Nie boję się stanąć przed Jego obliczem, ponieważ to "On mnie umiłował" (o powołaniu)

Istnieje więcej powołań do kapłaństwa niż te, które prowadzą do święceń; podobnie jak istnieje więcej ziaren zasianych niż tych, które rodzą plon. Św. Tomasz z Akwinu mówi, że Bóg zawsze daje Kościołowi wystarczającą liczbę powołań, pod warunkiem, że odprawi się niegodnych i że godni zostaną dobrze uformowani. Największymi promotorami powołań powinni być sami kapłani. Nie możemy wspinać się na ambony, aby apelować do rodziców, by płodzili dzieci, jeśli my, kapłani, nie płodzimy duchowego potomstwa. Ostatniego dnia Bóg spyta nas, kapłanów: Gdzie są wasze dzieci? Ile wzbudziliście powołań? Mimo iż nie do nas należy zaszczepianie powołań, możemy jednak wpływać na zwiększanie się otwartości [na powołanie]. Użyźniamy glebę dając dobry przykład i słowo zachęty.

Wierzę, że Bóg daje niektórym z nas zdolność rozpoznawania powołań w innych. Pamiętam, jak głosiłem kazanie na pasterce ok. 1960 r. w Sanktuarium Niepokalanego Poczęcia w Waszyngtonie. Gdy Msza św. skończyła się, około godziny 1:30 w nocy, kilkaset osób zgromadziło się wokół mnie na zewnątrz kościoła, aby wymienić ze mną życzenia świąteczne. Zobaczyłem czarnoskórego chłopca, który stał z ojcem nieco na uboczu. Przywołałem go i spytałem: Młody człowieku, czy myślałeś kiedyś o tym, aby zostać księdzem? Odpowiedział twierdząco. Powiedziałem do niego: Sądzę, że masz powołanie. Położyłem dłonie na jego głowie i modliłem się, żeby – jeśli Bóg go powołał – odpowiedział na to powołanie i aby sobie je natychmiast uświadomił. Ojciec chłopca zobaczył, że rozmawiam z jego synem i spytał: Co ksiądz biskup mu powiedział? Powiedziałem mu, że sądzę, iż któregoś dnia jego syn zostanie księdzem. Ojciec odrzekł: Od dnia jego narodzin modliłem się rano i wieczorem, aby Pan Bóg obdarzył go powołaniem. Nigdy nie dowiedziałem się, jak potoczyły się sprawy owego chłopca po naszym spotkaniu. Jest to jedna z rzeczy, których dowiem się w Niebie.

Inny przypadek [odkrytego przeze mnie powołania] był bardziej pewny. Spożywałem samotnie posiłek w głównej restauracji hotelu Startler w Bostonie. Nagle zauważyłem, że pucybut w niemiłosiernie brudnej koszuli i z pudełkiem przyborów do czyszczenia butów przewieszonym przez ramię zaczął huśtać się na ogromnej purpurowej kotarze, która okalała wejście do jadalni. Gdy tylko główny kelner zauważył to, zwymyślał chłopca i wyrzucił go z hotelu. Zostawiłem swój obiad, wyszedłem z hotelu za chłopcem i spytałem go, gdzie chodził do szkoły. Opowiedział, że uczęszcza do publicznej szkoły. Odrzekłem: Dlaczego z twoim imieniem (było to imię irlandzkie) nie chodzisz do szkoły katolickiej? Odpowiedział: Wyrzucili mnie! – Kto cię wyrzucił?Ksiądz i matka przełożona. Obiecałem mu: Wrócisz do tej szkoły. Spytał mnie, kim jestem, lecz powiedziałem, że nie mogę mu tego zdradzić. Potem dorzucił: Nie, oni powiedzieli, że nikomu nie uda się przywrócić mnie do katolickiej szkoły, nigdy nie będzie mi wolno wrócić.

Poszedłem na spotkanie z księdzem i matką przełożoną owej szkoły i powiedziałem im: Słyszałem o trzech chłopcach, którzy zostali wyrzuceni ze szkół wyznaniowych: pierwszy wciąż rysował na lekcjach geografii, drugi lubił wdawać się w bójki, a trzeci trzymał rewolucyjne książki ukryte pod materacem. Nikt nie zna nazwisk prymusów w ich klasach, ale pierwszym z tych chłopców był Hitler, drugim był Mussolini, a trzecim – Stalin. Jestem pewien, że gdyby przełożeni tych szkół dali owym chłopcom jeszcze jedną szansę, mogliby oni zapisać się inaczej w historii świata. Być może chłopiec, w którego sprawie przychodzę, poprawi się, jeśli przyjmiecie go z powrotem. Pozwolili mu wrócić, a dziś pracuje on jako misjonarz wśród Eskimosów.

Gdy byłem biskupem Rochester, przechodząc przez główną nawę jednego z kościołów parafialnych, mijałem młodego chłopca siedzącego w ławce i uderzyła mnie jego niezwykłość. Zatrzymałem się i spytałem go, czy kiedykolwiek myślał o tym, aby zostać kapłanem. Odpowiedział: Czasem modlę się o to. Odrzekłem: Jestem pewien, że masz powołanie; módl się dalej za pośrednictwem Matki Boskiej, abyś umacniał się w swoim powołaniu. Niedawno otrzymałem od niego list z informacją, że wstępuje do jezuitów.


Gdy spoglądam wstecz na ok. 60 lat mojego kapłaństwa – żertwy, jak odpowiedziałbym Bogu na następujące pytanie: Czy myślisz, że przeżyłeś swoje życie jako dobry kapłan? Gdy porównuję siebie z misjonarzami, którzy stali się bezkrwawymi męczennikami, porzucając swój własny kraj i własną rodzinę, aby nauczać inne ludy, gdy pomyślę o cierpieniach moich braci w kapłaństwie w Europie Wschodniej, gdy spoglądam na świątobliwe twarze niektórych z moich braci kapłanów w klasztorach i na misjach, gdy widzę piękne pogodzenie się [z wolą Bożą] księży w szpitalach, którzy cierpią na raka i nawet gdy spoglądam na wielu moich braci w Chrystusie, których tak bardzo podziwiam, odpowiadam: Nie, nie byłem takim kapłanem, jakim powinienem lub jakim pragnąłem być.

Lecz wiem, że jest to niepełna odpowiedź na powyższe pytanie. Gdy umieścisz obraz w świetle świecy, aby go zbadać, nie dostrzeżesz niedoskonałości; gdy umieścisz go w świetle słonecznym, zobaczysz, jak źle dobrane zostały kolory i jak niedoskonała jest kreska. Tak właśnie dzieje się, gdy mierzymy samych siebie według Boskiej miary – wypadamy nieskończenie źle; a gdy porównujemy się z wieloma osobami, które nas inspirują, głęboko odczuwamy własną niegodność. Lecz poza tym wszystkim i mimo tego wszystkiego jesteśmy bardzo mocno świadomi Bożego miłosierdzia. Nie powołał On aniołów na kapłanów; powołał On ludzi. Nie uczynił On złota naczyniem na swój skarb; ulepił je On z gliny. Zbieranina apostołów, którą zgromadził On wokół siebie stała się bardziej godna dzięki Jego miłosierdziu i Jego współczuciu.

Wiem, że nie boję się stanąć przed Jego obliczem. Nie dlatego, że jestem godzien, ani dlatego, że kochałem Go szczególnie mocno, ale ponieważ On mnie umiłował. Jest to jedyny powód, dla którego kogokolwiek z nas można naprawdę kochać. Gdy nasz Zbawiciel zaszczepia w nas swoją miłość, wtedy stajemy się godni miłości. 

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: Treasure in Clay. The Autobiography of Fulton J. Sheen, 2009r., str. 38-42.

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s