Chodzenie po wodzie

Po tym, jak Jezus dokonał rozmnożenia chlebów i ryb w Kafarnaum, apostołom nieoczekiwanie udzielił się zachwyt, jakim zaczęły Go darzyć tłumy. Apostołowie zachwyceni byli tym, że nasz Pan został obwołany królem i prorokiem. Ponieważ apostołowie zarazili się tym entuzjazmem, Pan nakazał im przedostać się na drugą stronę jeziora. Nie chciał, aby ulegli zepsuciu. Zaczęli wiosłować przez jezioro, a Chrystus wspiął się na szczyt góry. Nadeszła noc i rozpętała się burza z opadami deszczu i mgłą. Była trzecia nad ranem, a apostołowie wiosłowali pod wiatr i byli przerażeni. Nasz Pan obserwował ich przez cały czas. Wreszcie przyszedł do nich po wodzie, lecz oni Go nie poznali.

Myśleli, że była to zjawa, duch. Święty Marek tłumaczy nam, dlaczego: nie zrozumieli oni cudu z bochenkami chleba. Nie pojęli niewidzialnej obecności Chrystusa w chlebie życia. W ich strachu nasz Zbawiciel uspokajał ich: „Nie lękajcie się, to Ja jestem”. Wtedy do głosu przyszła impulsywność wielkiego człowieka, głupca: „Panie, każ mi przyjść do siebie po wodzie”. Cóż za głupota – chodzić po wodzie. Czy możecie sobie wyobrazić, co działo się w łodzi, gdy Piotr podniósł swą prawą nogę, aby postawić ją na wodzie? Tomasz zapewne powiedział do niego: „Jesteś w stanie uwierzyć w cokolwiek, Piotrze”. Lecz on szedł, naprawdę szedł po wodzie. Szedł, ponieważ Pan powiedział: „Przyjdź, przyjdź”. Uwierz w nieprawdopodobne, a możesz dokonać niemożliwego. To nasz brak wiary nas powstrzymuje, podobnie jak stało się z Piotrem. Dlaczego zaczął tonąć? Ewangelia podaje nam przyczynę. Uwzględnił obecność wiatrów, zaczął czytać wyniki badań; dowiedziono w nich statystycznie, że 99,4% ludzkości nie może chodzić po wodzie. Wszelkie niedowiarstwo było w wiatrach. Odwróciwszy swe oczy od Chrystusa, Piotr zaczął tonąć.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: „Through the Year with Fulton J. Sheen”, 1985r. str. 184-185.

Brakujący fragment twojego serca

Twoje ludzkie serce nie ma doskonałego kształtu, takiego, jaki ma serduszko walentynkowe. Z boku twojego serca brakuje małego fragmentu i brakuje go w każdym ludzkim sercu. Jest to część, która została wydarta na Krzyżu z powszechnego serca ludzkości. Gdy Bóg stworzył twoje serce i każde inne serce, uznał, że jest ono tak dobre, iż zatrzymał jego cząstkę w niebie, a resztę zesłał na ziemię, gdzie próbuje ono, jak tylko potrafi, wypełnić się wszelką miłością, lecz gdzie nigdy nie będzie doskonale szczęśliwe, doskonale zakochane, nigdy nie będzie zdolne do tego, aby pokochać kogoś całym sercem, gdyż całym, kompletnym sercem nie jest. Nigdy nie będzie szczęśliwe, dopóki nie powróci do Boga, aby odzyskać tę cząstkę, którą On zachował dla niego przez całą wieczność.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: „Through the Year with Fulton Sheen”, 1985r., str. 197.

Zło jest pasożytem

Zło nie jest pozytywne. Zło jest albo nadmiarem, albo wypaczeniem tego, co jest dobre. Pożywienie jest dobre. Zbyt mało pożywienia jest czymś złym, zbyt dużo – również jest złe. Sen jest dobry. Jeśli jednak sen koliduje z obowiązkiem, przestaje być dobry. Zło bardzo przypomina ciemność. Jest ono nieobecnością światła. Nie ma ono celu poza sobą. Lub inaczej – nie ma ono swojej własnej istoty. Jest to lepszy sposób na jego określenie. Wszelkie zło to zepsute dobro. Złe jabłko jest dobrym jabłkiem, które zgniło. Ponieważ zło nie ma własnego kapitału, jest pasożytem, które żeruje na dobru. 

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: „Through the Year with Fulton Sheen”, 1985r., str. 140.

Chwila obecna

Sumienie obciążone winą za przeszłe grzechy obawia się Boskiego sądu. Lecz Bóg, w swoim miłosierdziu, dał nam dwa lekarstwa na taki stan nieszczęśliwości. Jednym z nich jest sakrament pokuty, który wymazuje przyszłość poprzez odpuszczenie naszych grzechów i rozświetla przyszłość poprzez naszą nadzieję na Boże miłosierdzie poprzez nieustanną pokutę i naprawianie naszego życia. Nic w ludzkim doświadczeniu nie leczy pamięci i wyobraźni tak skutecznie jak spowiedź; oczyszcza nas ona z winy i jeśli posłuchamy napomnień naszego Pana, wymażemy całkowicie z własnego umysłu nasze wyznane już grzechy. „Ktokolwiek przykłada rękę do pługa, a wstecz się ogląda, nie nadaje się do królestwa Bożego” (Łk 9, 62). Spowiedź leczy również naszą wyobraźnię, likwidując obawy wobec przyszłości, gdyż teraz, wraz ze św. Pawłem, dusza woła: „Wszystko mogę w Tym, Który mnie umacnia” (Fil. 4, 13)

time

Drugim lekarstwem na schorzenia, które dopadają nas na skutek myślenia o czasie, jest coś, co może być nazwane uświęceniem chwili – lub tego, co nazywamy teraźniejszością. Nasz Pan ustanowił dla nas stosowną zasadę w następujących słowach: „Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy” (Mt 6, 34). Oznacza to, że każdy dzień ma swoje własne próby; nie mamy zapożyczać kłopotów z dnia jutrzejszego, gdyż i ów dzień będzie miał swój krzyż. Mamy zostawić przeszłość Bożemu miłosierdziu i zawierzyć przyszłość, jakiekolwiek będą jej próby, kochającej Opatrzności Bożej. Każda minuta życia ma swój szczególny obowiązek – niezależnie od tego, jak będzie ona wyglądała. Chwila obecna jest chwilą zbawienia. Każde narzekanie przeciw niej jest porażką; każdy akt poddania się jej jest zwycięstwem.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: „From the Angel’s Blackboard”, 1995r., strona nieznana.

Dostajemy mniej niż zasługujemy

Bardzo często zdarza się, że gdy mamy niewiele możliwości, aby czynić naszą własną wolę – możemy bardzo zbliżyć się do Boga akceptując Jego wolę. W księdze proroka Ezdrasza czytamy coś, nad czym często trzeba nam się zastanawiać: „Po tym wszystkim, co przyszło na nas za nasze złe uczynki i za naszą wielką winę – a przecież Ty, Boże nasz, wymierzyłeś karę poniżej naszej winy”. Faktycznie, jeśli jesteśmy uczciwi, przyznamy, że wszyscy otrzymujemy mniej ciosów niż na to zasługujemy. 

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło:  „Through the Year with Fulton J. Sheen”, 1985r., str. 177.

Akceptacja i bunt

Gdy na modlitwę w czasie Świętej Godziny Adoracji przynosimy ze sobą nasze krzyże i nasze życiowe ułomności, zaczynamy dostrzegać, że Bóg mówi do nas. Nie tylko mówi On do nas w różnych wydarzeniach; w Godzinie Adoracji mamy przepiękną okazję, aby dokonać rozróżnienia między akceptacją a buntem w obliczu wszelkich prób, na które zostajemy wystawieni w życiu. Akceptacja: „Bądź wola Twoja”. Bunt: „Dlaczego to mi się przytrafiło?” Dwaj łotrzy wiszący po obu stronach naszego Zbawiciela są doskonałym przykładem obu tych postaw.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: „Through the Year with Fulton J. Sheen”, 1985r., str. 177.

Święta Godzina Adoracji (część 2)

Święta Godzina. Czy [praktykowanie jej] jest trudne? Czasami zdawało się ono być czymś ciężkim; mogło oznaczać rezygnację ze spotkania towarzyskiego lub pobudkę godzinę wcześniej, lecz w ogólnym rozrachunku nigdy nie było to ciężarem, ale radością. Nie chcę przez to powiedzieć, że wszystkie Święte Godziny były budujące, jak na przykład ta jedna w kościele św. Rocha w Paryżu. Wszedłem do kościoła około trzeciej po południu wiedząc, że muszę złapać pociąg do Lourdes dwie godziny później. W ciągu roku zdarza mi się może z dziesięć razy, że udaje mi się usnąć w ciągu dnia; to właśnie był ten dzień. Ukląkłem i odmówiłem modlitwę adoracji, a później usiadłem, aby oddać się rozmyślaniom i natychmiast zasnąłem. Obudziłem się dokładnie godzinę później. Zapytałem Dobrego Pana: „Czy odprawiłem moją Świętą Godzinę”? Wydawało mi się, że Jego anioł odpowiedział: „Właśnie w ten sposób apostołowie spędzili swoją pierwszą Świętą Godzinę w Ogrodzie, lecz więcej tak nie rób”.

Przypominam sobie, że raz przytrafiła mi się trudna Święta Godzina, gdy podróżowałem pociągiem z Jerozolimy do Kairu. Pociąg wyruszał o czwartej rano, co oznaczało bardzo wczesną pobudkę. Innym razem w Chicago poprosiłem proboszcza o zgodę na to, by wpuścił mnie do kościoła na Świętą Godzinę około siódmej wieczorem, gdyż kościół był zamknięty. Proboszcz zapomniał później, że mnie wpuścił i spędziłem tam około dwóch godzin szukając sposobu na wydostanie się stamtąd. Wreszcie wyskoczyłem przez małe okienko i wylądowałem w pojemniku na węgiel. Przeraziło to dozorcę, który następnie przyszedł mi z pomocą.

Na początku mojego kapłaństwa odprawiałem Świętą Godzinę w ciągu dnia lub wieczorem. Z upływem lat, gdy stawałem się coraz bardziej zajęty, odprawiałem Świętą Godzinę wczesnym porankiem, z zasady przed Mszą Świętą. Kapłani, podobnie jak inni ludzie, dzielą się na dwie grupy: skowronki i sowy. Niektórzy pracują lepiej o poranku, a inni w nocy. […]

Celem Świętej Godziny jest zaproszenie do głębokiego osobistego spotkania z Chrystusem. Święty i wspaniały Bóg nieustannie zaprasza nas, abyśmy do Niego przychodzili, żeby z Nim rozmawiać, prosić Go o rzeczy, których potrzebujemy i aby doświadczać, jakim błogosławieństwem jest przyjaźń z Nim. Gdy zostajemy wyświęceni, z początku jest rzeczą prostą oddać się całkowicie Chrystusowi, gdyż Pan napełnia nas Swoją słodyczą, podobnie jak matka daje dziecku cukierek, aby zrobiło pierwszy krok. Euforia nie trwa jednak długo; szybko uczymy się tego, ile kosztuje bycie uczniem, które oznacza pozostawienie sieci, łodzi i biurek. Miesiąc miodowy szybko się kończy i to samo dzieje się z naszym poczuciem własnej ważności, gdy po raz pierwszy słyszymy ów poruszający tytuł „proszę Księdza”.

Miłość zmysłowa lub ludzka miłość maleje z czasem, lecz Boża miłość nigdy nie maleje. Ta pierwsza dotyczy ciała, które staje się coraz mniej podatne na bodźce, lecz w porządku łaski, Boża reakcja na drobne, ludzkie akty miłości ulega wzmocnieniu.

Sama wiedza teologiczna lub sama działalność społeczna nie wystarczy, abyśmy trwali w zakochaniu w Chrystusie, jeśli obu tych rzeczy nie poprzedzi osobiste spotkanie z Nim. Gdy Mojżesz ujrzał gorejący krzak na pustyni, nie płonął on dzięki żadnemu paliwu. Płomień, którego nie wznieciło nic widzialnego, płonął nie niszcząc drzewa. Podobnie osobiste oddanie się Chrystusowi nie wypacza żadnego z naszych naturalnych darów, skłonności lub charakteru; odnawia [nas] ono bez zabijania. Podobnie jak drewno staje się ogniem i ogień trwa, tak i my stajemy się Chrystusem, a Chrystus trwa.

Przekonałem się, że złapanie ognia w modlitwie wymaga czasu. Jest to jedna z zalet Świętej Godziny. Nie jest ona na tyle krótka, aby przeszkodzić duszy w osiągnięciu skupienia i w strząśnięciu rozmaitych rozproszeń świata. Przebywanie przed Realną Obecnością przypomina wystawianie się na słońce, aby chłonąć jego promienie. Milczenie w trakcie Świętej Godziny jest spotkaniem sam na sam z Panem. W tych chwilach nie trzeba recytować spisanych modlitw; jest to czas na słuchanie. Nie mówimy: „Słuchaj, Panie, bo sługa Twój mówi”, ale „Mów, Panie, bo sługa Twój słucha”.

c.d.n.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: „Treasure in Clay. The Autobiography of Fulton J. Sheen”, 2008r., str. 198-201.

Święta Godzina Adoracji

W dniu moich święceń kapłańskich powziąłem dwa postanowienia.

1. W każdą sobotę będę ofiarować Mszę Świętą ku czci Najświętszej Maryi Panny, aby wypraszać Jej opiekę nad moim kapłaństwem. List do Hebrajczyków wzywa kapłana, aby składał ofiarę nie tylko za innych, ale także za siebie samego, gdyż jego grzechy są cięższe ze względu na godność jego urzędu.

2. Postanowiłem również spędzać każdego dnia nieprzerwaną Świętą Godzinę w obecności Naszego Pana w Najświętszym Sakramencie.

W trakcie mojego kapłaństwa dotrzymałem obu tych postanowień. Święta Godzina wzięła swój początek ze zwyczaju, który zacząłem praktykować na rok przed moimi święceniami. Wielka kaplica w Seminarium św. Pawła zamykana była o godzinie osiemnastej, lecz prywatne kaplice były wciąż dostępne dla prywatnego nabożeństwa i modlitw wieczornych. Owego szczególnego wieczora, podczas rekreacji, chodziłem tam i z powrotem wzdłuż ścian zamkniętej kaplicy głównej przez prawie godzinę. I wtedy uderzyła mnie myśl – a może by tak zacząć spędzać Świętą Godzinę adoracji w obecności Najświętszego Sakramentu? Zacząłem następnego dnia i odtąd praktykuję ten zwyczaj już grubo ponad 60 lat.

Oto kilka z powodów, dlaczego praktykuję ten zwyczaj i dlaczego zachęcam innych do podjęcia tej praktyki:

Przede wszystkim, Święta Godzina nie jest nabożeństwem; jest ona wzięciem udziału w dziele odkupienia. W Ewangelii św. Jana nasz Zbawiciel użył słów „godzina” i „dzień” w dwóch zupełnie różnych kontekstach. „Dzień” należy do Boga; „godzina” należy do zła. Siedem razy w Ewangelii św. Jana zostało użyte słowo „godzina” i w każdym z tych przypadków odnosi się ono do spraw szatańskich i do chwil, w których Chrystus nie znajduje się w Rękach Ojca, lecz w ludzkich rękach. W Ogrodzie, nasz Pan zestawił ze sobą dwie „godziny” – jedną z nich była godzina zła  „to jest wasza godzina”- przy pomocy której Judasz mógł pogasić światła świata. Nasz Pan zapytał też „Jednej godziny nie mogliście czuwać ze Mną?” Innymi słowy, poprosił On o godzinę wynagrodzenia, aby pokonać godzinę zła; godzinę ofiarnej łączności z Krzyżem, aby pokonać antymiłość grzechu.


Po drugie, jedyną sytuacją, w której nasz Pan poprosił swych apostołów o cokolwiek, była noc Jego agonii. Nie prosił On ich wszystkich…być może dlatego, że wiedział, iż nie może On liczyć na ich wierność. Lecz przynajmniej oczekiwał, że trzej z nich pozostaną Mu wierni:  Piotr, Jakub i Jan. Jakże często od tamtej chwili w historii Kościoła zło się budziło, a uczniowie spali. To dlatego z Jego udręczonego, samotnego Serca wydobyło się westchnienie: „Jednej godziny nie mogliście czuwać ze Mną?” Nie prosił On o godzinę aktywności, lecz o godzinę towarzystwa. 

Trzecim powodem, dla którego praktykuję Świętą Godzinę, jest chęć coraz większego wzrastania na Jego podobieństwo. Jak ujmuje to św. Paweł: „coraz bardziej upodabniamy się do Jego obrazu, od chluby do chluby”. Stajemy się tacy jak to, na co spoglądamy. Gdy patrzymy na zachód słońca, nasza twarz nabiera złotego blasku. Spoglądanie przez godzinę na Eucharystycznego Pana w tajemniczy sposób przemienia serce, podobnie jak oblicze Mojżesza zostało przemienione po tym, jak spędził czas z Bogiem na górze. Dzieje się z nami coś podobnego do tego, co spotkało uczniów w Emaus. W Niedzielę Wielkanocną po południu, gdy Pan ich spotkał, spytał ich, dlaczego byli tak przygnębieni. Spędziwszy trochę czasu w Jego obecności i usłyszawszy ponownie tajemnicę duchowości: „Syn Człowieczy musi cierpieć, aby wejść do Swojej Chwały” – ich czas z Nim zakończył się, a ich „serca pałały w nich”.

c.d.n.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: „Treasure in Clay. The Autobiography of Fulton J. Sheen”, 2008r., str. 196-198.

O kapłanach

Kapłan lub biskup jest w swojej codziennej służbie przedstawicielem Boga, posłańcem z innego świata, który zanosi w górę do Boga modlitwy i adorację oraz przynosi z góry od Boga łaski i błogosławieństwa dla ludzi (…) Jego stopy są poranione od cierni, w które zaplątały się zaginione owce lub ci, którzy odpadli [od Kościoła]; mają one być pokryte kurzem od szukania zaginionej monety duchowych wędrowców.
Ze strony ludzi pysznych spotkają go kpiny i zniewaga; ze strony bluźniercy – kuksaniec, ze strony uciśnionych – błaganie, ze strony ubogich – prośby. Lecz to on ma po każdym spotkaniu z człowiekiem inspirować innych do tego, aby mówili jak kobieta przy studni: „Pójdźcie, zobaczcie człowieka, który mi powiedział wszystko, co uczyniłam: Czyż On nie jest Mesjaszem?” (J. 4:29).
Żaden przypadek nie jest dla niego beznadziejny. Każda dusza musi być dla niego niczym kropla wody w brzydkiej rynnie, która, gdy spojrzy się na nią z bliska, odbija głębię błękitu z dalekiego nieba. Wie on, iż nie może przekonać innych o tym, że pochodzi z innego świata, dopóki nie będzie postępował tak, jak gdyby tam był. Świat może widzieć jego dzieła, lecz nie zna jego myśli.
Gdy przystępuje do ołtarza, dźwiga ze sobą wszystkie nieszczęścia i rany tego świata. Jego stopy, które wstępują na stopnie ołtarza, muszą nosić ślady bezdomnych, uchodźców i wędrowców ziemi. Jego twarz, gdy całuje on ołtarz, powinna zawierać w sobie twarze tych, których oczy wypalone są od żaru pieca, które pociemniały w kopalniach soli, które są mokre od łez żalu i wokół których grzech wyrył bruzdy. Jego szaty powinny być ciężkie od milionów dusz, które nie znają Chrystusa, a jednak kurczowo chwytają się Jego szat, pokładając nadzieję nie wiadomo w czym. Gdy jego palce podnoszą Ciało i Krew Chrystusa, prosi on, aby wszystkie cierpienia świata zostały zjednoczone z Chrystusem i aby żaden ból nie został zmarnowany.
Będzie odczuwał smutek, ponieważ wie, w jak gorzki sposób ludzie tracą dobro w swoim życiu, lecz zostanie pocieszony wiedząc, że Bóg jest przy nich, nawet jeśli oni tego nie wiedzą; że jest On wokół nich, nawet jeśli tego nie odczuwają. W swoich rozmowach będzie próbował przekształcić lekceważenie w szacunek, kontrowersję w zamyślenie, a lekkomyślność – w praktyczne życie. Gdy wspina się na ambonę, powinien być krucyfiksem, który przemawia.
Lecz, przede wszystkim, nie będzie po prostu kapłanem, lecz żertwą, albowiem żertwą był Chrystus, ofiarując samego siebie dla naszego zbawienia. Każda łza uroniona przez jego bliźniego zrosi i jego policzek, a każdy rodzic pogrążony w żałobie przeszyje żalem jego własne serce; żadna owca nie pozostanie bez pasterza. I ponieważ wie on, że zbyt często jest kapłanem ofiarującym Chrystusa, a za rzadko jest żertwą, która dzieli Jego Krzyż, będzie codziennie modlił się do Matki Chrystusa:
“Ponieważ w Swoim ciele ukształtowałaś Chrystusa kapłanem i żertwą, błagam Cię, ukształtuj Go również w moim sercu. Uczyń to, abym  – wypowiadając słowa konsekracji we Mszy Świętej – mógł wypowiadać je tak jak Ty to uczyniłaś, spoglądając na swojego Syna na Krzyżu: „To jest moje ciało, to jest moja krew”. Wówczas, z Twoją pomocą, będę w Nim żył i z Nim umierał”.
Arcybiskup Fulton J. Sheen
Źródło: „These are the Sacraments”, 1962r., strona nieznana.

Fatima

Wielki kryzys naszego współczesnego świata rozpoczął się 13 października 1917r. Odwiedzimy szybko trzy miasta, aby zobaczyć, co się wtedy wydarzyło: Moskwę, Rzym i małą wioskę w Portugalii o nazwie Fatima.

13 października 1917r – Moskwa. Maria Aleksandrowicz, młoda rosyjska szlachcianka, uczyła religii grupę dwustu dzieci w kaplicy Matki Bożej Iwerskiej. Nagle zrobiło się zamieszanie, przez drzwi wdarli się jeźdźcy na koniach, przegalopowali przez środek nawy głównej, sforsowali balaski, zniszczyli ikony, prezbiterium i ołtarz, a potem zaatakowali dzieci, zabijając wiele z nich.

Maria Aleksandrowicz wybiegła z krzykiem z kaplicy. Wiedząc, że zbliżała się rewolucja i domyślając się, kto jest jej przywódcą, poszła do niego i powiedziała: „Stała się rzecz najstraszniejsza. Uczyłam katechizmu moich uczniów, gdy wdarli się jeźdźcy, napadli na nie i zabili kilkoro z nich”. Przywódca rewolucji odpowiedział: „Wiem o tym. Sam ich wysłałem”. Tak wyglądało jedno z wydarzeń zwiastujących okropną rewolucję komunistyczną, która od tamtej pory dręczy świat.

Rzym, 13 października 1917r. – tego samego dnia w południe. Dzwony kościelne biją w całym mieście, ogłaszając radosne wydarzenie: konsekrację biskupa. Jego nazwisko – Eugenio Pacelli – człowiek, który wówczas nie był zbyt znany, lecz który miał pewnego dnia stać się największą duchową siłą na świecie, opierającą się rewolucyjnej tyranii komunizmu.

Po swojej konsekracji, tego samego dnia 13 października 1917r., wrócił do Monachium. Komuniści wszczęli tam rewolucję 7 kwietnia 1917r., pod przywództwem marynarza Rudolfa Egelhofera oraz dwóch bolszewickich komisarzy, Levine’a i Axelroda, którzy zakładali republikę sowiecką. Nazywając siebie Spartanami i powstając pod dowództwem Karla Liebknechta i Róży Luksemburg, uzbrojeni komuniści opanowali ulice. Utworzono Czerwoną Armię, która w samym Monachium 25 kwietnia zabiła 325 osób. Komuniści ostrzelali z broni maszynowej dom człowieka, który, niewzruszony groźbami, wspinał się na ambonę monachijskiej katedry wbrew rozkazom Czerwonego Komitetu. Wreszcie postanowili go zabić. 29 kwietnia o godzinie trzeciej po południu dowódca Seiler z Czerwonej Armii Południa i jego adiutant Brongratz, uzbrojeni w rozkazy Egelhofera, pojawili się u drzwi jego domu z grupą czerwonych marynarzy. Bandyci, grożąc służącemu granatami ręcznymi, wdarli się do domu i przeszli w kierunku biblioteki, gdzie, z odbezpieczoną bronią, oczekiwali na pojawienie się ich ofiary. Seiler zajął miejsce najbliżej drzwi, z pistoletem gotowym do strzału; żołnierze stali w półkolu; niektórzy z nich również dzierżyli odbezpieczoną broń, inni – ręczne granaty.

Nagle pojawił się poszukiwany człowiek. Z przekleństwem na ustach, Seiler podniósł swą dłoń z pistoletem i uderzył nim krzyż pektoralny na piersi owego człowieka. Ta wysoka, szczupła postać chwyciła pektorał i spoglądając w kierunku wyciągniętych broni, powiedziała miękkim, niskim głosem: „W porządku – zabijcie mnie! Lecz nic nie zyskacie. Próbuję jedynie ocalić Niemcy”.

Pod wpływem spojrzenia tych uduchowionych oczu nikt nie odważył się pociągnąć za spust. Ani Seiler, ani Brongratz, ani żaden z żołnierzy nie wiedział, dlaczego nie strzelali; gdy wrócili do kwatery głównej, nie byli w stanie wyjaśnić Egelhoferowi, dlaczego nie zabili tego człowieka. Nigdy nie udało im się wyjaśnić, dlaczego para oczu, szczupła postać trzymająca krzyż i miękki głos miały większą moc niż ich broń, granaty i rozkazy. Tylko jedna rzecz była absolutnie pewna. Od tego dnia ów człowiek nie bał się absolutnie niczego na świecie. Jego imię? Eugenio Pacelli, przyszły papież Pius XII.

Tamten krzyż pektoralny, który nosił on tamtego dnia, ja mam na sobie dzisiejszego wieczoru. Pius XII dał go swojemu szanownemu przyjacielowi, Jego Eminencji Kardynałowi Spellmanowi, który pożyczył mi go do dzisiejszego programu. 

13 października 1917r. niedaleko małej wioski Fatima zebrało się troje małych dzieci, Łucja, Hiacynta i Franciszek, oczekując objawienia. Powiedzieli, że objawiła im się Maryja, Matka Boga. Nie było w tym nic dziwnego, nie tylko dlatego, że przez Nią przyszedł na świat Nasz Pan, nie tylko dlatego, że przez Nią zdziałał swój pierwszy cud i nie tylko dlatego, że z Krzyża polecił nas Jej swymi łaskawymi słowami: „Oto Matka twoja”, lecz przede wszystkim dlatego, że będąc Matką rodzaju ludzkiego, po matczynemu powinna ona troskać się naszymi kłopotami również w dwudziestym stuleciu.

Dzieci powiedziały, że Pani objawiła się im już wcześniej, 13 kwietnia, 13 maja, 13 czerwca, 13 lipca, 19 sierpnia i 13 września. Podczas tych poprzednich objawień zostało powiedziane coś bardzo interesującego, co pokaż, że to, co się dzieje z naszym światem zdeterminowane jest w większym stopniu przez sposób w jaki żyjemy niż przez politykę.

Pani powiedziała, że obecna Wojna Światowa, która była I wojną światową, skończy się za trochę więcej niż rok. Stany Zjednoczone przystąpiły do wojny w Wielki Piątek tego roku. Istotnie, wojna zakończyła się trochę później niż za rok, 11 listopada 1918r.

Pani powiedziała dzieciom, że nastąpi era pokoju na świecie, jeśli tylko świat powróci do Boga; w tym celu Rosja miała się nawrócić. Lecz dodała: „Jeśli ludzie nie przestaną obrażać Boga, nastąpi inna, gorsza Wojna Światowa, która rozpocznie się za pontyfikatu następnego Papieża.” Była nią, jak się okazało, Wojna Domowa w Hiszpanii. II wojnie światowej można było zapobiec przez pokutę, modlitwę i powrót do Boga. W przypadku, gdyby świat nie powrócił do Boga, Dziewica przepowiedziała kolejną Wojnę Światową: „Rosja będzie rozprzestrzeniać swe błędy na świecie, wywołując wojny i prześladowania. Dobrzy ludzie będą poddani męczeństwu, Ojciec Święty będzie musiał wiele wycierpieć, a różne narody ulegną unicestwieniu”.

Błogosławiona Dziewica obiecała dzieciom, że 13 października 1917r. da znak świadczący o prawdziwości Jej objawień. Tego deszczowego dnia zebrało się w Fatimie 70.000 ludzi, czekając na znak. Większość z nich była niewierząca. W tamtych czasach Portugalia była anarchistycznym, komunistycznym, antyklerykalnym i ateistycznym narodem. Większość ludzi przygnała tam ciekawość, a nie wiara. Wątpili, że cokolwiek się stanie, lecz dzieci zapewniły je, że Niebiańska Pani pokaże wielki znak jako dowód, że istotnie im się objawiła. Ten dowód jest odtąd znany jako „Cud Słońca”. Świadectwo tych 70.000 ludzi oraz zapisy w ateistycznych i anarchistycznych gazetach z tamtych dni, które czytałem, potwierdzają fakt, który miał miejsce. Jedna z anarchistycznych gazet podała, że miał miejsce cud słońca, wyrażając nadzieję, iż nikt nie będzie tego interpretował w nadprzyrodzony sposób.

Błogosławiona Matka najpierw objawiła się dzieciom, a następnie wskazała na słońce, które ukazało się w szczelinie w chmurach. Słońce zdawało się niemal oddzielać od niebios i stało się wielką srebrną kulą strzelającą iskrami we wszystkich kierunkach, zdawało się zstępować ku ziemi, jakby miało spaść w postaci opadów na ludzi. Oni wszyscy natychmiast wydali okrzyk ku Bogu i pogrążyli się w modlitwie i błaganiach, żalu i skrusze. Trzy razy słońce stawało się wirującą masą połyskującego srebra i kręcąc się wokół własnej osi, rzucało promienie wielokolorowego światła, opadając i zygzakując ku ziemi. Tłum tłoczył się w przerażeniu i wołał o miłosierdzie, gdyż zdawało się, że płynna masa ich zniszczy. I mimo że przez cały dzień padał deszcz, po tym jak cud słońca powtórzył się trzy razy, wszyscy odkryli, że ich ubrania były suche.

Od tego czasu Fatima stała się miejscem spotkania wszystkich ludzi świata, którzy wierzą, że pokój tworzy się nie przy stołach polityków, ale gdzie indziej. Niebieska Pani powiedziała im, że pokój zależy od modlitwy, pokuty i ofiary. 13 października 1951r. byłem w Fatimie, gdy ludzie zgromadzili się tam na modlitwie o pokój. Zgromadzili się tam już w poprzedni wieczór mimo zimnego deszczu, tak typowego dla portugalskich szczytów gór; przez całą deszczową noc stali oni lub klęczeli na modlitwie o pokój na świecie. Zostałem z nimi do trzeciej w nocy, gdy zaoferowano mi składane łóżko. Lecz nie mogłem spać. Luksus składanego łóżka jest nie do zniesienia, gdy milion osób czuwa przez całą noc na modlitwie błagając o pokój dla udręczonego wojną świata. Jedyną rzeczą, jaką mogłem zrobić, było wstać z łózka i modlić się z nimi przez całą noc o pokój na świecie.

Następnego ranka, gdy statua Matki Bożej Fatimskiej niesiona była przez tłum, ów milion ludzi machał białymi chusteczkami niczym białymi flagami czystości, w hołdzie dla Królowej Pokoju. Myśli powędrowały natychmiast od tego Białego Placu Fatimy ku Placowi Czerwonemu w Moskwie, gdzie były flagi czerwone od krwi ofiar. Czuło się, że Biały Plac daje jedyną możliwą odpowiedź Placowi Czerwonemu. Zdawało się, że komunistyczny sierp i młot zaczynają podlegać ogromnej zmianie. Młot, który rozłupał tak wiele domów i sprofanował tak wiele świątyń zostanie pewnego dnia, w cnocie wielkiej modlitwy i pokuty, podniesiony do góry przez miliony ludzi i zacznie wyglądać jak krzyż; sierp, którego komuniści używali, aby przeciąć ludzkie życie niczym niedojrzałą pszenicę, pewnego dnia również zmieni swoją symbolikę i zacznie wyglądać jak „księżyc pod stopami Niewiasty”.

Źródło: Fulton J. Sheen, „Life is Worth Living”, 1999r., str. 206.



II wojna światowa nie miałaby miejsca, gdyby ludzie powrócili do Boga. III wojna światowa nie musi wybuchnąć i nie wybuchnie, jeśli my jako naród powrócimy do Boga. Jeśli na świecie panuje zimna wojna, dzieje się tak dlatego, że nasze serca i dusze nie są przepełnione ogniem miłości Boga.

Warto jednakże spytać, dlaczego Wszechmogący Bóg w swoich opatrznościowych relacjach ze wszechświatem uznał za stosowne, aby dać nam objawienie Swojej Błogosławionej Matki, aby przywrócić nas do modlitwy i pokuty.

Jeden powód natychmiast przychodzi na myśl. Ponieważ świat utracił Chrystusa, może być tak, że odzyska Go przez Maryję. Gdy nasz Zbawiciel zgubił się w wieku 12 lat, znalazła Go Jego Matka. Ponieważ znowu został zgubiony, być może właśnie przez Maryję świat odzyska swojego Zbawiciela. Inny powód jest taki, że Boska Opatrzność dała niewieście moc pokonania zła. Owego pierwszego strasznego dnia, gdy zło zostało wprowadzone do świata, Bóg przemówił do węża w ogrodzie Edenu i powiedział: „Wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie i niewiastę, pomiędzy potomstwo twoje a potomstwo jej: ono zmiażdży ci głowę, a ty zmiażdżysz mu piętę” (Rdz 3:15). Innymi słowy, zło będzie miało potomstwo i nasienie. Również dobro będzie miało potomstwo i nasienie. To przez moc niewiasty zło będzie pokonane. Żyjemy teraz w godzinie zła, gdyż – ponieważ do dobra należy dzień – zło ma swoją godzinę. Nasz Zbawiciel powiedział to w noc, w którą Judasz przyszedł do ogrodu: „To jest wasza godzina i panowanie ciemności” (Łk 22:53). Wszystko, co zło może zrobić w ową godzinę, to wygasić światła na świecie; lecz to właśnie może zrobić. Jeśli zatem żyjemy w godzinie zła, jak moglibyśmy pokonać ducha szatana, jeśli nie przez moc owej Niewiasty, której Wszechmocny Bóg dał polecenie, aby zmiażdżyła głowę węża?

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: „Life is Worth Living”, 1999r., str. 202-207.