O sumieniu

sun-dial-1759241_1280
Wiele osób potrzebuje pomocy psychiatry, lecz są też tacy, którzy wydają spore kwoty na to, aby psychiatra wysłuchiwał ich problemów, choć mogliby zaoszczędzić pieniądze, gdyby – zamiast pozwolić psychiatrze na badanie swojej podświadomości – zbadali najpierw swoje sumienie. Nieczyste sumienie może być podstawowym źródłem wewnętrznej nieszczęśliwości osób, którym poza tym nic nie dolega. Zastanawiają się one, skąd się wziął konflikt między tym, co robią, a tym, w co wierzą, dlaczego ich umysł „snuje rozważania nad pełną winy żałością niczym skorpion krążący wokół ognia”, dlaczego istnieje w nich strach przed ciemnością, skąd wzięła się nienawiść wobec tych, którzy są dobrzy, skąd bierze się ich upodobanie do horrorów, które pozwalają zminimalizować okropieństwa duszy poprzez znalezienie jeszcze większych okropieństw poza nią, skąd wzięło się zamiłowanie do historii morderstw, gwałtów, przestępstw, które pozwalają im czuć się mniej winnym, i mają poczucie wewnętrznego wicia się, które sprawia, że człowiek nie czuje się zdolny do rozmawiania z niewinnym dzieckiem ze względu na ciemność, która go przytłacza i na wewnętrzne poczucie przekleństwa. Jak powiada Schiller: „Robak sumienia kładzie się spać tak późno jak sowa”.

Sumienie działa podobnie do władz państwa z jego organami ustawodawczymi, wykonawczymi i sądowniczymi. Po pierwsze, sumienie ustanawia prawo; sprawia, że człowiek podlega prawu i nie jest to prawo stworzone przez niego samego. Gdyby sam ustanawiał to prawo, mógłby sprawić, aby zawsze działało ono na jego korzyść, a nie przeciw niemu. Prawo to nie pochodzi również od społeczeństwa lub grupy, w której żyjemy, gdyż bardzo często stoi ono w sprzeczności do tego, co jest przez społeczeństwo akceptowane. Ponieważ prawo nie może istnieć bez Prawodawcy, istnieje Ktoś na zewnątrz, Kto dyktuje to prawo… „Światło, które oświeca każdego człowieka przychodzącego na świat”.

Sumienie jest również władzą wykonawczą. Podobnie jak głowa państwa, która poświadcza, zatwierdza i podpisuje ustawy, tak i sumienie zaświadcza, czy działamy zgodnie, czy też niezgodnie z prawem. Sumienie nazywa rzeczy po (ich prawdziwym) imieniu, nawet jeśli nasze usta nadają im inne nazwy. Sumienie nie zapobiegnie kłamstwu wypowiedzianemu przez człowieka, lecz nie pozwoli mu uwierzyć w to, że powiedział prawdę. Sumienie w obliczu złego czynu sprawia, że czujemy się, jakby w naszym wnętrzu siedział inny człowiek, zły na nas. Pewien uczeń Pitagorasa kupił od szewca parę butów i obiecał, że zapłaci mu później. Szewc zmarł, a nabywca poczuł ulgę, że nie musi mu już zapłacić. Seneka opowiada nam, że „jego sumienie sprawiło, że nie zaznał spokoju”. Wrócił do zakładu szewskiego i wrzucił do środka pieniądze mówiąc: „mimo iż szewc umarł dla całego świata, żyje on wciąż w moim sumieniu”.

Wreszcie sumienie jest niczym sędzia. Gdy postąpimy źle, czujemy ten sam ból, jak gdybyśmy zranili własnego ojca, a jeśli postąpimy dobrze, gdy możliwe było postąpić źle, czujemy tę samą euforię, jak gdybyśmy usłyszeli zasłużoną pochwałę od własnej matki. Właściwie czujemy, że w naszym wnętrzu siedzi sędzia, który stwierdza, czy postąpiliśmy (lub nie) zgodnie z prawem i wydaje wyrok będący pochwałą lub potępieniem. Zdrowe sumienie jest jak zegar słoneczny, gdy pada nań słońce, gdyż ujawnia ono kondycję moralną człowieka.

Lecz sumienie może być przytępione i zwiędłe. Tragedią współczesnego człowieka jest to, że wypiera się on winy, której świadkiem jest jego sumienie; nazywa on winę oznaką nienormalności. Lecz mimo iż czyni on innych odpowiedzialnymi za ich nieprawości, sam siebie usprawiedliwia nazywając się chorym umysłowo, podczas gdy tak naprawdę jest on moralnie zły. Współczesny człowiek balsamuje swoje sumienie w tym samym celu, w jakim czynili to Egipcjanie – aby zabić smród. Mnoży się liczba chorych umysłów i  – aby je leczyć – potrzebna jest coraz większa liczba wykwalifikowanych psychiatrów, lecz anormalność będzie wzrastać, jeśli wina będzie usprawiedliwiana, zło wypierane, a sumienie traktowane lekceważąco jako kompleks. Zawieranie nowego małżeństwa w celu ukrycia swojej niewierności wobec pierwszej żony może przez moment uśmierzyć sumienie, lecz w ostatecznym rozrachunku sumienie opiera się władzy zmysłów, obstaje przy swojej supremacji, potwierdza swoje szlachetne pochodzenie jako głos Boga, a człowiek, który słyszy ten głos, usłyszał pierwszą nutę melodii wewnętrznego pokoju. Arcybiskup Fulton J. Sheen Źródło: „Bishop Sheen Writes…on Matter of Conscience”, artykuł w Ottawa Citizen, 13.12.1958 r.

Zadowolenie

joy-2483926_1280
Zadowolenie nie jest cechą wrodzoną. Osiąga się je przez mocne postanowienie i pilność w zwalczaniu wygórowanych pragnień – jest ono zatem sztuką praktykowaną przez niewielu. Ponieważ w dzisiejszych czasach istnieją na świecie miliony niezadowolonych dusz, być może pomogłoby im przeanalizowanie czterech głównych powodów niezadowolenia i zaproponowanie sposobów na osiągnięcie zadowolenia.
 
Główną przyczyną niezadowolenia jest egotyzm lub samolubstwo, które stawia „ego” na pierwszym miejscu, wokół którego wszystko inne ma się obracać. Drugą przyczyną niezadowolenia jest zawiść, która sprawia, że postrzegamy majętności i talenty innych, jak gdyby były one nam zabrane. Trzecią przyczyną jest chciwość lub nadmierne pragnienie posiadania więcej w celu zapełnienia pustki w naszym sercu. Czwartą przyczyną niezadowolenia jest zazdrość, sprowokowana czasem przez melancholię i smutek, a czasem przez nienawiść względem tych, którzy mają to, co sami chcielibyśmy mieć.
 
Jednym z największych błędów jest myślenie, że zadowolenie jest uwarunkowane czynnikami zewnętrznymi, podczas gdy jest ono pochodną jakości duszy. Był sobie chłopiec, który pragnął tylko dostać kamyczek.  Gdy miał już kamyczek, pragnął tylko piłki, gdy miał już piłkę, marzył tylko o koszulkę, gdy miał już koszulkę, pragnął tylko latawca, a gdy miał już kamyczek, piłkę, koszulkę i latawca, nadal nie był szczęśliwy. Próby uszczęśliwienia ludzi niezadowolonych przypominają próbę napełnienia sita wodą. Obojętnie jak wiele wody do niego nalejesz, wycieknie ona szybciej niż zauważysz. 
 
Zmiana miejsca również nie przynosi zadowolenia. Niektórzy sądzą, że gdyby znajdowali się w innej części globu, przyniosłoby to im większy pokój duszy. Złota rybka w akwarium i kanarek w klatce rozpoczęły rozmowę pewnego upalnego dnia. Rybka powiedziała: „chciałabym huśtać  się w klatce jak ten kanarek! Chciałabym znaleźć się w tej klatce!” Kanarek rzekł natomiast: „Och, jak przyjemnie byłoby znaleźć się w tej chłodnej wodzie, w której pływa rybka!” Nagle głos powiedział: „Kanarku, zejdź do wody, a ty, rybko, wejdź do klatki!”. Natychmiast zamieniły się miejscami, lecz żadne z nich nie było szczęśliwe, gdyż Bóg przydzielił im miejsca odpowiadające ich zdolnościom i najbardziej zgodne z ich naturą.
 
Warunkiem naszego zadowolenia jest rozpoznanie granic. Cokolwiek mieści się w granicach, z dużym prawdopodobieństwem cechuje się spokojem. Ogród otoczony murem jest jednym z najspokojniejszych miejsc na świecie; świat jest zamknięty na zewnątrz i poprzez bramy można nań spoglądać z uczuciem , dając się mu oczarować. Podobnie, jeśli dusza ludzka zawarta jest w granicach (to znaczy nie jest zawistna, chciwa, pazerna lub samolubna), jest ona zamknięta w cichym, spokojnym, słonecznym zadowoleniu. Człowiek zadowolony, ograniczony i związany przez okoliczności, czyni te granice lekarstwem na swój niepokój. Nie ma znaczenia, czy ogród ten jest wielkości akra lub trzech, czy wznosi się wokół niego mur, czy też nie; to, co się liczy, to fakt, że żyjemy w jego obrębach, wielkich lub małych, abyśmy mogli osiągnąć cichość ducha i radość serca.
 
Zadowolenie płynie zatem po części z wiary – z tego, że znamy cel życia i wiemy, że wszelkie próby, choćby najcięższe, pochodzą z rąk kochającego Ojca. Po drugie, aby osiągnąć zadowolenie, trzeba mieć czyste sumienie. Jeśli wewnętrzne „ja” jest nieszczęśliwe z powodu upadków moralnych i nieodpokutowanej winy, żadne zewnętrzne czynniki nie mogą ukoić duszy. Trzecią i ostatnią potrzebą jest poskromienie pragnień i ograniczenie zachwytów. To, co nadmiernie kochamy, później nadmiernie opłakujemy. Zadowolenie zwiększa naszą radość i zmniejsza naszą nędzę. Całe zło staje się lżejsze, jeśli znosimy je cierpliwie, lecz nawet największe korzyści mogą zostać zatrute przez niezadowolenie. Nieszczęścia jakie niesie życie są zbyt duże i głębokie, by niepotrzebnie je pomnażać.
 
Zadowolenie z naszej sytuacji życiowej nie stoi w sprzeczności z pragnieniem jej poprawy. Chrześcijaństwo nie mówi najbiedniejszemu z biednych, aby poprzestał na zadowoleniu, lecz również żeby był „biegły w swoim zawodzie” . Zadowolenie dotyczy dnia dzisiejszego. Człowiekowi dziś ubogiemu wiara nakazuje być zadowolonym z tego, co obecnie posiada, lecz wyzwolenie z ubóstwa może być tym, co będzie dla niego najlepsze jutro; dlatego ubogi człowiek pracuje, by poprawić swoją sytuację. Próby te mogą się nie powieść i jeśli jego ubóstwo do jutra nie ustanie, biedak zaakceptuje ten stan i będzie próbował dalej, aż do skutku. W ten sposób zadowolenie jest względne wobec naszej obecnej sytuacji i bezwzględne wobec ogółu potrzeb naszej natury. Zadowolony człowiek nigdy nie jest nędzarzem, nawet jeśli posiada bardzo niewiele. Człowiek niezadowolony nigdy nie jest bogaczem, nawet jeśli opływa w dostatek. 
 
Arcybiskup Fulton J. Sheen

Wyparcie sie winy

Żyjemy w jedynym okresie historii świata, w którym panuje powszechne wyparcie się winy. Dostojewski pisał: „Nadchodzi czas, w którym ludzie powiedzą, że grzech nie istnieje; nie ma winy, istnieje tylko głód. I przyjdą płacząc i płaszcząc się u naszych stóp i powiedzą: ‚Daj nam chleb'”. Dawniej katolicy byli jedynymi ludźmi, którzy wierzyli w Niepokalane Poczęcie. Dziś każdy wierzy, że został niepokalanie poczęty. 


Arcybiskup Fulton J. Sheen

Mamy mapę

Nasza prawda w Kościele jest prawdą, która pochodzi od Chrystusa. Jest to prawda tak szlachetna, że – gdy zaczynamy odchodzić od Kościoła – zaczynamy błądzić. Posiadanie mapy jest ogromną ulgą. Tym właśnie jest prawda Chrystusowa w Kościele. Możemy zejść z drogi, możemy zbłądzić przez grzech, możemy zbłądzić przez błąd. Lecz dopóki posiadamy mapę – możemy wrócić na drogę. Są jednak ludzie, którzy po tym, jak zejdą z drogi, drą mapę na kawałki. I to jest jeszcze większa tragedia. 


Arcybiskup Fulton J. Sheen

Prawdziwy problem Kościoła

W ostatnich latach zostaliśmy zarzuceni w Ameryce olbrzymią ilością socjologicznych, psychologicznych i teologicznych badań na temat tego, co stało się z Kościołem. Nie są one jednak zbyt pożyteczne, gdyż przyczyny kulturowe nie objaśniają tego, co się stało. Kościół przeżywa wielki kryzys i swoistą degenerację w każdym kraju świata: Afryka cierpi; Kościół w Azji cierpi; Europa cierpi. Gdyby istniały jedynie przyczyny kulturowe, skutki nie byłyby tak powszechne. Muszą zatem istnieć inne, pozakulturowe i ponadnarodowe przyczyny. Jedną z przyczyn, których nie należy lekceważyć, jest przyczyna szatańska. Wszędzie, gdzie wylewa się Duch Święty, intensywnie ujawniają się diabelskie wysiłki. Na przykład gdy Mojżesz czynił cuda, magicy faraona powielali niektóre z nich. Gdy Kościół otrzymał Ducha Świętego, miało miejsce prześladowanie św. Szczepana. W przypadku Soboru Watykańskiego [II] miało miejsce rozlanie Ducha Świętego i jednocześnie rozlanie złego ducha. Lecz nasi teologowie zlekceważyli ten demoniczny element. Bóg mówi: „Jestem Który Jestem”. Diabeł mówi: „Jestem, którego nie ma”. Szatan jest zawsze najsilniejszy, gdy zaprzecza się jego istnieniu. Jest prawie niemożliwością znaleźć dziś teologa, który pisze o szatanie, chyba że po to, by zanegować jego istnienie. Nie dzieje się tak w literaturze. Nie dzieje się tak w psychiatrii. Dzieje się tak tylko w teologii. 


Arcybiskup Fulton J. Sheen

Święty Piotr i Judasz

Bardzo interesujące jest porównanie św. Piotra i Judasza. Nasz Pan ostrzegł ich obu, że zawiodą. Obaj zawiedli. Obaj wyparli się lub zdradzili Pana. Obaj żałowali. Lecz różnica w ich pojmowaniu żalu jest taka, że Judasz żałował ze względu na samego siebie, a Piotr żałował ze względu na Pana. Do tego momentu byli tacy sami. Dlatego św. Paweł mówi, że istnieją dwa rodzaje żalu: żal świata i żal prawdziwej wiary. Judasz, po tym, jak postanowił nie wracać do Zbawiciela, pozbawił się nadziei. Wziął sznur, udał się na jakiś skalisty teren; nie wiemy dokładnie, gdzie to było. Szedł po tym skalistym terenie, który zdawał się być tak twardy i okrutny jak jego własne serce, a gałąź każdego drzewa na jego drodze przypominała palec wysunięty oskarżycielsko w jego kierunku. Zdrajca, zdrajca, zdrajca. A sęk w każdym drzewie przypominał oskarżycielskie oko. I powiesił się. Dzieje Apostolskie podają: „I wypłynęły wszystkie wnętrzności jego”. To wszystko.


Arcybiskup Fulton J. Sheen

O wojnie i cierpieniu

Nasza Deklaracja Niepodległości stwierdza, że ten kraj ufa Bogu. Obyśmy my, Amerykanie, rozumieli to dosłownie i nigdy nie porzucili absolutnej ufności w Bożą Opatrzność, nawet w chwilach nieszczęść, bólu, depresji, katastrofy i wojny. Wołajmy za Hiobem: „Choćby mnie zabił Wszechmocny – ufam, i dróg moich przed Nim chcę bronić” ” (Job 13 :15).
Z tej podstawowej ufności pokładanej w Bogu wynikają pewne wnioski: Nie możemy wychodzić z założenia, że jesteśmy niewinni i twierdzić, że wszelkie nasze nieszczęścia są niezasłużone. Odtąd, zamiast pytać: „Po czyjej stronie jest Bóg?”, powinniśmy wejrzeć w nasze dusze i zapytać: “po czyjej stronie my jesteśmy?”

Powinniśmy nieustannie mieć na uwadze, że największą tragedią wojny nie są straty ekonomiczne lub cierpienie fizyczne, lecz przyzwolenie na zło. „I nie lękajcie się tych, co zabijają ciało, a duszy nie mogą zabić. Bójcie się raczej tego, który może duszę i ciało zatracić w piekle.” (Mat 10:28)Człowiek niewierzący może wytłumaczyć istnienie dręczycieli i katów w czasie wojny, lecz nie może on zrozumieć ofiary żołnierza lub męczennika. Ci, którzy wierzą w Boga, mogą zrozumieć jedno i drugie.

Cierpienie we wszystkich formach jest dla Chrześcijanina tajemnicą, a nie problemem. Problemem jest wciśnięcie kwadratowego kołka w okrągłą dziurę, ponieważ jedno nie pasuje do drugiego. Z cierpieniem jest inaczej. Wypełnia ono cel; nawet grzech może być „błogosławioną winą”, jeśli przynosi on Odkupienie.

Jeśli weźmiemy pod uwagę niezwykły widok Wcielonego Syna Bożego rozciągniętego na Krzyżu na skutek zbiorowego zła wyrządzonego przez ludzi i mimo wszystko zwyciężającego ich nienawiść i grzech poprzez zmartwychwstanie do nowego życia i rozlanie przebaczenia  – powtarzam – jeśli weźmiemy pod uwagę obraz Golgoty, można stawić czoła cierpieniu, wojnie i złu nie tracąc nadziei ani w człowieczeństwo, ani w Boga. To zamożny Salomon narzekał na pustkę w życiu, a nie cierpiący Hiob. Krzyż raz jeszcze może nas zaślubić z Bogiem.  

concentration-camp-g0041ff6e2_1280

W ten sposób wracamy do głównego tematu tej serii słuchowisk radiowych: Ameryka musi powrócić do Boga przyjmując postawę pokorną i pokutną, gdyż jeśli opuścimy Boga, Bóg opuści nas. Nie jest On tylko Bogiem Miłosierdzia, lecz również Bogiem Sprawiedliwości i mimo iż cierpi On, gdy niektórzy pytają drwiąco: „Gdzie jest teraz twój Bóg?”, Jego odpowiedź będzie brzmiała: „Gdzie są ich bogowie, w których pokładali ufność…niech powstaną i pomogą wam”. Nasz los zależy od tego, czy dobrowolnie odpowiemy na Jego Miłość, czy zostaniemy poddani Jego Sprawiedliwości.

Arcybiskup Fulton J. Sheen
Źródło: kazanie pt. War and Providence, 29.12.1940r. 

 

Święty Józef

Czy był on stary czy młody? Większość znanych nam posągów i obrazów przedstawia świętego Józefa jako starego człowieka z siwą brodą, człowieka, który wziął pod opiekę Maryję i Jej przyrzeczenie zachowując do niej taki dystans, z jakim lekarz podnosi niemowlę w żłobku. Oczywiście nie mamy żadnego historycznego potwierdzenia wieku św. Józefa. Niektóre apokryficzne teksty przedstawiają go jako starego człowieka; Ojcowie Kościoła po czwartym wieku dość sztywno trzymali się tej legendy. Malarz Guido Reni również to uczynił, gdy przedstawił św. Józefa jako starego człowieka z siwymi włosami.

Lecz gdy próbujemy zgłębić powody, dla których chrześcijańska sztuka miałaby przedstawiać św. Józefa jako starca, odkrywamy, że jego wiek miał lepiej chronić dziewictwo Maryi. W jakiś sposób wkradło się założenie, że starość jest lepszym opiekunem dziewictwa niż młodość. I tak sztuka nieświadomie uczyniła Józefa małżonkiem czystym i nieskalanym na skutek wieku, a nie zaś cnoty. Tak samo można by zakładać, że najlepszym sposobem na pokazanie, że jakiś człowiek nigdy nie dopuściłby się kradzieży, byłoby przedstawienie go bez rąk; założenie to ignoruje poza tym fakt, że starzy mężczyźni także mogą mieć niedozwolone pragnienia, nie tylko młodzi. Zuzanna była kuszona w ogrodzie przez starych mężczyzn. Lecz, co więcej, przestawianie św. Józefa jako starca sprawia, że jawi się on nam jako mężczyzna, któremu nie zostało zbyt wiele sił witalnych, a nie jako taki, który panował nad nimi ze względu na Boga i Jego święte zamierzenia. Pokazywać Józefa czystym tylko dlatego, że jego ciało uległo zestarzeniu, to tak jak gdyby ktoś wychwalał strumień górski, który wysechł. Kościół nie wyświęci na księdza mężczyzny, któremu brakuje sił witalnych. Kościół pragnie mężczyzn, którzy mają coś, co muszą poskromić, nie chce zaś poskromionych, którzy nie mają w sobie energii, by być nieokiełznanymi. Nie inaczej jest z Bogiem. Poza tym rozsądek każe wierzyć, że nasz Pan wolałby mieć za przybranego ojca kogoś, kto był zdolny do poniesienia ofiary, a nie kogoś, kto został do niej zmuszony.

Bartolomé Murillo (1618-1682), św. Józef z Dzieciątkiem Zbawicielem

Dodatkowo mamy do czynienia z następującym faktem historycznym: Żydzi krzywo patrzeli na nieproporcjonalne małżeństwo między starymi i młodymi; Talmud dopuszcza takie małżeństwa tylko dla wdów i wdowców. Wreszcie, zdaje się niemożliwe, że Bóg związałby młodą matkę, prawdopodobnie szesnasto- lub siedemnastoletnią,  ze starym mężczyzną. Skoro nie zawahał się powierzyć swej Matki młodemu człowiekowi, Janowi, u stóp Krzyża, dlaczego miałby Ją oddać staremu człowiekowi przy żłóbku? Miłość kobiety zawsze determinuje sposób, w jaki kocha mężczyzna: jest ona cichym wychowawcą jego męskich sił. Ponieważ Maryję można nazwać „szafarką dziewictwa”* młodych mężczyzn i kobiet, i ponieważ jest Ona największą inspiracją dla czystości chrześcijańskiej, czyż logicznie rzecz biorąc nie powinna Ona była najpierw zainspirować i udziewiczyć pierwszego młodzieńca, którego prawdopodobnie kiedykolwiek spotkała – Józefa, Sprawiedliwego? Nie poprzez umniejszanie Jego zdolności do miłowania, lecz przez wywyższenie tej zdolności, Maryja odniosła swe pierwsze zwycięstwo w swym własnym Małżonku, człowieku, który był mężczyzną, a nie jedynie sędziwym stróżem!

Józef był prawdopodobnie młodym mężczyzną, silnym, męskim, atletycznym, przystojnym, czystym i zdyscyplinowanym; ten typ mężczyzny widzimy czasem, jak pasie owce, pilotuje samolot lub pracuje przy desce jako cieśla. Miast być mężczyzną niezdolnym do miłowania, Józef musiał płonąć z miłości. Podobnie jak niewiele uznania mielibyśmy dla Matki Najświętszej, jeśli złożyłaby swoje śluby dziewictwa jako pięćdziesięcioletnia stara panna, niewiele uznania mielibyśmy też dla człowieka, który stał się jej mężem, gdyż był w zaawansowanym wieku.

Młode dziewczyny w tamtych czasach, podobnie jak Maryja, składały śluby, że będą kochać wyłącznie Boga; czynili tak również młodzieńcy, spośród których Józef był tak znakomitym, że nazwano go „sprawiedliwym”. Miast być wyschniętym owocem podanym na stole Króla, był on raczej kwiatem wypełnionym obietnicą i siłą. Nie był w jesieni życia, lecz w jego wiośnie, tryskając energią, mocą i kontrolowaną pasją.

Maryja i Józef wnieśli przy swoich zaślubinach nie tylko przysięgę czystości, lecz również dwa serca, w których tętniły strumienie miłości większej niż jakiekolwiek uczucie pulsujące w ludzkich piersiach. Żadni małżonkowie nie kochali się nigdy bardziej niż Józef i Maryja. Ich małżeństwo nie przypominało innych małżeństw, gdyż zrzekli się prawa do ciała; w normalnym małżeństwie jedność ciała jest symbolem jego dopełnienia, a ekstaza, która towarzyszy konsumpcji jest jedynie przedsmakiem radości, która spływa na duszę osiągającą jedność z Bogiem na skutek łaski. Jeśli istnieje przesyt i znużenie w małżeństwie, dzieje się tak dlatego, że brakuje mu tego, co miało się w nim ujawnić lub ponieważ w akcie tym zabrakło wewnętrznej Boskiej Tajemnicy. Jednakże w przypadku Maryi i Józefa nie było potrzeby symbolu jedności ciała, ponieważ ich udziałem była Boskość. Po cóż ścigać cień, skoro mieli istotę? Maryja i Józef nie potrzebowali cielesnego dopełnienia małżeństwa, ponieważ, jak pięknie ujął to Leon XIII: „Dopełnienie ich miłości było w Jezusie”. Po co zawracać sobie głowę migoczącymi świeczkami ciała, skoro ich miłością jest Światło Świata? Prawdziwie jest On Jezusem, Radością Serca (voluptas cordium). Jeśli On jest słodką radością serc, nikt nawet nie myśli o ciele. Tak jak mąż i żona, gdy stoją nad kołyską, nad nowo zrodzonym życiem, zapominają na moment o sobie nawzajem, tak Maryja i Józef, mając Boga w swojej rodzinie, ledwie zdawali sobie sprawę z tego, że mają ciała. Miłość czyni męża i żonę jednym; w przypadku Maryi i Józefa to nie ich połączone miłości uczyniły ich jednym; uczynił to Jezus. Nie było na tym świecie większej miłości od tej i nigdy nie będzie. Nie poszli oni do Boga poprzez wzajemną miłość do siebie; najpierw poszli do Boga i otrzymali głęboką i czystą miłość do siebie nawzajem.

*w oryginale “virginizer”

 

Arcybiskup Fulton J. Sheen

 

Źródło: “The World’s First Love”, 1952r., str. 91-96. 

Dlaczego Bóg cierpiał tak bardzo?

Dlaczego Bóg cierpiał tak bardzo, gdy przyjął na siebie naszą ludzką naturę? Na tym świecie istnieje więcej ziarenek piasku niż trzeba; podobnie miłość nie zna granic. Jedynym sposobem na okazanie doskonałej miłości jest oddać wszystko, co się posiada. Bóg przyjął na siebie naszą ludzką naturę i powiedział, że kocha nas aż do końca, nawet aż do śmierci. Teraz możesz dojrzeć piękno i majestat Chrystusa. Stał się człowiekiem w Betlejem i przyjął postać niemowlęcia. Został zrodzony bez matki w Niebie i bez ojca na ziemi. Ten, który stworzył świat, urodził się na nim. Stwórca słońca zrodzony został pod słońcem; Ten, który ulepił ziemię, na niej został narodzony; niewysłowienie mądry, przyszedł na świat jako dziecko;  Pan wszechświata  – leżący w żłobie, władca gwiazd –  karmiony przez swoją Matkę. Kwiląca radość Niebios. Bóg staje się człowiekiem. Boskość – wcielenie; Wieczność – czas, Władca  ubiczowany; Moc skrępowana; Król ukoronowany cierniem. Gdybyś był jedynym człowiekiem na świecie, który kiedykolwiek żył i grzeszył, przyszedłby na ziemię, umarłby i cierpiał tylko dla ciebie jednego. Właśnie tak bardzo cię kocha.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: „Your Life is Worth Living”, 1965r., str. 60.

Cuda Chrystusowe

Skoro pochodził On od Boga, powinny mieć miejsce pewne znaki lub cuda, aby zaświadczyć o Jego prawdziwości .
Test II
Nasz Pan uczynił wiele cudów, a oto kilka z ich cech charakterystycznych. Czynił te cuda jako znaki mające przekonać ludzi, że Ten, kto je czyni był Tym, który został im obiecany. Nigdy nie uczynił cudu, aby zachwycić tłumy. Nigdy nie uczynił cudu, aby zaspokoić swój głód lub swoje pragnienie. Nigdy nie wziął pieniędzy za rzeczy, które sprawił. Nie zgodził się zamienić kamieni na pustyni w chleb, aby się nasycić lub sprawić, by woda wypłynęła ze skały i zgasiła jego pragnienie. Przeciwnie, poprosił kobietę, aby odstawiła wiadro i dała mu się napić.
Nasz Pan wyjaśnił, dlaczego czynił cuda. Powiedział: Ale jeżeli ich dokonuję, to choćbyście Mi nie wierzyli, wierzcie dziełom i przekonajcie się, że Ojciec jest we Mnie, a Ja w Ojcu. Przy innej okazji powiedział: Dzieła, które Ojciec polecił Mi wykonać, te dzieła, których dokonuję, świadczą, że to Ojciec Mnie posłał. Jeśli wolą Boga było dać objawienie, cuda powinny być takie, aby zaświadczyć o prawdziwości przesłania. Jeśli cud pojawia się w łączności ze słowem lub czynem osoby, która twierdzi, że jest posłannikiem Boskiego objawienia, zbieżność ta świadczy o Boskiej aprobacie nauczyciela i przesłania. Cuda były pieczęciami, jakie Bóg kładł na objawieniu Chrystusa jako Jego Boskiego Syna. Skoro więc Jezus pokazuje, że czyni cuda Swą własną mocą, udowadnia, że jest Panem wszechświata i Bogiem.
Inną cechą cudów, jakich dokonał nasz Pan i jakie zostały zapisane, jest to, że nie ma w nich nic niedorzecznego. Każdy mógł je osobiście sprawdzić. Większość z cudów nie została dokonana w sekretnych sferach ludzkiego życia, lecz w tym, co można nazwać fizycznym światem, gdzie mogły one zostać naukowo zweryfikowane. Nasz Pan nigdy nie uczynił cudu bez obecności świadków. Gdy uleczył trędowatego, podążały za nim tłumy. W przypadku uzdrowienia sługi centuriona, nawet nie poszedł do miejsca, w którym sługa ten umierał. Gdy podnosił teściową Piotra z jej łoża boleści, obecni byli apostołowie i inni. Nasz Pan nigdy nie wszedł na górę, aby w samotności, bez świadków dokonać jakiegoś cudu, a następnie wrócić i rozpowiadać, że go dokonał. Jego dzieła czynione były wobec tysięcy świadków i właśnie dlatego żaden z cudów naszego Pana nigdy nie został zakwestionowany, łącznie z Jego Zmartwychwstaniem. Apostołom nie wolno było o nich nauczać, lecz samych cudów nikt nie poddawał w wątpliwość.
Jego cudów nie można odłączyć od Jego Osoby. Różniły się od cudów czynionych przez proroków, albowiem w ich przypadku były one odpowiedzią siły wyższej na ich modlitwy. Jego cuda płynęły z majestatycznego życia, które było w Nim. Święty Jan nazywa je znakami lub dziełami, mając na myśli to, że były one rzeczami, których można się było po Nim spodziewać, skoro był On Tym, kim był. Były one dowodami Jego Boskiego objawienia; były nawet czymś więcej, gdyż dawały świadectwo Jego zbawiennej misji jako Odkupiciela świata. Poprzez uleczenie sparaliżowanych, chromych i niewidomych, Chrystus oblekł Swą moc w widzialną postać, aby leczyć choroby duchowe. Dolegliwości fizyczne były symbolem tego, co duchowe. Często przechodził od fizycznego cudu do jego symbolicznego i duchowego znaczenia; na przykład ślepota była symbolem ślepoty wobec światła wiary. Wyrzucając demony z opętanych, wskazywał na Swoje zwycięstwo nad mocami zła, dzięki któremu ludzie mogą zostać wyzwoleni z okowów szatana i przywróceni do wolności moralnej.
Jeśli wyeliminujesz cuda z życia Chrystusa, zniszczysz Jego tożsamość i Dobrą Nowinę. Niemożliwe jest nawet przyjęcie neutralnej postawy wobec cudownego pierwiastka w Ewangelii. Moc czynienia cudów nie jest nieistotnym elementem nauczania naszego Pana, a same cuda, których dokonywał, nie były jedynie ozdobą Jego życia. Cudotwórczość wpleciona jest w Jego całe życie. Moralna integralność charakteru naszego Pana całkowicie zależy od prawdziwości Jego cudów.  Gdyby był kłamcą, nie byłby Tym, za Kogo się podawał. Nie możemy rozdzielać dwóch rzeczy, które Bóg połączył: piękna Chrystusowego charakteru i prawdziwości cudów, jakie czynił. Ile cudów sprawił? Ewangelia wspomina o trzydziestu pięciu. Trzy cuda dotyczą wskrzeszenia zmarłych: dziecka, młodzieńca i człowieka dorosłego; dziewięć cudów odnosi się do natury, a dwadzieścia trzy dotyczą uzdrowienia. Ponadto miały miejsce cuda związane z życiem samego Chrystusa: Dziewicze Narodziny, Zmartwychwstanie i Wniebowstąpienie.  Mimo iż w Ewangelii wymienionych jest trzydzieści pięć cudów, nie należy myśleć, że były to Jego jedyne cuda. Posłuchajcie, jak brzmi koniec Ewangelii według św. Jana: Jezus dokonał jeszcze wielu innych rzeczy. Gdyby je chciano opisać, każdą z nich, to sądzę, że świat nie pomieściłby ksiąg, które by zostały napisane. Na pewno istniały inne, niepoliczone cuda.  Gdy ludzie byli świadkiem cudu, mówili:  Czyż Chrystus, kiedy przyjdzie, uczyni więcej znaków od Niego?  Zapowiedziane zostało, że Mesjasz będzie czynił cuda. Skoro więc uczynił On mnóstwo cudów, musi On być Chrystusem.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: „Your Life is Worth Living”, 1965r., str. 41-44 (fragmenty).