Kto odsunie kamień?





Przyjaciele nie uwierzyli w śmierć i Zmartwychwstanie naszego Pana.


Przede wszystkim, gdy kobiety poszły do Jego grobu, nie poszły, aby powitać zmartwychwstałego Zbawiciela. Przyniosły zioła, aby namaścić zwłoki. Problemem było odsunięcie kamienia. Przed wejściem do tego podziemnego grobu znajdował się wielki kamień młyński z dziurą w środku. Trzeba było przełożyć przezeń drąg, aby odsunąć kamień.  Dlatego pytały one: „któż odsunie kamień, abyśmy mogły namaścić zwłoki?” Gdy powiedziały uczniom Chrystusa, Piotrowi i Janowi, że grób był pusty a Pan zmartwychwstał, Piotr odparł: „Kobieca historyjka”. Nie uwierzyli. Uczniowie podążający do Emmaus tamtego popołudnia niedzielnego nie uwierzyli. Piotr, Andrzej, Jakub i Jan wrócili do rybołówstwa. Nie uwierzyli.


Potwierdzenie Zmartwychwstania wymagało długotrwałego przekonywania, objawień naszego Pana i przede wszystkim zesłania Ducha Świętego. 


Arcybiskup Fulton J. Sheen

Kusiciele z Krzyża

Krucifiction Portales

„Ukrzyżowanie”, Jean Francois Portaels, 1886 r.

Kim byli kusiciele z krzyża? Najpierw był nim szatan, który mówił Jezusowi, jak mógłby On zdobyć świat bez krzyża pozwalając ludziom, by ulegali swym instynktom lub robiąc coś spektakularnego, np. lecąc na księżyc lub skacząc z wieży. Kusił on również Chrystusa do tego, by stworzył On teologię, która zyskiwała na znaczeniu w Jego stuleciu i zarazem stawała się coraz bardziej destrukcyjna. Tą teologią była polityka. Świat należy do mnie, mówi szatan. Zatem szatan był pierwszym, który kusił Jezusa z krzyża. Następnie św. Piotr kusił Jezusa i właśnie dlatego Jezus nazwał go szatanem. I wreszcie, gdy wisiał na krzyżu, wrogowie przyszli i mówili Mu: „Zejdź z krzyża, a uwierzymy”. Jasne, uwierzyliby. Lecz czy uwierzyliby, że jest Synem Boga? Zapewne. Uwierzyliby, że założył Kościół? Tak. Uwierzyliby w Eucharystię? Tak. Tylko zejdź z tego krzyża. To wszystko, o co prosimy. Zejdź, a uwierzymy. 


Arcybiskup Fulton J. Sheen

Agonia w Ogrójcu

Gdy nasz Pan był w Ogrójcu, cierpiał nie tyle z powodu bólu, ile z powodu zła. Pamiętajmy, że tylko niewinni wiedzą, czym jest grzech. Możemy mieć tak wysoką gorączkę, że sprawi ona, iż będziemy myśleć, że jesteśmy zdrowi. Tylko bezgrzeszni tak naprawdę zdają sobie sprawę z winy. W Ogrójcu nasz Pan wraca myślami do przeszłości, rozmyślając nie o bólu, który znosił od momentu, gdy stał się Człowiekiem, lecz o wszystkich grzechach świata popełnionych od początku jego historii. Grzech Adama; Kain i purpura krwi jego brata na białej tkaninie. Obrzydliwości popełnione w Sodomie i Gomorze.Wulgarność Żydów i czasem nawet większa wulgarność pogan. Rozmyślał o wszystkich tych grzechach, sprośnościach i bałwochwalstwie. 

Następnie Chrystus przeniósł się myślami w przyszłość i wziął na siebie wszystkie grzechy, które zostaną popełnione aż do końca świata. Grzechy, które profanują Jego mistyczne Ciało, grzechy ludzi starych, którzy powinni byli dawno wyrosnąć z wieku, w którym popełnia się grzechy, grzechy ludzi młodych, dla których Serce Jezusa zostało przebite. Grzechy popełniane w mieście, w cuchnącej miejskiej atmosferze grzechu. Grzechy popełniane na wsi, które sprawiają, że natura rumieni się ze wstydu. Grzechy zbyt paskudne, by o nich wspomnieć, grzechy zbyt okropne, by je nazwać. A Jezus, niczym Samson, wstrząsnął tą straszną budowlą grzechu, ściągnął ją na siebie i pozwolił, aby Go przygniotła, aż krew zaczęła płynąć z Jego Ciała, tworząc na korzeniach drzew oliwnych czerwone krople, pierwsze paciorki w różańcu Zbawienia. 


Arcybiskup Fulton J. Sheen

Co uczynił dla nas Chrystus?

calun

Przypominam sobie legendę o dwóch braciach, z których jeden był bardzo dobry, a drugi stał się bardzo nikczemny. Pewnego dnia nikczemny brat przybiegł do domu, a szata, w którą był ubrany, splamiona była krwią. Powiedział: „Właśnie zabiłem człowieka”. Jego dobry brat odpowiedział: „Oddaj mi swoją szatę, a ja dam ci moją. Uciekaj stąd”. Winny brat uciekł, przyszła policja, zaaresztowała tego, który miał na sobie szatę pokrytą plamami krwi i został on skazany na śmierć. Gdy umierał, wysłał wiadomość do swojego brata. Napisał mu: „Przesyłam ci białą szatę. Pamiętaj, że umarłem, aby cię ocalić”. To jest dokładnie to, co uczynił dla nas Chrystus. Przywdział naszą szatę grzechu.


Arcybiskup Fulton J. Sheen

Wynagrodzenie


Przeszłość pozostaje z nami w naszych przyzwyczajeniach, w naszej świadomości zapamiętanej winy, w naszej skłonności do powtarzania tego samego grzechu. Nasze dawne doświadczenia są w naszej krwi, naszym umyśle i w każdym wyrazie twarzy, który przyjmujemy.

Sąd, który nas czeka, jest również z nami; prześladuje nas, wywołując w nas obawę i strach, nasze niepokoje i zmartwienia, dając nam poczucie braku bezpieczeństwa i niepewności.

Krowa lub koń żyją tylko chwilą obecną, bez wyrzutów sumienia lub trwogi, lecz człowiek nie tylko dźwiga ze sobą swoją przeszłość, lecz także obciążony jest zmartwieniami o swoją wieczną przyszłość.


Ponieważ przeszłość trwa w nim w formie wyrzutów sumienia lub winy, ponieważ przyszłość trwa w nim w formie jego niepokoju, wynika z tego, że jedynym sposobem na ucieczkę od obu tych ciężarów jest wynagrodzenie – zadośćuczynienie za zło wyrządzone w przeszłości i mocne postanowienie, aby unikać tego grzechu w przyszłości.

W jaki sposób czynimy wynagrodzenie? Rozprawienie się z przeszłością jest pierwszym krokiem i w podjęciu tego kroku należy pamiętać o istotnej różnicy między wybaczeniem a zadośćuczynieniem za grzechy.

Niektórzy z tych, którzy popełnili zło, błędnie uważają, że wystarczy, a o tym zapomną, skoro należy ono do przeszłości i mają je “z głowy”. Inni trwają w fałszywym przekonaniu, że skoro zły czyn został wybaczony, nie trzeba robić nic więcej. Każda z tych postaw jest niedoskonała, albowiem w każdej z nich brakuje miłości.

Wszyscy musimy zjednoczyć nasze krzyże z naszym Panem na Krzyżu, aby w ten sposób wykupić nasze wieczne zbawienie. Niecały rok temu (ok. 1970r.), rozmawiałem z papieżem Pawłem VI i powiedziałem: „Wasza Świątobliwość ma właściwie imię”. Został on nazwany Pawłem.

Paweł pielgrzymował od miasta do miasta i był kamienowany w Lystrze, w Derby, w Antiochii i Pisidii, zatem powiedziałem mu: „byłeś kamienowany przez swoich”.

„Tak”, odpowiedział, „otwieram moją pocztę o północy i w prawie każdym liście znajduję cierń i gdy kładę głowę na poduszce godzinę lub dwie później, tak naprawdę kładę ją na koronie cierniowej”.

„Lecz” – dodał – „nie wyobrażasz sobie, jak niewypowiedziana jest radość, którą cierpię”.

Następnie papież Paweł VI zacytował mi 24-ty wers listu św. Pawła do Kolosan: Teraz raduję się w cierpieniach za was i ze swej strony w moim ciele dopełniam braki udręk Chrystusa dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół.

„Cierpię to wszystko dla dobra Kościoła”, powiedział papież.

Właśnie w ten sposób powinniśmy pożytkować nasze cierpienie. Sądzę, że wielką tragedią świata jest cierpienie, które idzie na marne. Ludzie cierpią i nie mają nikogo, kogo mogą kochać i za kogo mogliby cierpieć. Miłość nie zabija bólu, ale go zmniejsza.


Nasz Pan, ustanawiając Sakrament Pokuty, dał jasno do zrozumienia, że istnieje różnica między wybaczeniem, a zadośćuczynieniem. Dlatego po spowiedzi następuje rozgrzeszenie lub wybaczenie, a następnie spowiednik mówi: “jako pokutę odmów…”

Następnie mówi on penitentowi, które modlitwy ma on odmówić lub jakie dobre uczynki ma zrobić, aby wynagrodzić za swoje grzechy.

Ogromny sens tego aktu staje się oczywisty, gdy przełożymy wykroczenie przeciw Bogu na czysto ludzki język.

Przypuśćmy, że ukradłem twój zegarek. Gdy sumienie zaczyna mnie wreszcie gryźć, przyznaję ci się do tego i pytam: „czy mi wybaczysz?”

Bez wątpienia wybaczysz, lecz jestem pewien, że powiesz również: “oddaj mi mój zegarek”.

Zwrócenie zegarka jest najlepszym dowodem szczerości mojego żalu. Nawet dzieci wiedzą, że musi istnieć przywrócenie równowagi zaburzonej przez grzech.

Dla przykładu, chłopiec, który stłucze szybę podczas gry w piłkę, często oferuje się: “zapłacę za nią”. Samo wybaczenie nie wykreśla przestępstwa. To tak, jak gdyby człowiek, po każdym grzechu, który popełni, musiał wbić gwóźdź w deskę, a za każdym razem, gdy grzech zostałby mu wybaczony, miałby wyciągnąć gwóźdź z deski. Człowiek ten wkrótce by odkrył, że deska była pełna dziur, których nie było tam na początku.

Podobnie, nie możemy wrócić do niewinności, którą zniszczyły nasze grzechy. Gdy odwracamy się od Boga grzesząc przeciw Niemu, palimy za sobą mosty, które trzeba teraz odbudować cierpliwą pracą.

Biznesmenowi, który zaciągnął wysoki dług, zostanie odebrana zdolność zaciągania kredytów. Dopóki nie zacznie spłacać dawnych zobowiązań, nie może prowadzić swej działalności. Nasze stare grzechy muszą zostać spłacone zanim będziemy mogli na nowo podjąć nasze życie.

Wynagrodzenie jest aktem płacenia za nasze grzechy. Gdy tego dokonamy, Boże przebaczenie jest dla nas dostępne. Jego przebaczenie oznacza przywrócenie stosunku miłości; podobnie się dzieje, gdy uraziliśmy przyjaciela – nie będziemy uważać, że nam wybaczył, dopóki nie zacznie nas kochać na nowo.

Boskie miłosierdzie jest zawsze obecne. Jego przebaczenie jest wiecznie gotowe, lecz skuteczność tego przebaczenia zostanie objawiona dopiero wtedy, gdy pokażemy Bogu, jak bardzo nam na nim zależy.

Ojciec syna marnotrawnego zawsze gotowy był mu w sercu przebaczyć, lecz syn marnotrawny nie mógł skorzystać z tego przebaczenia, dopóki nie przeżył przemiany, która sprawiła, że poprosił o przebaczenie i zaoferował, że odpokutuje za swoje przewinienia pracując jako służący w domu ojca.


Tak długo jak trwamy w przywiązaniu do zła, przebaczenie jest niemożliwe; jest to tak proste jak prawo, które sprawia, że do kogoś, kto żyje w otchłaniach jaskini, nie dochodzi światło słoneczne. Przebaczenie nie jest automatyczne – aby je otrzymać, musimy się na nie otworzyć.

Dowodem naszego żalu za popełnione winy jest nasza gotowość, by wykorzenić wadę, która spowodowała tę winę. Człowiekowi, który żywi głęboką urazę wobec swojego bliźniego i który wyspowiada się z niej w Sakramencie Pokuty, nie może zostać wybaczone, jeśli on nie wybaczy swojemu bliźniemu.

„Bo jeśli wy nie odpuścicie, i Ojciec wasz, który jest w niebie, nie odpuści przewinień waszych.” (Mk. 11:26)

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Chwalebne cierpienie

Our_Lady_of_Mount_Carmel_small_3-1

Jak moglibyśmy nie kochać Tej, którą nasz Pan ukochał tak bardzo? Niemożliwością jest właściwie kochać Chrystusa, nie miłując jednocześnie Matki, która nam Go dała.

Ci, którzy Ją ignorują, po niedługim czasie zaczynają ignorować Jego, gdyż są Oni nierozłączni w wielkim dramacie zbawienia.

Podobnie jak dzieci, które chcąc osiągnąć coś u ojca idą najpierw do matki, aby się za nimi wstawiła, tak i my idziemy do Maryi.

Jest absolutną niemożliwością wyjaśnić komukolwiek pozostającemu poza Kościołem nasze synowskie oddanie, jakie żywimy do najsłodszej z Matek.

Nabożeństwo do Najświętszej Maryi Panny pozwoliło mi odkryć nowy wymiar świętości cierpienia.

Po tym, jak przeszedłem operację na otwartym sercu, w ciągu pierwszych czterech miesięcy, które spędziłem w szpitalu, stopniowo uświadamiałem sobie, że Maryja daje nie tylko słodycze; czasem daje Ona również gorzkie lekarstwa.

Czterdzieści litrów krwi zostało przepompowanych do mojego ciała po operacji, ponieważ przez dłuższy czas nie można było przywrócić mojego krążenia krwi. Krew ta pochodziła od osób, które oddały ją w banku krwi szpitala Lenox Hill.

Nie mogę nie wspomnieć, że w trzech dniach poświęconych Najświętszej Maryi Pannie stałem u wrót śmierci i znosiłem wielkie cierpienia.

Pierwszym z tych trzech dni było Święto Matki Boskiej z Góry Karmel, 16 lipca, gdy lekarze trwali przy mnie dzień i noc, próbując zachować ledwie drgającą iskrę życia. Później miała miejsce następna operacja, w Święto Wniebowzięcia, 15 sierpnia, i wszczepienie rozrusznika.

Zacząłem odczuwać wówczas rodzaj świętego strachu przed tym, co mogło nastąpić 8 września, w którym to dniu Kościół świętuje Jej Narodziny. Zgodnie z przeczuciem, tego dnia wywiązała się infekcja nerek, która sprawiła, że przez kilka tygodni poddawany byłem nowym torturom. Gdy zdałem sobie sprawę z koincydencji maryjnych świąt kościelnych i mojej wymuszonej solidarności z Krzyżem, przyjąłem to jako znak szczególnego upodobania Maryi. Skoro Pan wezwał Ją, która „nie zasłużyła” na ból, aby stała u stóp Krzyża, dlaczego nie miałby wezwać mnie?

Skoro wyraziłem moją miłość do Niej jako Matki Kapłaństwa, dlaczego Ona, w swej matczynej miłości, nie miałaby uczynić mnie bardziej podobnym do swojego Syna, zmuszając mnie, bym stał się żertwą?

Wszelka duchowość, jaką posiadam, koncentruje się wokół Krucyfiksu, ceny mojego zbawienia i gwarancji mojego zmartwychwstania.

Krzyż pektoralny, który noszę, to krucyfiks. W mojej sypialni znajduje się  olbrzymi krucyfiks wysoki na 6 stóp, który, w obliczu mojego długotrwałego przykucia do łóżka, jest panoramą zbawienia, na którą spoglądam w ciągu dnia i w nocy, kiedy się budzę.

W mojej kaplicy znajduje się obraz namalowany przez kardiologa, który uratował mi życie, doktora Simona Stertzera. Jest to wizerunek Chrystusa na Krzyżu, w którym uwagę szczególnie przykuwają Jego oczy, spoglądające ze współczuciem i miłością.

W drugim roku po mojej operacji na otwartym sercu, z powodu przepracowania ponownie zostałem przykuty do łóżka na wiele miesięcy. W tym czasie udało mi się nawrócić cztery osoby i uważnić dwa małżeństwa.

Czasami apostolat poziomy może być tak samo skuteczny jak pionowy.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Boska inwazja

Extreme_Unction_LACMA_AC1994.171.5

Pewna kobieta napisała do mnie o swoim bracie. Nie przystępował do sakramentów od około trzydziestu lat, a teraz umierał w szpitalu. Powiedziała, że nie tylko prowadził złe życie, lecz był złym człowiekiem. Z premedytacją deprawował młodych ludzi i rozpowszechniał wśród nich ulotki mające na celu zniszczenie ich wiary i moralności.

Jego siostra napisała mi, że odwiedziło go już około dwudziestu księży i wszyscy zostali przez niego wyrzuceni z jego szpitalnej sali.

„Czy Ksiądz Biskup zechciałby odwiedzić mojego brata?” – spytała.

Wcieliwszy się w rolę ostatniej deski ratunku, odwiedziłem go tamtej nocy i zdołałem pozostać w jego sali jakieś pięć sekund. Nie wskórałem więcej niż inni.

Lecz zamiast odwiedzić go tylko raz, odwiedziłem go czterdzieści razy. Przez czterdzieści kolejnych wieczorów szedłem, aby odwiedzić tego człowieka. Za drugim razem zostałem przez 10 lub 15 sekund. Każdej nocy przedłużałem swą wizytę o kilka kolejnych sekund. Pod koniec miesiąca spędzałem z nim dziesięć do piętnastu minut. 

Nigdy nie poruszałem tematu jego duszy, aż do czterdziestego wieczoru. Tamtego wieczoru przyniosłem ze sobą Najświętszy Sakrament oraz Święte Oleje i powiedziałem mu:

„Williamie, tej nocy umrzesz”.

Odpowiedział: „Wiem”.

“Jestem pewien, że zechcesz pogodzić się z Bogiem dziś wieczorem”.

Odparł: „Nie zechcę! Odejdź stąd!”

Powiedziałem: „Nie jestem tu sam”.

„Kto jest z tobą?”

„Przyniosłem ze sobą Chrystusa. Czy Jego również chcesz wyrzucić?”

Nic nie powiedział. Ukląkłem koło jego łóżka i trwałem tak przez piętnaście minut, gdyż miałem przy sobie Najświętszy Sakrament. Odmówiwszy modlitwę, powiedziałem ponownie:

„Williamie, jestem pewien, że chcesz pogodzić się z Bogiem, zanim umrzesz”.

Odmówił i zaczął przywoływać pielęgniarkę. Aby go uspokoić, poszedłem w kierunku drzwi, jak gdybym chciał wyjść. Szybko jednak powróciłem, położyłem głowę koło jego twarzy na poduszce i rzekłem:

„Jeszcze tylko jedna prośba, Williamie. Obiecaj mi, że zanim umrzesz dziś w nocy, wypowiesz słowa ‘Jezu mój, zmiłuj się nade mną’”.

„Nie powiem, idź stąd!”

Musiałem odejść. Powiedziałem pielęgniarce, że gdyby wezwał mnie tamtej nocy, wrócę do szpitala. Około czwartej nad ranem pielęgniarka zadzwoniła do mnie i powiedziała, że właśnie umarł. Spytałem ją, jak wyglądała jego śmierć. 

“Około minuty po wyjściu Księdza Biskupa zaczął mówić: “Jezu mój, zmiłuj się nade mną” i nie przestał wymawiać tych słów aż do śmierci.

Nic we mnie nie miało na niego wpływu. Była to Boska inwazja na kogoś, kto niegdyś miał wiarę i ją utracił. 

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Lourdes

leseur

Na przełomie XIX i XX wieku żyła w Paryżu kobieta – zwyczajna katolicka dziewczyna, która wyszła za mąż za lekarza-ateistę, doktora Feliksa Leseura. Próbował on zniszczyć wiarę swojej żony, lecz ona postawiła mu się i zaczęła pilnie studiować swoją wiarę. W 1905 r. ciężko zachorowała i została przykuta do łóżka, cierpiąć nieustanne bóle aż do sierpnia 1914 r. Gdy umierała, powiedziała swojemu mężowi: „Feliksie, gdy umrę, zostaniesz katolikiem i ojcem dominikaninem”.

„Elżbieto, znasz moje nastawienie, przysiągłem Bogu nienawiść, żyję tą nienawiścią i w niej umrę.”

Powtórzyła swoje słowa i umarła. Umarła w ramionach swojego męża w wieku 47 lat. 

Porządkując papiery swojej żony, Feliks znalazł jej testament. Napisała:

„W 1905 r. poprosiłam Boga wszechmogącego, aby zesłał mi wystarczająco duże cierpienie, aby odkupić twoją duszę. W dniu, w którym umrę, cena zostanie zapłacona. Nie ma większej miłości nad tę, gdy żona oddaje życie za swojego męża.”

Dr Leseur, ateista, zignorował jej testament jako wymysły pobożnej kobiety. Postanowił napisać książkę przeciwko Lourdes. Pojechał nawet do Lourdes, aby oszkalować Najświętszą Maryję Pannę.

Jednakże gdy spojrzał na oblicze figury Maryi, otrzymał wielki dar wiary. Tak całkowity, tak doskonały był ten dar, że nigdy nie musiał zadawać sobie pytań i mówić: “jak uporam się z tą lub tamtą trudnością?”

Zobaczył wszystko. W jednej chwili.

W tamtych czasach papieżem był Benedykt XV. Później nadeszła I wojna światowa. Usłyszawszy o nawróceniu doktora Leseura, Papież Benedykt posłał po niego. Dr Leseur przyszedł w towarzystwie o. Jona Vinnei, oratora Notre Dame. Lekarz opowiedział o swoim nawróceniu i oznajmił, że chciałby zostać kapłanem w zakonie dominikańskim. Ojciec Święty odrzekł: „Zabraniam ci. Musisz pozostać w świecie i naprawić zło, które wyrządziłeś”.

Ojciec Święty rozmawiał następnie z o. Vinneą, a później znów z doktorem Leseurem i powiedział mu:

„Odwołuję swą decyzję. Możesz zrobić cokolwiek, co każe ci ojciec Vinnea”.

W 1924 r., w czasie Wielkiego Postu, ja, Fulton J. Sheen, wziąłem udział w rekolekcjach w klasztorze dominikańskim w Belgii. Cztery razy każdego dnia, po 45 minut, odbywałem rekolekcje pod kierownictwem duchowym ojca Feliksa Leseura z zakonu kaznodziejskiego, katolickiego kapłana dominikańskiego, który opowiedział mi tę historię.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Proces beatyfikacyjny Elżbiety Leseur rozpatrywany jest w Rzymie. Ojciec Leseur umarł jako kapłan w 1950r.

O Aniołach


Porozmawiajmy dziś o aniołach i o ich roli w naszym życiu.
Użyjemy jednak słowa “anioł” w bardzo wąskim znaczeniu – nie chodzi nam o duchowych, niewidzialnych posłańców ani o skrzydlate stworzenia, które przynoszą nowinę, nie będziemy też rozmawiać o wizjach ani o czymkolwiek nadprzyrodzonym. Poprzez anioła będziemy rozumieć jakąkolwiek osobę (lub wydarzenie), która zmieniła cały bieg naszego życia, wpłynęła na nasze postępowanie, sprawiła, że skręciliśmy na prawo gdy mieliśmy zamiar skręcić w lewo i w ostatecznym rozrachunku sprawiła, że staliśmy się lepszymi ludźmi. 

FeDMG95X0AUZOjL

Tym, co podnosi taką sytuację ponad porządek naturalny, jest fakt, że należy ją postrzegać jako działanie Boga. 

Weźmy, na przykład, w Księdze Tobita, historię młodego Tobiasza, który został wysłany przez swojego ojca Tobita do kraju o nazwie Media z rodzajem misji gospodarczej. Jego matka martwiła się tym, że jej syn zosta wysłany na tak długą podróż, więc poszła i znalazła przewodnika, którego imię brzmiało Rafał.

Rafał nie tylko chronił Tobiasza przed niebezpieczeństwami i pomógł mu odzyskać dług, lecz znalazł też dla niego dobrą żonę. Księga Tobita podaje: „Rafał był aniołem, lecz on nie wiedział o tym”.

Bóg zsyła wielu aniołów na nasze ścieżki, lecz często ich nie rozpoznajemy; tak naprawdę możemy przejść przez życie nie wiedząc, że towarzyszyli nam agenci lub posłannicy Boga, którzy prowadzili nas ku cnocie i powstrzymywali nas od występku.

Tymczasem aniołowie symbolizują tę nieustanną, łagodną interwencję Boga w historię ludzkości, która powstrzymuje nas na drodze do destrukcji i prowadzi nas do pomyślności, szczęścia i cnoty. 

Bóg w zasadzie działa poza kulisami, niczym anonimowy dobroczyńca. Jego sterowanie naszym życiem jest tak ukryte, że większość z nas nie jest świadomych tego, że uczynił On nas aniołami, abyśmy mogli pomóc bliźniemu lub w jaki sposób nasz bliźni stał się aniołem dla nas.

Gdy ukończyłem college, przystąpiłem do konkursu o narodowe stypendium warte kilka tysięcy dolarów. Z całego serca pragnąłem uzupełnić moje wykształcenie o tytuł doktorski, lecz zarazem, od moich najwcześniejszych lat, pragnąłem zostać kapłanem. Przyjęcie tego stypendium oznaczałoby odwleczenie w czasie mojego kapłańskiego powołania, a być może mogłoby mu ono zagrozić.

Podczas letnich wakacji odwiedziłem naszego profesora filozofii i oznajmiłem mu z olbrzymią radością, że otrzymałem owo stypendium.

Chwycił mnie za ramiona i powiedział: „Czy wierzysz w Boga?” Odrzekłem, że było to głupie pytanie. On jednak nalegał: „Lecz czy wierzysz w Boga praktycznie?”. Gdy odpowiedziałem twierdząco, powiedział mi: „Znasz swój obowiązek. Pójdziesz teraz do seminarium i rozpoczniesz studia kapłańskie. Podrzyj stypendium.”

Zaprotestowałem jednak: „Dlaczego nie mogę teraz pracować nad moim doktoratem i później pójść do seminarium?”

Odparł: „Jeśli poniesiesz tę ofiarę, obiecuję ci, że po święceniach otrzymasz o wiele lepsze wykształcenie uniwersyteckie niż przedtem”.

Podarłem stypendium, podążyłem za głosem obowiązku i po moich święceniach kapłańskich spędziłem prawie pięć lat studiując – przez większość czasu studiowałem na największych europejskich uniwersytetach.

Ów profesor był moim aniołem. Widziałem to wtedy, lecz teraz widzę to jeszcze wyraźniej.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

O Różańcu

Od najwcześniejszych dni Kościół prosił swych wiernych, aby modlili się słowami stu pięćdziesięciu Psalmów Dawidowych. Zwyczaj ten wciąż jest powszechny wśród księży, którzy odmawiają niektóre z tych psalmów każdego dnia. Nie było jednak rzeczą łatwą dla każdego zapamiętać sto pięćdziesiąt psalmów. Kolejną trudnością, jeszcze przed wynalezieniem druku, było wydanie księgi psalmów. Z tego powodu niektóre ważne księgi, np. Biblia, musiały być przywiązane łańcuchem, niczym – w dzisiejszych czasach- książki telefoniczne; w przeciwnym razie ludzie zabraliby je i uciekli.  

Tak się składa, że doprowadziło to do głupiego kłamstwa, zgodnie z którym Kościół użył łańcucha, aby nie pozwolić ludziom czytać Biblii. Tymczasem prawda jest taka, że Biblia została przywiązana łańcuchem właśnie po to, aby ludzie mogli ją czytać. Książki telefoniczne też są przywiązane i sięga do nich więcej ludzi we współczesnym społeczeństwie niż do jakiejkolwiek innej książki!

Czytaj dalej