O filozofii dobroczynności

Sprawiedliwość społeczna lub społeczne panowanie Chrystusa Króla
W szerokim rozumieniu tego słowa wszystko w świecie jest sakramentem, ponieważ wszystko w świecie może się stać środkiem prowadzącym nas do Chrystusa i przyspieszającym nadejście panowania Chrystusa.

Dobroczynność zawiera w sobie filozofię, podobnie jak filozofię zawiera w sobie wszystko inne w życiu. Tę właśnie filozofię w odniesieniu do różnych tendencji we współczesnej służbie społecznej pragnę w tym rozdziale odkryć i zanalizować w świetle filozofii katolickiej.

Pierwszą tendencją w dzisiejszej dobroczynności jest dążenie do nadmiernej organizacji do tego nawet stopnia, że czyni się z niej w naszym kraju swego rodzaju wielki biznes. Od etapu kromki chleba, pieniążka wrzuconego do puszki i etapu jałmużny przeszliśmy do etapu wspomagania instytucjonalnego i naukowego. Statystyka zastąpiła współczucie, pracownicy socjalni zastąpili uczucia.

Druga tendencja w dzisiejszej dobroczynności prowadzi do deifikacji społeczeństwa kosztem jednostki. Zasada filozoficzna u podstaw tej tendencji ma na celu nie dobro wspólne, uzyskane dzięki efektywnej współpracy jednostek na rzecz dobrostanu społeczeństwa, lecz raczej ograniczenie roli jednostek na rzecz zbiorowości. Niektórzy socjaliści wprowadzają gloryfikację społeczeństwa ze szkodą dla jednostki na takie wyżyny, jakby służba Bogu polegała na służbie ludziom, co pociąga za sobą zaprzeczenie istnienia czegoś takiego, jak grzech jednostki. Jedynym grzechem staje się grzech społeczny: nielojalność wobec społeczeństwa.

Ostatnia wreszcie tendencja w dzisiejszej filantropii prowadzi do absolutności – nie w sensie dążenia do uwolnienia świata od nędzy, przestępczości i chorób, lecz w tym sensie, że złagodzenie czy częściowa eliminacja tych nieszczęść stanowi cel pełny i ostateczny. Rozdawanie chleba oznacza napełnianie pustych żołądków – nie znaczy niczego więcej i nie może znaczyć niczego więcej. Poprawa warunków życiowych to lepsze oświetlenie, lepsze pożywienie, odpowiednie ogrzewanie – i nic więcej. W tym procesie łagodzenia nieszczęść jakie trapią ludzkość zakłada się, że ludzkości przeznaczony jest jedynie czas obecny i że owoce pomocy i filantropii, jeśli sięgają poza żołądek, plac zabaw czy szpital, nigdy nie wychodzą poza formułę będącą plonem tych doświadczeń.

Prawdziwa filozofia dobroczynności nie pragnie potępiać tych obecnych tendencji i domagać się ich zniszczenia, pragnęłaby jedynie, by wzniosły się one na wyższy poziom zgodnie z tymi trzema zasadami:

  1. Dobroczynność musi być nie tylko organizowana, ale musi być organiczna.
  2. Dobroczynność musi dotyczyć nie tylko społeczeństwa, ale także poszczególnych dusz ludzkich.
  3. Dobroczynność nie może być absolutna, lecz ma być sakramentalna – nie tylko ziemska ale i niebieska.

Zorganizowana dobroczynność opiera się na założeniu, że praca charytatywna staje się zorganizowana wtedy, gdy jednostki zbierają się i jednoczą w celu zaradzenia nieszczęściom społecznym dotykającym ludzkość, podobnie jak wtedy, gdy ludzie gromadzą się, aby stworzyć jakiś klub. Następnie zakłada się, że praca charytatywna ma przebiegać w płaszczyźnie poziomej, to znaczy rozpoczyna się od ludzi i kończy na ludziach, rozwijając się od organizacji poprzez pracownika socjalnego i docierając wreszcie do znajdujących się w potrzebie.

Taka koncepcja filantropii nie jest koncepcją Chrystusową. Dla nas jej źródłem nie jest wola ludzi lecz wola Boga. Dobroczynność bierze swój początek nie od skutecznie działających ugrupowań ludzi lecz od życia boskiego, dlatego też jej postęp czy rozwój nie odbywa się w płaszczyźnie poziomej, od ludzi do ludzi, lecz w pionowej. Bierze początek na samym szczycie od Boga, a kończy się docierając do człowieka. Zgodnie z wyznawaną przez nas filozofią, dobroczynność ma swoje źródło w łonie Boga w Trójcy Jedynego, gdyż dobroczynność to definicja Boga miłosiernego. Jest więc ona nie pozioma, biegnąca od ludzi z sercem do ludzi w potrzebie, lecz pionowa, sięgająca od niewyczerpanego źródła miłosierdzia, Boga Samego, w dół do członków mistycznego ciała, poprzez Wcielenie. Dobroczynność przeto nie jest czymś zorganizowanym, ani też dzieło dobroczynne nie jest wykonywane poprzez organizacje. Pierwsza instytucja dobroczynna znajdowała się w Betlejem. Nad jej pierwszym przypadkiem nadal pracujemy – a jest nim zbawienie ludzkości poprzez nieskończone życie Jezusa Chrystusa.

Jeżeli niektórzy członkowie społeczeństwa Chrystusowego są spragnieni, głodni czy w potrzebie – to my, całe ciało, jesteśmy spragnieni, głodni i w potrzebie, ponieważ jesteśmy jedni członkami drugich w ciele Chrystusa. Ich potrzeby, ich pragnienia nie są ich lecz naszymi i żadne działanie charytatywne nie może się zwać chrześcijańskim, jeśli sobie tego nie uprzytomnimy. Tak przeto cierpienia biednych, słabych członków ciała mistycznego są naszymi cierpieniami, a cierpienia ciała są cierpieniami Chrystusa. Jest takie uczucie miłosierdzia, z boskiej inspiracji, które każe nam kochać tych wszystkich, którzy są blisko nas i którzy są bliscy naszemu sercu. Obok tego uczucia miłosierdzia istnieje obowiązek miłosierdzia, wynikający nie z naszej naturalnej miłości do siebie nawzajem, lecz z boskiej miłości Chrystusa do członków Jego ciała. Wiele może być w ludziach tego, co warte jest miłości, nawet gdy wynika to z motywów czysto ludzkich, ale niewiele jest do miłowania w tych nieszczęśnikach, którzy przychodzą do instytucji charytatywnych. Jeśli mamy ich kochać, to inspiracja musi pochodzić od Tego, Który jako pierwszy pokochał tego, kto nie jest wart miłości – to znaczy od Chrystusa który nas pokochał – więc jeśli pracownik socjalny nie ujrzy Chrystusa w człowieku w biedzie, to nie wytrwa w miłości do człowieka w biedzie.

Prawdziwa filozofia dobroczynności nie może przyjąć bez poprawek dzisiejszej tendencji, aby za absolutny cel dobroczynności uważać złagodzenie nieszczęść jakie trapią ludzkość, ani też nie może uważać za ideał społeczeństwa wolnego od chorób, szpitali i więzień – nie dlatego, by taki ideał był czymś złym, ale dlatego, że jest on niepełny. Doktryna katolickiej filozofii dobroczynności stanowi, że złagodzenie nieszczęść dotykających rodzaj ludzki i zwalczenie chorób nie są celami samymi w sobie, lecz raczej środkami wiodącymi do celu. Innymi słowy, filantropia w swym celu nie jest absolutna lecz sakramentalna. Ściśle mówiąc, istnieje siedem sakramentów – rzeczy materialnych stosowanych jako środki uświęcenia duchowego. W szerokim rozumieniu tego słowa, wszystko na świecie jest sakramentem, ponieważ ze wszystkiego na świecie można uczynić środek prowadzący nas do Chrystusa i przyspieszający nadejście panowania Chrystusa.

To właśnie ten sakramentalny, przejrzysty charakter filantropii nadaje godności i wartości jej stronie trudnej i mało atrakcyjnej. I to miłość do społeczeństwa pozwala na to, aby niektórzy ludzie uwalniali się od swego egocentryzmu i egoizmu… Ale jeśli w społeczeństwie nie ma Chrystusa, jeśli nie istnieje nic poza społeczeństwem, to gdzie może ono odnaleźć to coś, co sprawi, że zapomni ono o swoim egocentryzmie i egoizmie?

Ludzie zaangażowani w dobroczynność muszą więc zanurzyć się w tych wielkich Jego dokonaniach. Po pierwsze, musimy Mu oddać naszą własną ludzką naturę, tak, aby mógł prowadzić dalej dzieło Swego Wcielenia – tę ludzką naturę, w której może On odwiedzać chorych, nauczać nieświadomych, doradzać wątpiącym, otwierać niewidzące oczy na światło Jego światła słonecznego i uszy niesłyszące na muzykę ludzkiego głosu. Po drugie, trzeba, abyśmy posługiwali się tym, co posiadamy, naszymi talentami, jako swego rodzaju sakramentami, poprzez które wypowiadane są uświęcające słowa: Ofiaruję to przez wzgląd na Ciebie, O Panie!, tak aby cały wszechświat stał się sakramentem na Jego Cześć i dla Jego Chwały.

Taka jest filozofia katolickiej dobroczynności. Nigdy nie było zupełnie słuszne mniemanie, jakoby Bóg mieszkał w Swoim Niebie, a na świecie wszystko działo się tak, jak należy; Chrystus bowiem opuścił niebiosa po to, aby naprawić świat i Chrystus mieszka pośród nas.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Przekład: Monika Beyer

Źródło: www.remnantnewspaper.com (opracowanie oryginału: Connie Bagnoli na podstawie Old Errors and New Labels, 1931)

Kobieta, którą kocham

the-assumption-of-the-blessed-virgin-mary-esteban murillo

Esteban Murillo, Niepokalane Poczęcie, ok. 1660-1665.

Po tym, jak przeszedłem operację na otwartym sercu, w ciągu pierwszych czterech miesięcy, które spędziłem w szpitalu, stopniowo uświadamiałem sobie, że Maryja daje nie tylko słodycze; czasem daje Ona również gorzkie lekarstwa. Nie mogę nie wspomnieć, że w trzech dniach poświęconych Najświętszej Maryi Pannie stałem u wrót śmierci i znosiłem wielkie cierpienia. Pierwszym z tych trzech dni było Święto Matki Boskiej z Góry Karmel, 16 lipca, gdy lekarze trwali przy mnie dzień i noc próbując zachować ledwie drgającą iskrę życia. Później miała miejsce następna operacja, w Święto Wniebowzięcia, 15 sierpnia, i wszczepienie rozrusznika. Zacząłem odczuwać wówczas rodzaj świętego strachu przed tym, co mogło nastąpić 8 września, w którym to dniu Kościół świętuje Jej Narodziny. Zgodnie z przeczuciem, rozwinęła się tego dnia infekcja nerek, która sprawiła, że przez kilka tygodni poddawany byłem nowym torturom.

Gdy zdałem sobie sprawę z koincydencji maryjnych świąt kościelnych i mojej wymuszonej solidarności z Krzyżem, przyjąłem to jako znak szczególnego upodobania Maryi. Skoro Pan wezwał Ją, która nie zasłużyła na ból, aby stała u stóp Krzyża, dlaczego nie miałby On wezwać mnie? Skoro wyraziłem moją miłość do Niej jako Matki Kapłaństwa, dlaczego Ona, w Swej matczynej miłości, nie miałaby uczynić mnie bardziej podobnym do Swojego Syna, zmuszając mnie, bym stał się żertwą? Skoro zgodziła się Ona współcierpieć z Nim na Golgocie, dlaczego Ta, którą czczę jako Niebieską Matkę, miałaby okazać obojętność na widok wizerunku Jej Syna jeszcze mocniej odciśniętego w mojej duszy? Skoro moja własna ziemska matka położyła mnie na Jej ołtarzu po moich narodzinach, dlaczego moja Niebieska Matka nie miałaby mnie położyć na Jego Krzyżu, gdy zbliżam się do kresu mego życia?

 

Arcybiskup Fulton J. Sheen

 

Źródło: Treasure in Clay. The Autobiography of Fulton J. Sheen, rozdział XX – The Woman I Love, 2008r., str. 339-342.

Refleksje na temat celibatu

Libido lub popęd seksualny jest jednym z najsilniejszych instynktów człowieka. Jednym z największych mitów związanych z niektórymi rodzajami edukacji seksualnej jest założenie, iż jeśli dzieci poznają niektóre ze złych skutków ekscesów seksualnych, będą one unikać lekkomyślnych zachowań w tej dziedzinie. Jest to nieprawda. Żaden śmiertelnik, który widzi drzwi opatrzone napisem gorączka tyfoidalna, nie odczuwa potrzeby wtargnięcia do środka, aby zarazić się chorobą. Lecz gdy na drzwiach widnieje słowo seks, pojawia się potrzeba przełamania barier.

[…]

Uwierzcie mi, że pokusa złamania ślubów czystości jest zjawiskiem częstym i silnym; w samotności łatwo jest wyobraźni szukać schronienia w myśli: Jezabel mnie rozumie. Gdy celibatariusz łamie swoje śluby i bierze sobie Jezabel, często musi praktykować wiele spośród tych samych cnót wyrzeczenia, które winien był zachowywać zanim porzucił kapłaństwo i które, gdyby tylko praktykował je na plebanii, pozwoliłyby mu dochować ślubu czystości i uczyniłyby go człowiekiem szczęśliwym. Gdy erotomania bierze we władanie środki komunikacji i gdy kontakty towarzyskie stają się coraz łatwiejsze, iskry łatwo zamieniają się w płomienie a umiłowanie cnoty łatwo przeradza się w miłość do konkretnej osoby, która ucieleśnia te cnoty. Jeśli ksiądz jest lubiany lub cieszy się popularnością, dochowywanie wierności niewidzialnej miłości Chrystusa stanowi prawdziwą walkę. Każde najdrobniejsze naruszenie obowiązków stanu kapłańskiego wywołuje wewnętrzne cierpienie. Jak twierdzi św. Paweł, może wynikać to z bliskiego związku ciała i duszy. Zdecydowanie mniej żalu wiąże się z grzechem pychy niż z nieczystym pragnieniem. Dlatego Pismo Święte trafnie napomina: Nie zasmucajcie Ducha Świętego.

Kapłan postrzega grzech w jego prawdziwej naturze, nie tylko jako złamanie prawa. Nikt, kto przekroczył limit prędkości, nie pochyla się nad kierownicą po powrocie do garażu, aby odmówić Akt Żalu. Lecz gdy my w jakikolwiek sposób narazimy na szwank miłość Chrystusa w naszej duszy i zbagatelizujemy naszą rolę jako Jego ambasadorów, wiemy, że grzech jest zranieniem kogoś, kogo kochamy. Wyobraź sobie dwóch mężczyzn, którzy poślubili złośnice; jeden z nich był uprzednio żonaty z uroczą, piękną żoną, która umarła. Drugi nigdy przedtem nie był żonaty. Który z nich bardziej będzie cierpiał z powodu żony-sekutnicy? Z pewnością ten, który dostąpił uprzednio lepszej miłości. Podobnie jest z nami: torturują nas wyrzuty sumienia, niepokój i smutek – nie dlatego, że złamaliśmy prawo kościelne – ta myśl nigdy nie przychodzi nam do głowy. Dlatego, że zdradziliśmy najlepszą z miłości.

Gdybym miał wybrać jedną scenę w Piśmie Świętym, która najlepiej opisuje walkę toczącą się w duszy kapłana, byłaby to scena opisująca duchowe doświadczenia Jakuba. Gdy był on młodym człowiekiem, miał wizję drabiny – sen o chwale i o Bożej opiece, mimo iż zawarł on z Bogiem rodzaj umowy. Tak wielu z nas rozpoczyna swoje kapłańskie życie w pokoju, sympatycznej atmosferze i na zielonych pastwiskach. Dwadzieścia lat później życie się zmienia, jak wówczas, gdy Jakub stawił czoła Ezawowi. Kryzys duchowy dopada niektórych na początku ich drogi kapłańskiej, lecz inni, z powodu słabości lub wad ich własnego charakteru, padają ofiarą tego kryzysu w późniejszym wieku.

Jakub mocował się z kimś. Nie wiedział, kto jest jego przeciwnikiem, tylko że zmaga się z jakąś postacią. Po chwili obaj przeciwnicy stali się bardziej widoczni w świetle poranka. [Ową postacią był] Niebiański Zapaśnik, który w końcu dotknął stawu biodrowego Jakuba i unieruchomił go. Wówczas walka zmieniła swoją naturę; siła ustąpiła błaganiu, aby Anioł nie odchodził, dopóki nie pobłogosławi Jakuba.

Podobnie w naszym życiu Chrystus pojawia się jako przeciwnik w nocy naszej duszy, gdy jesteśmy przepełnieni wstydem za to, co uczyniliśmy. Gdy siłujemy się z wielkim przeciwnikiem w naszym sercu, unikamy Jego wzroku i spuszczamy nasze głowy ze wstydu. Jesteśmy w konflikcie z samymi sobą i w konflikcie z Nim. Krążymy po omacku w ciemnościach i zapominamy, że nawet w ciemnościach On siłuje się z nami i zachęca nas do powrotu. Gdy sumienie zmaga się z kapłanem, zawsze ma ono postać Chrystusa; spotyka On nas w naszych godzinach ciszy; przemawia On do nas nawet wśród zgiełku; konfrontuje nas z wizją tego, jacy moglibyśmy być.

[…]

Dochowanie celibatu jest dozgonnym wysiłkiem, częściowo na skutek ludzkiej słabości. Dwie wielkie tragedie życia polegają na tym, że dostajemy to, czego chcemy i że nie dostajemy tego, czego chcemy. Ptaki w klatce chcą się uwolnić, a ptaki na wolności pragną znaleźć się w klatce. Rozmowa o miłości nigdy nie jest tym samym, co miłość. Rozmowa o cebuli nigdy nie powoduje, że z naszych oczu zaczną płynąć łzy.

[…]

Jest doświadczeniem każdego kapłana, a na pewno było tak w moim własnym przypadku, że najtrudniej jest przyprowadzić na powrót do Chrystusa te dusze, które zgrzeszyły pychą i samowolą, ponieważ pycha nadyma ich ego. Ogromne wyzwanie stanowi także prowadzenie do Chrystusa tych dusz, które stały się chciwe i zachłanne, ponieważ pieniądze są rodzajem ekonomicznej gwarancji nieśmiertelności: Zobaczcie, ile posiadam. Moje stodoły są pełne.

Celibat jest dochowywany najlepiej i rozumiany najlepiej przez wzgląd na Chrystusa. My, kapłani, naśladujemy Go. Nosimy krzyż, aby przedłużać Jego odkupienie i każde naruszenie celibatu zawsze interpretowane jest przez dobrych kapłanów jako zranienie Chrystusa. Mąż nigdy by nie powiedział: Wiem, że podbiłem żonie oko, rozbiłem jej też nos, biłem ją, ale nigdy nie ugryzłem jej w ucho. Jeśli mąż prawdziwie kocha swoją żonę, nie zacznie wprowadzać stopniowań odnośnie do tego, jak bardzo ją zranił. Mimo że ksiądz w stosunku do Chrystusa nie próbuje definiować stopnia, w jakim Go zranił, nawet nasze najmniejsze przewinienie boli nas, albowiem zraniliśmy naszego Zbawiciela. Jeśli należę do nowego rodzaju ludzkiego, który został zrodzony z Dziewicy, dlaczego miałbym nie żyć wyłącznie dla Pana? Nigdy nie czułem, że wyrzekłem się miłości poprzez przyjęcie ślubu celibatu; po prostu wybrałem wyższy rodzaj miłości. Jeśli ktokolwiek sądzi, że celibat działa szkodliwie na psychikę kapłanów, powinien zakraść się na spotkanie księży. Jestem pewien, że wśród księży panuje weselszy nastrój niż wśród jakiejkolwiek grupy zawodowej na świecie.

Im bardziej kochamy Chrystusa, tym łatwiej jest należeć wyłącznie do Niego. Skąd wiem, że jestem w łachmanach? Ponieważ widzę Jego piękno w stule i ornacie Jego kapłaństwa. Skąd wiem, że każda sadzawka, z której piję, jest zatęchła? Ponieważ widzę, jak świeże wody wypływają z Jego boku. Podróż kapłańskiego życia prowadzi zatem nie do bagien i mokradeł, lecz do oceanu miłości. Wykrywam wszystkie złe dźwięki w moim życiu przysłuchując się muzyce Jego głosu. Gdy trzyma mnie On w swoich ramionach, poznaję głębokość mojej skruchy. Pragnę wtedy, gdy znajduję się u Jego wód. To na widok Jego Eucharystycznej Manny odczuwam głód. Łkam, gdy spogląda na mnie z uśmiechem. To z powodu Jego miłości nie mogę znieść samego siebie. To Jego miłosierdzie przepełnia mnie skruchą. Możemy mieć aniołów, aby nas strzegli – tak – ale aniołowie nas nie osądzają. Jedynie Doskonała Dobroć nas osądzi i w tym musimy pokładać naszą jedyną nadzieję. I to nas ratuje. Zatem pokładam ufność w Jego miłosierdziu i kocham Go ponad wszelkie miłości, i nigdy nie zdołam Mu podziękować za to, że otrzymałem łaskę kapłaństwa. Wstąpiłem w stan kapłański z głębokim poczuciem niegodności. Kończę swe kapłańskie życie w jeszcze głębszym poczuciem niegodności i mimo, iż chodzę w łachmanach, pamiętam, że syn marnotrawny został przyodziany w szatę sprawiedliwości.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: Treasure in Clay. The Autobiography of Fulton J. Sheen, 2008r., rozdział XIII – Reflections on Celibacy, str. 218, 219-221, 222-223.

Jakie życie, taka śmierć

2705600

 

Mimo iż zdarzają się nawrócenia na łożu śmierci, częściej sprawdza się porzekadło, w myśl którego jakie życie, taka śmierć. Pewien człowiek, który wiódł złe życie, zawsze chwalił się, że nie musi martwić się o swoją duszę, gdyż w ostatniej chwili będzie mógł ją ocalić wypowiadając trzy słowa po łacinie: Miserere mei Deus. Miał on rację mówiąc o wypowiedzeniu tych słow w momencie śmierci, lecz nie były to słowa, które dane mu było wyrzec, gdyż nie przeżył swojego życia tak, aby mógł je wypowiedzieć ze szczerego serca. Gdy zatem jego koń zrzucił go na skały, stęknął: Capiat omnia diabolus, co innymi słowy oznacza: Niech będę przeklęty.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: On Being Human, 1982 r., str. 234.

Nie boję się stanąć przed Jego obliczem, ponieważ to "On mnie umiłował" (o powołaniu)

bishop-sheen-660x350-1409889511

Istnieje więcej powołań do kapłaństwa niż te, które prowadzą do święceń; podobnie jak istnieje więcej ziaren zasianych niż tych, które rodzą plon. Św. Tomasz z Akwinu mówi, że Bóg zawsze daje Kościołowi wystarczającą liczbę powołań, pod warunkiem, że odprawi się niegodnych i że godni zostaną dobrze uformowani. Największymi promotorami powołań powinni być sami kapłani. Nie możemy wspinać się na ambony, aby apelować do rodziców, by płodzili dzieci, jeśli my, kapłani, nie płodzimy duchowego potomstwa. Ostatniego dnia Bóg spyta nas, kapłanów: Gdzie są wasze dzieci? Ile wzbudziliście powołań? Mimo iż nie do nas należy zaszczepianie powołań, możemy jednak wpływać na zwiększanie się otwartości [na powołanie]. Użyźniamy glebę dając dobry przykład i słowo zachęty.

Wierzę, że Bóg daje niektórym z nas zdolność rozpoznawania powołań w innych. Pamiętam, jak głosiłem kazanie na pasterce ok. 1960 r. w Sanktuarium Niepokalanego Poczęcia w Waszyngtonie. Gdy Msza św. skończyła się, około godziny 1:30 w nocy, kilkaset osób zgromadziło się wokół mnie na zewnątrz kościoła, aby wymienić ze mną życzenia świąteczne. Zobaczyłem czarnoskórego chłopca, który stał z ojcem nieco na uboczu. Przywołałem go i spytałem: Młody człowieku, czy myślałeś kiedyś o tym, aby zostać księdzem? Odpowiedział twierdząco. Powiedziałem do niego: Sądzę, że masz powołanie. Położyłem dłonie na jego głowie i modliłem się, żeby – jeśli Bóg go powołał – odpowiedział na to powołanie i aby sobie je natychmiast uświadomił. Ojciec chłopca zobaczył, że rozmawiam z jego synem i spytał: Co ksiądz biskup mu powiedział? Powiedziałem mu, że sądzę, iż któregoś dnia jego syn zostanie księdzem. Ojciec odrzekł: Od dnia jego narodzin modliłem się rano i wieczorem, aby Pan Bóg obdarzył go powołaniem. Nigdy nie dowiedziałem się, jak potoczyły się sprawy owego chłopca po naszym spotkaniu. Jest to jedna z rzeczy, których dowiem się w Niebie.

Inny przypadek [odkrytego przeze mnie powołania] był bardziej pewny. Spożywałem samotnie posiłek w głównej restauracji hotelu Startler w Bostonie. Nagle zauważyłem, że pucybut w niemiłosiernie brudnej koszuli i z pudełkiem przyborów do czyszczenia butów przewieszonym przez ramię zaczął huśtać się na ogromnej purpurowej kotarze, która okalała wejście do jadalni. Gdy tylko główny kelner zauważył to, zwymyślał chłopca i wyrzucił go z hotelu. Zostawiłem swój obiad, wyszedłem z hotelu za chłopcem i spytałem go, gdzie chodził do szkoły. Opowiedział, że uczęszcza do publicznej szkoły. Odrzekłem: Dlaczego z twoim imieniem (było to imię irlandzkie) nie chodzisz do szkoły katolickiej? Odpowiedział: Wyrzucili mnie! – Kto cię wyrzucił?Ksiądz i matka przełożona. Obiecałem mu: Wrócisz do tej szkoły. Spytał mnie, kim jestem, lecz powiedziałem, że nie mogę mu tego zdradzić. Potem dorzucił: Nie, oni powiedzieli, że nikomu nie uda się przywrócić mnie do katolickiej szkoły, nigdy nie będzie mi wolno wrócić.

Poszedłem na spotkanie z księdzem i matką przełożoną owej szkoły i powiedziałem im: Słyszałem o trzech chłopcach, którzy zostali wyrzuceni ze szkół wyznaniowych: pierwszy wciąż rysował na lekcjach geografii, drugi lubił wdawać się w bójki, a trzeci trzymał rewolucyjne książki ukryte pod materacem. Nikt nie zna nazwisk prymusów w ich klasach, ale pierwszym z tych chłopców był Hitler, drugim był Mussolini, a trzecim – Stalin. Jestem pewien, że gdyby przełożeni tych szkół dali owym chłopcom jeszcze jedną szansę, mogliby oni zapisać się inaczej w historii świata. Być może chłopiec, w którego sprawie przychodzę, poprawi się, jeśli przyjmiecie go z powrotem. Pozwolili mu wrócić, a dziś pracuje on jako misjonarz wśród Eskimosów.

Gdy byłem biskupem Rochester, przechodząc przez główną nawę jednego z kościołów parafialnych, mijałem młodego chłopca siedzącego w ławce i uderzyła mnie jego niezwykłość. Zatrzymałem się i spytałem go, czy kiedykolwiek myślał o tym, aby zostać kapłanem. Odpowiedział: Czasem modlę się o to. Odrzekłem: Jestem pewien, że masz powołanie; módl się dalej za pośrednictwem Matki Boskiej, abyś umacniał się w swoim powołaniu. Niedawno otrzymałem od niego list z informacją, że wstępuje do jezuitów.

Gdy spoglądam wstecz na ok. 60 lat mojego kapłaństwa – żertwy, jak odpowiedziałbym Bogu na następujące pytanie: Czy myślisz, że przeżyłeś swoje życie jako dobry kapłan? Gdy porównuję siebie z misjonarzami, którzy stali się bezkrwawymi męczennikami, porzucając swój własny kraj i własną rodzinę, aby nauczać inne ludy, gdy pomyślę o cierpieniach moich braci w kapłaństwie w Europie Wschodniej, gdy spoglądam na świątobliwe twarze niektórych z moich braci kapłanów w klasztorach i na misjach, gdy widzę piękne pogodzenie się [z wolą Bożą] księży w szpitalach, którzy cierpią na raka i nawet gdy spoglądam na wielu moich braci w Chrystusie, których tak bardzo podziwiam, odpowiadam: Nie, nie byłem takim kapłanem, jakim powinienem lub jakim pragnąłem być.

Lecz wiem, że jest to niepełna odpowiedź na powyższe pytanie. Gdy umieścisz obraz w świetle świecy, aby go zbadać, nie dostrzeżesz niedoskonałości; gdy umieścisz go w świetle słonecznym, zobaczysz, jak źle dobrane zostały kolory i jak niedoskonała jest kreska. Tak właśnie dzieje się, gdy mierzymy samych siebie według Boskiej miary – wypadamy nieskończenie źle; a gdy porównujemy się z wieloma osobami, które nas inspirują, głęboko odczuwamy własną niegodność. Lecz poza tym wszystkim i mimo tego wszystkiego jesteśmy bardzo mocno świadomi Bożego miłosierdzia. Nie powołał On aniołów na kapłanów; powołał On ludzi. Nie uczynił On złota naczyniem na swój skarb; ulepił je On z gliny. Zbieranina apostołów, którą zgromadził On wokół siebie stała się bardziej godna dzięki Jego miłosierdziu i Jego współczuciu.

Wiem, że nie boję się stanąć przed Jego obliczem. Nie dlatego, że jestem godzien, ani dlatego, że kochałem Go szczególnie mocno, ale ponieważ On mnie umiłował. Jest to jedyny powód, dla którego kogokolwiek z nas można naprawdę kochać. Gdy nasz Zbawiciel zaszczepia w nas swoją miłość, wtedy stajemy się godni miłości. 

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: Treasure in Clay. The Autobiography of Fulton J. Sheen, 2009r., str. 38-42.

Abp Sheen i Św. Jan XXIII

Jedno z najbardziej niezwykłych wezwań na papieską audiencję przyszło pewnego wieczoru, gdy jadłem kolację z zaprzyjaźnionymi księżmi w Hotelu Bernini w Rzymie. Około godziny 21.30 odebrałem telefon z wiadomością, że Papież Jan XXIII chce cię zobaczyć. Najpierw pomyślałem, że to dowcip, ale stwierdziłem, że jeśli pojadę o tej późnej godzinie do Watykanu, szybko przekonam się, czy to prawda. Gdy dotarłem na miejsce, gwardzista powiedział do mnie: Proszę się pospieszyć! Jego Świątobliwość chce widzieć Waszą Ekscelencję!. Gdy zostałem doprowadzony przez jego oblicze, papież powiedział: Mam nadzieję, że nie przeszkodziłem ci o tak późnej porze! Chciałem ci tylko wręczyć prezent. Obdarował mnie pierścieniem biskupim z topazem oraz krzyżem pektoralnym [i rzekł]: A teraz włóż je do kieszeni, schowaj je na chwilę. Nie chcę, aby inni biskupi poczuli zazdrość.

Dwa razy zostałem poproszony przez papieża Jana XXIII, abym współkonsekrował z nim tuzin lub więcej biskupów misyjnych. Każda z tych ceremonii odbywających się w Bazylice św. Piotra trwała ponad 3 godziny. Pod koniec ceremonii każdy z nowo wyświęconych biskupów przyklęka trzykrotnie na podeście ołtarza, a następnie podchodzi do Ojca Świętego, aby go objąć i ucałować w oba policzki, mówiąc Ad multos annos (obyś żył wiele lat). Owego dnia ostatni biskup przyklęknął po raz trzeci i właśnie miał objąć papieża Jana, gdy ten rzekł do niego: Jestem zmęczony. Ucałuj mnie tylko w jeden policzek.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: Treasure in Clay. The Autobiography of Fulton J. Sheen, 2009r., str. 242.

Nie lękajcie się!

Nie lękajcie się! Ten, który został złożony w grobie, jest Samą Prawdą, a Prawda przygnieciona do ziemi powstanie na nowo. Dostojewski opowiada nam historię dwóch mężczyzn spoglądających na obraz Holbeina pt. Chrystus zdjęty z Krzyża. Jeden z nich powiedział: Lubię patrzeć na ten obraz. Drugi odrzekł: Ten obraz zdruzgotał wiarę niektórych ludzi. Mężczyzna ów miał słuszność! Ten obraz może zdruzgotać wiarę materialisty, ateisty, komunisty i wszystkich tych, którzy wierzą, że po ziemskim życiu nie ma już niczego. Gdyby nie było Zmartwychwstania, a jedynie martwy Chrystus, nie można byłoby uwierzyć ani w Dobroć Boga, ani w dobroć człowieka. Lecz ponieważ Ten, który przyjąwszy na Siebie najgorsze, co świat miał do zaoferowania, pokonał to, dlatego zło nigdy już nie zatryumfuje.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: Lenten and Easter Inspirations, 1967r., str. 39.

Abp Sheen o Rosji i komunizmie

Pod koniec II wojny światowej wygłaszałem wykład o komunizmie w Akron, w stanie Ohio. Kilku prawników poinformowało sponsora wykładu, że nie wezmą w nim udziału, ponieważ nie byłem przychylny wobec Rosji. W owym czasie wiele osób miało bardzo dobre zdanie o tym kraju. Występowanie przeciwko naszemu tak zwanemu aliantowi było czymś bardzo niepopularnym. Zatrzymałem się na probostwie w Akron, które odwiedził również w tym czasie pewien znany prałat. Spytał: O czym będzie ksiądz mówił dziś wieczorem? Odpowiedziałem: O Rosji i Europie Wschodniej, Polsce, Litwie, Albanii, Czechosłowacji itd. Prałat stwierdził: Ksiądz zwariował; Rosja jest krajem demokratycznym; nie jest już krajem komunistycznym. Odparłem: Spędziłem życie na studiowaniu komunizmu i jestem przekonany, że Sowieci zamierzają zająć Europę Wschodnią. Zacząłem schodzić po schodach. Była to stara plebania i musiało być tam około 25 stopni. Za każdym razem gdy stawiałem stopę na kolejnym stopniu, mój przyjaciel, który stał na szczycie schodów, wskazywał na mnie palcem i powtarzał: Sheen, mylisz się! Mylisz się! Mylisz się! Mylisz się! – aż zszedłem na parter. Wtedy odwróciłem się, spojrzałem na niego i powiedziałem: Pewnego dnia odkryjesz, że Europa Wschodnia należy do komunistów.

[…]

Z powodu stanowiska, jakie zająłem wobec Rosji, moje audycje radiowe były ściśle monitorowane. Specjalnie wyznaczona osoba dyżurująca w kabinie miała za zadanie przerwać nadawanie mojego programu, gdybym swoimi uwagami odbiegł od ówczesnego mainstreamowego poglądu, jakoby Rosja była demokracją. Jeden z moich manuskryptów przygotowany na potrzeby kolejnej audycji zawierał zdanie: Polska została ukrzyżowana pomiędzy dwoma łotrami – Hitlerowcami i Sowietami. Otrzymałem wówczas telegram od Konferencji Biskupów z prośbą o to, abym nie wypowiadał tych słów na antenie, gdyż sugerowałem, że Rosja jest jednym z łotrów. Moja odpowiedź na ten telegram zawierała następującą propozycję: A gdyby tak nazwać Rosję ‚dobrym łotrem’?.

Tuż przed rozpoczęciem II wojny światowej, gdy Rosja i Niemcy były jeszcze wrogami, prorokowałem w radio, że podobnie jak Piłat i Herod byli wrogami i stali się przyjaciółmi nad krwawiącym Ciałem Chrystusa, tak pewnego dnia komunizm i nazizm, które obecnie są wrogami, staną się przyjaciółmi nad krwawiącym ciałem Polski. Proroctwo to ziściło się, gdy hitlerowcy i Sowieci zjednoczyli swe siły.

Mimo mojego sprzeciwu wobec zła komunizmu, zawsze kochałem Rosję. Kielich, którego używam każdego dnia do sprawowania Mszy Świętej, używany był w Sankt Petersburgu, gdy jeszcze panowała w nim wiara. Wydaje się bardzo prawdopodobne, że podstawowa przyczyna, dla której komunizm zdobył popularność w Rosji, miała podłoże religijne. Żarliwe przekonania religijne są głęboko zakorzenione w rosyjskiej duszy: są nimi powszechne powołanie Rosji, aby wzywać wszystkich ludzi do braterstwa; potrzeba ofiary i bólu, aby wypełnić tę misję i najwyższa potrzeba podporządkowania się Bożej woli. Gdy Kościół zaczął podupadać, komunizm obiecał ludziom realizację tych trzech ideałów, ale nie powiedział im wyraźnie, że Bóg zostanie wydarty z ich serc. Braterstwo przerodziło się w rewolucyjny proletariat; ofiara przekształciła się w przemoc, a wola Boga stała się wolą dyktatora. Komunizm jest religią, poddaniem się absolutowi. To dlatego przemawia on do tych, którym brakuje wiary i to dlatego Rosja Sowiecka jest dziś postrzegana jako ostatnia nadzieja zachodniego człowieka, w którego życiu nie ma Boga.

Małe tabernakulum w mojej prywatnej kaplicy jest repliką rosyjskiego kościoła. W ten sposób wyrażam swoją nadzieję na ostateczne nawrócenie Rosji. Nie w wojnie, lecz w modlitwie musimy pokładać ufność, że ten kraj, niegdyś znany jako Święta Rosja, ponownie stanie się źródłem, z którego popłynie czysty strumień chrześcijaństwa.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: Treasure in Clay. The Autobiography of Fulton J.Sheen, 2008r., str. 91-94.

Abp Sheen o przygotowywaniu kazań i wykładów

crop-at-desk-dc

Często jestem pytany, jak przygotować kazanie; mogę mówić wyłącznie z własnego doświadczenia płynącego z wieloletniej działalności kaznodziejskiej.

Wszystkie moje kazania przygotowywane są w obecności Najświętszego Sakramentu. Podobnie jak wypoczynek w słońcu jest najprzyjemniejszy i najbardziej efektywny, tak i kreatywność homiletyczna rozpalana jest najbardziej w obecności Eucharystii. Najwspanialsze pomysły pochodzą ze spotkań z Bogiem twarzą w twarz. Duch Święty, który obecny był przy Wcieleniu, stwarza najlepszą atmosferę dla oświecenia umysłu. Papież Jan Paweł II, gdy znajduje się w obecności Najświętszego Sakramentu, zawsze ma przy sobie małe biurko lub podkładkę do pisania; robiłem tak przez całe swoje życie i jestem pewien, że robi on to z tego samego powodu, ponieważ oblubieniec zawsze pracuje lepiej, gdy Oblubienica jest przy nim.

Gdy powstanie już ogólny plan kazania, komunikuję swoje myśli naszemu Zbawicielowi lub przynajmniej poddaję je rozważaniom, niemal szepcząc swoje pomysły. Niesamowite, jak szybko odkrywa się wtedy wartość planowanego kazania. Dlatego Francuzi mówią o l’esprit de l’escalier – o duchu schodów lub o przypominaniu sobie tego, co powinno się było powiedzieć w czasie niedawnej rozmowy. Mówiąc ogólnie, istnieją trzy różne formaty każdego wykładu lub kazania: to, co jest napisane, to, co zostało wygłoszone i to, co chciałeś powiedzieć. To dlatego wygłaszanie kazań przed naszym Zbawicielem jest dla mnie najlepszym sposobem na odkrycie nie tylko ich słabych punktów, lecz również ich potencjału. 

[…]

Jestem przekonany, że wygłaszanie wykładów i kazań jest niemożliwe bez intensywnych studiów i lektury. Jest to być może jedna ze słabości współczesnych ambon i mównic – zaniedbanie ustawicznego kształcenia. Książki są wielkimi przyjaciółmi; zawsze mają ci coś ważnego do powiedzenia, gdy bierzesz je do ręki. Nigdy nie narzekają, że są zbyt zajęte i zawsze mają wolną chwilę, by stać się pokarmem dla umysłu. Spoglądając na regały niektórych kapłanów, można określić moment ich wyświęcenia z dokładnością co do dekady lub nawet co do roku; niektórzy mają na półkach Tanquereya lub Wapelhorsta, młodsi księża mają książki o rewolucyjnych latach 60-tych, lecz są też tacy, którzy od dziesięcioleci nie zakupili żadnej poważnej lektury. Gdy intelektualna spiżarnia świeci pustkami, trudno jest przygotować homiletyczny posiłek. Im większy jest budynek, tym więcej materiałów potrzebnych jest do jego wzniesienia. Jeśli prowadzi się poważne badania, nigdy nie należy bać się tego, iż wyczerpie się temat.

[…]

Moja lektura obejmuje literaturę piękną, książki naukowe, filozoficzne i polityczne – słowem wszystko, co może być pomocne dla kapłana w nauczaniu wiary, w podejmowaniu dialogu z innymi lub w dostarczaniu materiału do komunikacji. Nigdy nie czytam powieści. Gdy byłem w college’u, z trudnością zdołałem przeczytać wszystkie powieści będące lekturą obowiązkową, lecz czytam recenzje powieści i opracowania dotyczące współczesnej literatury, które analizują panujące trendy. Gdy nauczałem katechezy słynnego scenarzystę teatralnego, Jo Mielzinera, pewnego dnia zadzwoniłem do drzwi jego mieszkania, a on otworzył mi i powiedział, że właśnie wpadł do niego z wizytą Humphrey Bogart. Jo poinformował Bogarta, że przyszedłem, aby nauczać go katechezy i że może zostać i posłuchać, jeśli ma na to ochotę. Ewentualnie może przejść do drugiego pokoju i poczekać. Bogart odrzekł: Dlaczego miałbym słuchać katolickiego księdza? Wiem więcej o Kościele katolickim niż jakikolwiek ksiądz. Udałem, że nic nie wiem o tej wymianie zdań, a gdy wszedłem do pokoju, w którym siedziało kilka osób, tocząca się właśnie dyskusja dotyczyła pewnych powieści. Powiedziałem, że nie czytałem żadnej z powieści, o których była mowa. Być może mam to po moim ojcu – rzekłem – gdyż on również nigdy nie czytał powieści. Humphrey Bogart, który chwilę wcześniej przechwalał się swoją wielką wiedzą o Kościele katolickim, zapytał: Czy twój ojciec również był księdzem?.

[…]

Jako że moje życie było dość długie, poddane zostało różnym wpływom, jeśli chodzi o styl. W pisarstwie największy wpływ miał na mnie G.K. Chesterton, który nigdy nie użył niepotrzebnego słowa, zauważał wartość paradoksu i unikał tego, co trywialne. W późniejszym czasie przyszły pisma C.S. Lewisa, który, obok Chestertona i Belloca, stał się czołowym apologetą Chrześcijaństwa we współczesnym świecie. Styl Lewisa był konkretny, prozaiczny, pełen przykładów, analogii, przypowieści i zawsze interesujący. Także Malcolm Muggeridge był dla mnie inspiracją. Jest zawsze perlisty, błyskotliwy, wybuchowy, dowcipny. Nie mogę nie wspomnieć poezji, zwłaszcza The Oxford Book of Mystical Verse – szczególnie wierszy Studderta Kennedy’ego oraz, ponad wszystko, Francisa Thompsona. Przez lata trzymałem plik ulubionych wierszy, spośród których wiele nauczyłem się na pamięć.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: Treasure in Clay. The Autobiography of Fulton J.Sheen, 2008r., str. 79, 80, 82, 83.

Skała i Kamyczek

2 października 1979 r. wieloletni przyjaciel arcybiskupa Sheena, nowo wybrany papież Jan Paweł II, przybył do katedry św. Patryka w Nowym Jorku. Katedra wypełniona była po brzegi, znajdowało się w niej cztery lub pięć tysięcy ludzi. Gdy Ojciec Święty wkroczył do katedry, ktoś podprowadził do niego słabego, schorowanego arcybiskupa Sheena. Arcybiskup chciał w osobie Jana Pawła II powitać Wikariusza Chrystusowego. Papież nie pozwolił uklęknąć przed sobą arcybiskupowi, którego bardzo szanował i który reprezentował to, co najlepsze w katolicyzmie amerykańskim. Podźwignął go i objął. Gdy trwali w uścisku, Ojciec Święty wypowiedział nad arcybiskupem Sheenem błogosławieństwo i rzekł do niego: „Dobrze pisałeś i mówiłeś o naszym Panu Jezusie Chrystusie. Jesteś lojalnym synem Kościoła”. Arcybiskup Sheen zawsze pragnął być właśnie taki i słowa te, wypowiedziane przez Piotra, były dla niego bardzo ważne; był nimi głęboko wzruszony.

Dwa miesiące później w tej samej katedrze tłumy żegnały arcybiskupa Sheena podczas Mszy Świętej pogrzebowej. Czcigodny Sługa Boży Fulton do 2019 r. pochowany był w podziemiach tej katedry.


Naszym Czytelnikom dobrze znane jest to zdjęcie. Tym razem załączamy jego wersję opatrzoną uroczą dedykacją napisaną przez arcybiskupa Sheena dla jego kuzyna Toma Holligera i jego (niedawno zmarłej) żony Yolandy. Dedykacja ta brzmi następująco:

„To my dear cousins Tom, Yolanda and Family with the love and blessing of the Rock and the Pebble.”

„Dla mojego drogiego kuzynostwa Toma, Yolandy i ich Rodziny z miłością i błogosławieństwem Skały i Kamyczka.”

Skała i Kamyczek!