, czy też Ja mówię od siebie samego” (J 7, 17).

Diabły również wierzą: „Wierzysz, że jest jeden Bóg? Słusznie czynisz – lecz także i złe duchy wierzą i drżą” (Jk 2, 19). Szydercy u stóp Krzyża byli gotowi uwierzyć we wszystko, czego nauczał Pan: w Eucharystię, w klucze Piotrowe, w Trójcę Świętą, a nawet w Jego Boskość. Ale postawili jeden warunek – żadnego Krzyża. Wiele przypadków niewiary nie wynika z braku wyjaśnień czy dowodów, ale z odmowy posłuszeństwa.

Apatię uosabiali ci, którzy rzucali kośćmi: „Gdy Go ukrzyżowali, rozdzielili między siebie Jego szaty, rzucając o nie losy. I siedząc, tam Go pilnowali. ” (Mt 27, 35-36). Byli widzami, ale nie uczestnikami; byli zaangażowani w świat, ale nie w odkupienie. Podobnie jak uczeni w Piśmie, do których Herod zwrócił się o wskazanie miejsca narodzin Chrystusa, wiedzieli, ale nie poszli.

Empatia. Chociaż liberalizm współczesnego świata jest mniej tolerancyjny niż nietolerancja Kalwarii, niemniej jednak istnieje jeszcze empatia reprezentowana przez tych, którzy stali z Maryją pod Krzyżem, nad którymi zastanowimy się później. Każdy człowiek na świecie znajduje się albo na krzyżu, albo pod nim. Nie ma możliwości ucieczki. Niektórzy znajdują się na nim poprzez rzeczywiste cierpienia fizyczne lub dlatego, że utożsamiają się z cierpieniami innych w imię Chrystusa, podobnie jak Maryja i inne osoby stojące pod Krzyżem, misjonarze, pracownicy socjalni, matki upośledzonych dzieci itd. Inni stoją pod Krzyżem, domagając się ukrzyżowania Chrystusa, wyśmiewając ofiarę, obojętniejąc, by zabawiać się w jej cieniu lub mówiąc świętym kapłanom, że są „zacofani”.

Skoro mówimy o antypatii, raz zadzwonił do mnie pewien żydowski handlarz dziełami sztuki, który zapytał mnie, czy byłbym zainteresowany setką srebrnych krucyfiksów. Kiedy odwiedziłem jego sklep, powiedział mi, że odkupił je od wspólnoty zakonnic, które postanowiły nie nosić już krucyfiksu. „Co jest nie tak z waszym Kościołem?” zapytał. Przez godzinę odpowiadałem na jego pytanie, wyjaśniając naszą ucieczkę od Krzyża. Jakiś czas później przyjąłem go na łono Kościoła, a na łożu śmierci trzymał w dłoniach krucyfiks, który został porzucony przez zakonnice.

Nasuwa się pytanie, czy nasze czasy nie przypominają nieco XVI wieku. Leon X zlecił Rafaelowi udekorowanie Watykanu. Namalował on trzynaście łuków, każdy z czterema freskami; w sumie pięćdziesiąt dwa freski. Oprócz scen ze Starego Testamentu i czterech z Nowego, wymalował on menażerię lwów, koni, pawi, słoni, gdyż papież Leon był namiętnym myśliwym. Na końcu loggii znajdują się cztery sceny z Nowego Testamentu: Adoracja Pasterzy, Objawienie Pańskie, Chrzest w Jordanie i Ostatnia Wieczerza. Znajdziemy tam Platona i Arystotelesa. Znajdziemy ukoronowanego Karol Wielkiego. Znajdziemy Wenus, Kupidyna, Apolla, Wulkana, ale nie ma Ukrzyżowania, nie ma Zmartwychwstania. Patrząc tylko z punktu widzenia sztuki, można by stwierdzić, że „źle się dzieje w państwie” Kościoła. Interesujące jest również to, że [szesnastowieczni] reformatorzy, którzy reformowali wiarę, a nie dyscyplinę, nie przywrócili Krucyfiksu. Do dziś eksponują krzyż, nigdy zaś krucyfiks. Sam Krzyż jest symbolem absurdu: zaprzeczeniem pionowej belki życia poprzez poziomą belkę śmierci. Tylko przez umieszczenie na tym Krzyżu Kogoś, kto może uczynić śmierć warunkiem życia, możliwa jest ucieczka od absurdu życia.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: „Those Mysterious Priests”, 1974 r., str. 102-104.

Czy Bóg wie, co to znaczy cierpieć?

Problem zła często wyraża się pytaniem: „Czy Bóg wie, co to znaczy cierpieć?”. Przypuśćmy, że zapytalibyśmy: Czy Bóg wie coś o tym, jak to jest urodzić się w slumsach? Czy był kiedyś bezdomny? Czy był kiedyś uchodźcą uciekającym przed mieczem jakiegoś totalitaryzmu? Czy wie coś o niskich zarobkach robotników, na przykład cieśli? Czy Bóg był kiedyś pozbawiony jedzenia przez trzy lub dwanaście dni? Czy kiedykolwiek Go szpiegowano? Czy święci i bezbożni sprzysięgli się kiedykolwiek przeciwko Niemu? Czy opinia publiczna kiedykolwiek Mu się sprzeciwiała? Czy kiedykolwiek oskarżano Go, że jest alkoholikiem lub opętanym przez szatana? Czy zdarzyło się, że ktoś Go wyśmiał, gdy przemawiał? Czy Bóg zaznał goryczy zdrady, obojętności naśladowców, krnąbrności naśladowców? Czy Bóg wie coś o migrenowym bólu głowy, jak gdyby Jego głowa ukoronowana była cierniem? Czy Bóg wie coś o ranach odniesionych w bitwie, o poobijanych dłoniach, pokiereszowanych stopach, o upuszczaniu krwi i zeszpeconych twarzach osób poszkodowanych w wypadkach samochodowych? Czy Bóg wie coś o samotności i grożącym niebezpieczeństwie szubienicy, o niesprawiedliwości sądów, o wyreżyserowanych scenach z udziałem tłumu, który przekrzykuje mówcę, i o ciemności ciasnej celi? Czy Bóg zna taki wyniszczający smutek? Czy Bóg zna samotność lub wie coś o tym, że przyjaciele i mieszkańcy miasta nazywają człowieka szaleńcem?

Czy Bóg wie coś o ofiarach polio przybitych do łóżek przez swoje unieruchomienie? Albo o kulawych, którzy nie mogą używać stóp, sparaliżowanych, jak gdyby były przyszpilone? Albo niepełnosprawnych, którzy nie mogą używać rąk, jak gdyby były przygwożdżone kolcem? Czy Bóg zna smutek matek z powodu krnąbrnych córek, czy ojców z powodu marnotrawnych synów, czy zna wyrzuty sumienia grzeszników oraz Kościoła z powodu upadków i czy temu wszystkiemu towarzyszy palące zmartwienie, któremu niewiele brakuje do krwawego potu?

Tak! Bóg wie! Przeniósł na siebie nasze przewinienia, nasze cierpienia, naszą biedę i przyjął je jako Niebiański Kozioł Ofiarny. Co więcej, On je pokonał i zwyciężył, przezwyciężając ból i zadając ziemi jedyną poważną ranę, jaką kiedykolwiek otrzymała – ranę pustego grobu. Pozostawił ślady stóp w spowitym mrokiem lesie. Nigdy się nie zgubię, jeśli będę stawiać stopę na Jego śladzie. Współistnienie Jego miłości z moją obecną sytuacją dodaje mi odwagi. Jeśli zło zostało pokonane w chwili swojej największej siły, gdy dysponowało najpotężniejszą bronią słabej religii i mocarstwowej polityki, to nigdy już nie zwycięży.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: „Those Mysterious Priests”, 1974 r., str. 61-62.

Współczesna pycha kapłańska

Bardziej współczesnym przejawem nadużywania autorytetu jest umniejszanie go, wypieranie się go lub dążenie do odgrywania innej roli niż ta, której wymaga urząd kapłana-żertwy. Autorytet jest dziś w niebezpieczeństwie nie tyle z powodu pychy, ile z powodu konformizmu wobec ducha świata. Jego językiem nie jest „jestem z Chrystusem”, lecz „jestem z kimś” – tym „kimś” jest anonimowy autorytet „onych”, czyli ducha świata. Pokora przeradza się w umniejszanie wszystkiego, co jest transcendentne wobec nastroju i temperamentu świata. W obliczu prawowitej pycha owej postawy przejawia się w stwierdzeniach: „Umniejszam się przed wami”, „Jestem biedniejszy od was”, „Stanowię jedno z obdartymi egzystencjalistami, młodymi gniewnymi i rewolucjonistami”.

Pycha, która kiedyś szukała pierwszego miejsca, teraz szuka ostatniego, aby zwrócić na siebie większą uwagę lub wzbudzić sympatię antykultury. Dawniej pycha tkwiła w nadmiernym wywyższaniu się: „Jestem księdzem”; obecnie tkwi w publicznym obnoszeniu się z abnegacją i porzuceniem stroju duchownego: „Jestem nieksiędzem”. Dawniejsza pycha kapłańska była zazdrosna o tych, którzy postawieni są wyżej; nowa pycha zazdrości tym, którzy stoją niżej. Im bardziej kapłan wygląda jak włóczęga, im bardziej ordynarne są jego maniery, im bardziej przybiera on tę szyderczą pokorę, która zaprzecza stopniom i hierarchii porządku i czyni z każdego członka ciała stopę, po której można deptać, tym bardziej chełpi się swoją wielkością. Dziecko jest zabawne, gdy nie ma świadomości, że jest zabawne; gdy tylko zaczyna być świadome swoich wybryków, zamienia się w „bachora”. Kapłan, który jest nieświadomy władzy, nigdy jej nie nadużywa, ponieważ należy ona do Chrystusa: „Lecz za łaską Boga jestem tym, czym jestem” (1 Kor 15, 10). Kapłan, który drwi z autorytetu Kościoła i Pisma Świętego oraz papieża, z dumą mówi: „Nie jestem tym, czym jestem”. Do Kościoła wkrada się ten nowy diaboliczny superegotyzm, który zdradza wstyd przynależności do Chrystusa. „Gdybym ubierał się jak ksiądz lub zakonnica, albo akceptował autorytet Kościoła, gdy sprzeciwia się on światu, wprowadzałbym podziały”. Właśnie w tym rzecz: mieliśmy wprowadzać podziały, a nie chodzić i krzyczeć: „Podleczają rany córki mojego narodu pobieżnie, mówiąc: „Pokój, pokój”, a tymczasem nie ma pokoju (Jr 8, 11).

Mamy być oddzieleni, odłączeni, a jednym ze skutków naszego głoszenia powinno być uświadomienie innym ich antagonizmu do Boga poprzez poruszenie ich sumień. Oznacza to, że ukryta wrogość przeciwko Bogu zostaje wydobyta na światło dzienne. Głoszenie Chrystusa miało na celu dzielenie. Jest On „znakiem sprzeciwu” – „Zastanawiajcie się więc nad Tym, który ze strony grzeszników taką wielką wycierpiał wrogość przeciw sobie, abyście nie ustawali, złamani na duchu” (Hbr 12, 3).

Żaden Kościół nie jest silny, gdy jest „tolerowany” przez świat. Kościół jest słaby, gdy jego delegaci odczuwają lęk przed „nieutrzymywaniem dobrych stosunków” z tymi, którzy lekceważą autorytet Chrystusa. Sól nadaje smak tylko dlatego, że „tworzy podziały” w mięsie. Światło oświeca jedynie dlatego, że „tworzy podziały” w ciemności. Nasz Pan sprawił, że znakiem rozpoznawczym ucznia stało się dźwiganie krzyża; ambasador, który zamienia krzyż w poduszkę, aby zjednać sobie opinię świata, może mieć powody do obaw: „Kto się bowiem Mnie i słów moich zawstydzi, tego Syn Człowieczy wstydzić się będzie, gdy przyjdzie w swojej chwale oraz w chwale Ojca i świętych aniołów” (Łk 9,25).

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: „Those Mysterious Priests”, 1974 r., str. 91-92.

Czy dasz Bogu ludzką naturę?

Każdemu kapłanowi stawiane jest maryjne pytanie: „Czy dasz Bogu ludzką naturę?”. Gdzieś, kiedyś, na przestrzeni życia, w ukryciu powołania do kapłaństwa, padło to samo pytanie. Świadomymi odpowiedziami na cud wezwania były wahania, wątpliwości i głębokie poczucie niegodności. „Jakże się to stanie?” jest tak samo wpisane w powołanie kapłańskie, jak było wpisane w powołanie Maryi Dziewicy. Dlaczegóż Bóg miałby pragnąć mojego biednego człowieczeństwa – „naczynia glinianego, które pomieści ten skarb” (por. 2 Kor 4,7)?

Odpowiedź jest oczywista: gdyby naczynie, w którym ma się znajdować Boski Dar, było ze złota i klejnotów, mogłoby się zdawać, że jedynie ono stanowi o wartości wina. Uznanie się do niegodności dowodzi, że „z Boga [pochodzi} owa przeogromna moc, a nie z nas” (2 Kor 4,7). „Czy się pyszni siekiera wobec drwala? Czy się wynosi piła ponad tracza? Jak gdyby bicz chciał wywijać tym, który go unosi, i jak gdyby pręt chciał podnosić tego, który nie jest z drewna” (Iz 10, 15).

Nasz Pan wjechał do Jerozolimy na osiołku i może uczynić to ponownie. Kapłan zostaje obdarzony mocą nie dzięki swojej godności, lecz dzięki temu, że staje się narzędziem Chrystusa. Bóg będzie działał przez jego ludzką naturę, tak nędzną, jaką ona jest. Bóg nie wybrał aniołów na swoich szafarzy, nie wybrał też nikogo ze względu na to, że był lepszy niż reszta ludzi. Wręcz przeciwnie, każdy kapłan zna dziesiątki tysięcy świeckich, którzy byliby godniejszymi od niego narzędziami Chrystusa. Miłość Boga również jest ślepa, w przeciwnym razie nie umiłowałby niektórych z nas – kruchych naczyń – na tyle, by wlać w nas swój skarb łaski.

Maryja dała Bogu ludzką naturę, przez którą nauczał On, rządził i uświęcał. Kapłan daje Chrystusowi swą ludzką naturę mówiąc: „Oto Ja sługa Pański, niech mi się stanie według twego słowa!” (por. Łk 1, 38). Chrystus w sposób analogiczny i w mniejszym stopniu posługuje się zatem kapłanem, aby kontynuować swoje nauczanie, swoje rządzenie i swoje uświęcanie. Na mocy sakramentu święceń kapłani Nowego Testamentu sprawują najdoskonalszy i najbardziej niezbędny urząd; „stają się żywymi narzędziami Chrystusa Wiecznego Kapłana[1]”. „Prezbiterzy bowiem przez święcenia i misję, otrzymywaną od biskupów, zostają wyniesieni do służenia Chrystusowi Nauczycielowi, Kapłanowi i Królowi”[2].

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: „Those Mysterious Priests”, 1974 r., str. 83-85.


[1] Dekret o posłudze i życiu kapłanów Presbyterorum ordinis, Sobór Watykański II, DK 12.

[2] Ibidem, DK1.

Niebezpieczeństwo upolitycznienia

Najpoważniejszym zagrożeniem, przed którym stoi Kościół w przyszłości, jest upolitycznienie, czyli przekształcenie teologii w politykę, seminariów w szkoły służby społecznej, a głoszenia Słowa Bożego w mgliste pojęcie „obecności”. Intelektualna amnezja powoduje, że niektórzy w Kościele zapominają o demonicznej mocy kryjącej się za Exousiai, czyli mocami tego świata (1 Kor 15, 24). Zapomina się również o tym, że modlitwa jest najistotniejszą akcją polityczną, jaką może podjąć chrześcijanin. Życie modlitewne jest o wiele ważniejsze niż wszelkie protesty, palenie, demonstracje, odmawianie modlitw na Piątej Alei przed kamerami telewizyjnymi i poszczenie na schodach ratusza, aż do całkowitego zapomnienia słów: „Kiedy pościcie, nie bądźcie posępni jak obłudnicy. Przybierają oni wygląd ponury, aby pokazać ludziom (NBC, ABC i CBS), że poszczą” (Mt 6, 16). W prawie każdym przypadku, gdy dochodziło do odejścia kapłanów i zakonników od Chrystusa Ofiarującego i Ofiarowanego, skutkowało to zaniedbaniem modlitwy, zdradą prawdy objawionej lub apostazją. To, co faktycznie ma miejsce, jest sakramentalną wulgaryzacją politycznego ekstremizmu. Ponieważ Kościół niekiedy nie nadąża z wdrażaniem zasad sprawiedliwości społecznej, niektórzy duchowni, szybując od ignorancji do uniesień, porzucają ambony na rzecz rewolucyjnej, wtórnej paplaniny i pustego socjologicznego rock-and-rolla. Stają się ogonami latawców i homiletycznymi pistoletami na wodę. Gdy pojawi się antychryst, będzie on – jak przestrzega św. Tomasz z Akwinu – Potestas Politica (łac. władza polityczna – przyp. tłum.).

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: „Those Mysterious Priests”, 1974 r., str. 70.

Staroświeckie słowa

Jakiż byłby ogólny skutek dla narodu, gdyby gazety zmieniły swoje słownictwo i zaczęły używać staroświeckich słów dla wyrażenia pewnych niezmiennych i wiecznych prawd? Pytanie to jest zasadne, ponieważ dzisiaj słowa są tak często używane bez kontekstu, że czasami uważa się, iż nie kryje się za nimi żadna rzeczywistość: nie ma takich rzeczy jak rzepa i kapusta, gdy używamy słowa „warzywo”, i nie ma takich rzeczy jak konie i krowy, gdy używamy słowa „czworonogi”. Komuniści odegrali w tym dużą rolę, ponieważ zaczęli używać słowa „demokracja” dla określenia swojej tyranii, pojęcia „pokój” dla wojny prowadzonej przez piątą kolumnę, a wyrazu „wyzwolenie” – na określenie okupacji. Słowo „postęp”, które oznacza dążenie do ideału, teraz oznacza zmianę ideału. O człowieku, który jechał z Nowego Jorku do Waszyngtonu, mówiono, że czyni „postęp”, gdy dotarł aż do Filadelfii; teraz mówi się, że osiąga „postęp”, gdy kończy w Portland w stanie Maine.

Chłopiec zostaje aresztowany za zastrzelenie innego chłopca, którego nigdy nie widział, ale robi to „z podpuszczenia”. Gazety opisują go jako „delikwenta” lub „psychopatę”, podczas gdy kilka pokoleń temu, kiedy żył Davy Crockett, prasa nazwałaby go „złym”. Kobieta poniżej czterdziestki, która zabija mężczyznę, jest opisywana jako „atrakcyjna”, „towarzyska”, „bogata” lub jako „piosenkarka kawiarniana”, w zależności od przypadku – żaden z tych przymiotników nie ma nic wspólnego ze sprawą, tak jak gdyby dziennikarz bejsbolowy podkreślał kolor oczu pałkarza, a nie jego trafienia. Zdanie: „Rudzielec trafia do bazy” rozmija się z sednem sprawy tak samo, jak „Piękna śpiewaczka bluesowa zabija swojego ojca”.

Wydaje się, że panuje paniczny strach przed stosowaniem terminów moralnych, a nawet przed potępianiem czegokolwiek na gruncie moralnym. Terminy psychologiczne, język socjologii, a nawet terminy medyczne, takie jak „kompleksy”, są przywoływane z atmosferą naukowej pewności, ale skrzętnie unika się określeń typu: „zły” czy „dobry”, „właściwy” czy „niewłaściwy”. Chyba jedynym przypadkiem użycia pojęcia „dobry” jest sytuacja, gdy cytuje się w prasie słowa matki złego chłopca, który właśnie popełnił morderstwo – matki, która całkowicie zaniedbała swojego męża i dzieci: „To był dobry chłopiec”.

Przypomina to rozważania G.K. Chestertona na temat tego, co by się stało, gdyby zabił swoją babcię. Powiedział, że każdy, kto by o tym usłyszał, opisałby to za pomocą tysiąca innych określeń, oprócz słowa „złe”. Niektórzy nazwaliby go szalonym, inni powiedzieliby, że ma niskie IQ, że jest wulgarny, że brak mu manier, że był to ohydny spektakl albo odrażająca scena, albo patologia, albo efekt kompleksu Elektry, albo że było to „ekonomiczne marnotrawstwo dobrej babci”. Jedynym prawdziwym stwierdzeniem wartym wzmianki jest to, że ów czyn był zły, ponieważ babcia miała prawo do życia. Spisek polega na używaniu jakiegokolwiek słowa poza tym jednym, które wprowadziłoby nas w dziedzinę etyki – na której zbudowana jest każda cywilizacja.

Jeśli nie będzie jakiegoś ostrego i szybkiego prawa, które przeciwstawi się psychologicznemu i koniunkturalnemu opisowi zbrodni, nie minie wiele czasu, a zły czyn będzie nazywany dobrym, jeśli będzie popełniony w ładny sposób. Już niedługo dramaturgowie, pisarze, a nawet mordercy będą opisywać odbieranie życia ludzkiego jako „zbrodnię doskonałą”. To tak jakby opisywać trąd jako „idealną chorobę”.

Kwaśne nuty w muzyce nie stają się słodkie tylko dlatego, że muzyk występuje w białym krawacie i czarnym fraku; przestępczość nieletnich nigdy nie zostanie pokonana dopóty, dopóki będzie rozpatrywana w kategoriach abstrakcyjnych, zamiast widzieć ją w konkretnych młodych ludziach, którzy stanowią problem. Żaden lekarz nie może wyleczyć choroby zmieniając jej nazwę; podobnie żadna nauczycielka nie wykorzeni ignorancji mówiąc, że jeśli nie przepuści każdego ucznia co roku, to wzbudzi w nich „kompleks niższości”. Dobro i zło nie zmieniają się, nawet jeśli ktoś szuka ucieczki w piątej poprawce [do Konstytucji Stanów Zjednoczonych]. Dobro jest dobrem, nawet jeśli nikt nie ma racji, a zło jest złem, nawet jeśli wszyscy się mylą.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: „On Being Human”, 1982 r., str. 334-336.

Polska albo III wojna światowa

Podstawową lekturą ogromnej większości ludzi jest codzienna gazeta. Oznacza to, że ich myślenie jest w dużym stopniu ustandaryzowane, że ich wiedza o świecie pochodzi głównie z jednego źródła, a to, co się wydarzyło, jest mało ważne, albowiem nic nie jest równie stare, co wczorajsza gazeta. Podobnie jak nasza pamięć wpływa na nasze obecne działania i nasze przyszłe decyzje, tak również wydarzenia, które miały miejsce w naszym świecie politycznym, w znacznym stopniu determinują to, co zdarzy się w przyszłości. Wśród minionych wydarzeń z ostatnich lat chyba żadne nie podsumowuje tak trafnie naszych problemów, jak zapomniana tragedia Polski.

Pamiętam, jak kilka lat temu napisałem takie oto słowa do audycji radiowej: „Polska została ukrzyżowana między dwoma złodziejami”. Przez dwóch złodziei miałem na myśli hitlerowców i Sowietów. Amerykanie w tamtych czasach wierzyli, że Sowieci są szczerzy, mimo że Lenin mówił, iż „musimy użyć każdego kłamstwa, oszustwa i podstępu, aby zaprowadzić światową rewolucję”. Otrzymałem telegram od jednego z moich cenzorów, który stwierdził, że nie mogę wygłosić tego oświadczenia na antenie, ponieważ byłoby ono obraźliwe dla Sowietów. Odesłałem depeszę zapytując: ” A gdyby tak nazwać Rosję dobrym złodziejem?”Ale cenzor nie uznał tego za ani trochę śmieszne.

Faktem było i jest, że Polska została ukrzyżowana między dwoma złodziejami. Osiemdziesiąt pięć procent jej domów zostało zniszczonych najpierw przez hitlerowców, a milion ludzi został bez dachu nad głową. Potem przyszli Sowieci, by utrwalić ruinę i dodać nowe ogniwa do łańcuchów niewoli. To właśnie z powodu Polski rozpoczęła się II wojna światowa i tak to rozumiano, gdy mówiono „Gdańsk albo II wojna światowa”. Choć dziś dziennikarze mówią o Rosji i III wojnie światowej, trafniejsze sformułowanie brzmiałoby „Polska albo III wojna światowa”. Polska jest zwierciadłem sytuacji na świecie; jest ona węzłem polityki europejskiej; jest kluczem do tego, czy w następnym stuleciu będzie panowała na świecie sprawiedliwość, czy przemoc.

Wyjątkowość Polski bierze się nie z tego, że Sowieci zgwałcili ją i wzięli do swojego imperialistycznego haremu, ale z tego, że pod koniec II wojny światowej Europa współuczestniczyła w tej zbrodni. Zniknęła Polska, ze względu na którą Anglia i Francja chwyciły za broń, Polska będąca sercem Karty Atlantyckiej, pod którą podpisał się Stalin. Karta Atlantycka obiecywała, że każdy lud i każdy naród będzie mógł wybrać taki rząd, jaki uzna za stosowny; Polsce tego odmówiono – najpierw przez inwazję Sowietów, a potem przez współudział Europy w mordzie dokonanym na Polsce.

Organizacja Narodów Zjednoczonych zdaje się nie dostrzegać niekonsekwencji w tym, że Sowieci – siejąc zamęt w Afryce, Azji i Ameryce Południowej oraz podżegając do nacjonalizmu – jednocześnie odmawiają prawa do samostanowienia Polsce i innym krajom za żelazną kurtyną. Rosja nie miała prawa do Polski – to jest elementarna etyka międzynarodowa. Prawne usankcjonowanie przez Europę siłowego zagarnięcia [Polski] było tożsame ze zgodą na rozbój.

Załóżmy, że cały akcent Wolnego Świata w ONZ zostałby zmieniony. Przypuśćmy, że zamiast organizować siły polityczne przeciwko „wrogiej” Rosji, zmieniono by akcenty i ponownie poruszono by kwestię Polski? Wówczas akcent nie byłby położony na przeciwstawienie się złu, lecz na obronę praw. Żaden naród nie jest silny, gdy przeciwstawia się innemu narodowi, ponieważ ów kradnie, ale każdy naród jest silny, gdy potwierdza, że uczciwość powinna być zasadą we wszystkich stosunkach międzynarodowych. W zjednoczeniu na rzecz praw Polski drzemie więcej energii niż w zjednoczeniu przeciwko imperializmowi Rosji.

Jeśli wolne narody nie przyjmą postawy umiłowania dobra, nadzieja Polski będzie musiała wznieść się ponad wszelkie nadzieje polityki. Ponadto w naszych sercach powinniśmy połączyć wierność obowiązkowi odbudowy Polski z uznaniem olbrzymiej dysproporcji tego zadania. Nasze nadzieje powinny być wtedy przyrównane do kwiatów i drzew, które w długie zimy zrzucają swą zieleń, by odrodzić się następnej wiosny. A jeśli narody zawiodą, Polska musi zaufać Chrystusowi, który łkał nad grobem Łazarza i który płacze teraz nad Polską. Wtedy Polska znajdzie zapewnienie swojej chwały w Tym, który mówi: „Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem”.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: „On Being Human”, 1983 r., str. 301-304. (Tekst pochodzi z 1953 r.)

Sakramenty (kolejna książka abpa Sheena po polsku)

Nakładem Wydawnictwa Esprit ukazała się książka „Sakramenty” autorstwa arcybiskupa Sheena.

Z redakcyjnego opisu:

Każdy katolik wie, czym są sakramenty, jednak wielu nie rozumie, jaka jest ich istota i moc. Dlaczego są niezbędne w naszym życiu? Co sprawia, że mają tak wielkie znaczenie w drodze do wieczności?

Arcybiskup Fulton J. Sheen odkrywa przed czytelnikami tajemnicę siedmiu sakramentów. Tłumaczy, jak dzięki tym widzialnym znakom dostępujemy niewidzialnej łaski. Znany z niezwykłej charyzmy i daru kaznodziejskiego kapłan przeprowadza nas przez poszczególne etapy życia sakramentalnego. Opisuje pochodzenie i skuteczność każdego z sakramentów oraz pomaga nam zrozumieć, dlaczego to właśnie one są źródłem życia wiecznego.

Książkę tę można nabyć pod następującym linkiem: ZAMAWIAM KSIĄŻKĘ