Zrzucanie z siebie odpowiedzialności

hand-with-pointing-finger

Nasz współczesny świat uwielbia zrzucać z siebie odpowiedzialność. Zaczęło się to już w rajskim ogrodzie. Adam obwinił Ewę. Gdy Adam został zapytany, dlaczego zgrzeszył, odpowiedział: „Z powodu kobiety, którą mi dałeś”. Widzicie? Nie powiedział „żony”. Obwinił Boga: „Z powodu kobiety, którą TY mi dałeś”. Ewa zrzuciła winę na węża. Aaron obwinił piec za wytopienie złotego cielca. Dzieci obwiniają rodziców; ludzie obwiniają swoich kapłanów; kapłani obwiniają proboszczów; proboszczowie obwiniają kapłanów. Wszyscy obwiniają biskupów, a biskupi obwiniają swoich wiernych. Psychiatrzy i psychoanalitycy obwiniają babcie i dziadków. Obwiniają oni brak odpowiednich placów zabaw. Obwiniają złe instynkty. Nikt nie jest odpowiedzialny, a odpowiedzialność zrzucana jest na innych. Prezydent Truman miał na biurku tabliczkę z napisem: „za to ja biorę odpowiedzialność”, lecz i jemu to się nie udało. Gdzie kończy się zrzucanie z siebie odpowiedzialności? Na Krzyżu. Tam się ono kończy. Przynajmniej istnieje Ktoś, kogo można obwinić.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: „Through the Year with Fulton Sheen”, 1985 r., str. 35.

Bóg działa w niewidoczny sposób

Człowiek, którego ewangelizowałem jakiś czas temu, Louis Budenz, były wydawca komunistycznej gazety Daily Worker, zmarł kilka lat temu. Niedawno rozmawiałem przez telefon z wdową po nim, która wspomniała nasze pierwsze spotkanie. Budenz jako wydawca Daily Worker, napisał do mnie: „Czy zechce ksiądz biskup zjeść ze mną kolację?” Było to kłopotliwe zaproszenie. Napisałem wiele artykułów przeciw komunizmowi, a on publikował na łamach Daily Worker teksty skierowane przeciwko mnie. Dopiero po jego śmierci dowiedziałem się, że Budenz zaprosił mnie na kolację na rozkaz szefa sowieckiego politbiura. Sowieci doszli do wniosku, że wyrządzałem im zbyt wiele szkód, a ponieważ Budenz w dzieciństwie posiadał wiarę, uznali, że to właśnie on powinien się ze mną spotkać. Wtedy jednak nie wiedziałem tego wszystkiego.

Gdy usiedliśmy przy stole, Budenz powiedział: „Powiem księdzu biskupowi, co komuniści mają księdzu za złe. Ksiądz nie wierzy, że Związek Radziecki jest krajem demokratycznym.”

„Jak może być on krajem demokratycznym” – odparłem – „w świetle artykułu 125 waszej konstytucji?”

Spytał: „O czym jest artykuł 125?”

„Wygląda na to” – odpowiedziałem – „że znam waszą konstytucję lepiej niż ty. Nie mówmy zatem o niej – pomówmy raczej o twojej duszy”.

Wiele lat później dowiedziałem się, że gdy wrócił do domu tego wieczora, powiedział on do żony: „Nigdy w życiu nie byłem tak wściekły. Oto występuję jako wysłannik Politbiura i mam rozmawiać o komunizmie z człowiekiem, który zna komunizm, a ten przywołuje artykuł 125 konstytucji i mówi mi: ‚nie jestem zainteresowany twoim komunizmem, chcę rozmawiać o twojej duszy’. Wyobraź sobie, o mojej duszy. Nie interesuje mnie to!”. Jego żona mówiła mi, że od tego dnia, gdy tylko pojawiałem się w słuchowiskach radiowych, wpadał w furię, gdy w mieszkaniu rozlegał się mój głos i nakazywał natychmiast wyłączyć to pudło. Pani Budenz powiedziała mi również: „Nie jestem katoliczką, byłam komunistką. Nie byliśmy małżeństwem, po prostu żyliśmy razem. Lecz czy wie ksiądz, że każdego wieczoru, zanim położyliśmy się spać, nachylał się nade mną i czynił znak krzyża na moim czole? Nie mogłam zrozumieć, dlaczego on to robi. Nie wiedziałam, co to był za znak”. 

Siedem lat później Budenz wysłał mi list, w którym prosił mnie, żebym zajął się jego duszą. Żona spytała go wtedy: „Dlaczego piszesz właśnie do niego? Przecież tak go nienawidzisz!”

Odpowiedział: „Ponieważ mówił on do mnie o mojej duszy. Od tego czasu wciąż byłem prawdziwie zmartwiony, zatroskany w duchu”.


Arcybiskup Fulton J. Sheen

Duch Święty i grzech

Minolta DSC

Bazylika św. Piotra. Źródło: Wikimedia Commons

W noc Ostatniej Wieczerzy nasz Pan powiedział, że Duch Święty uzna nas winnymi grzechu. „Duch przyjdzie” – powiedział Jezus – „a gdy przyjdzie, przekona świat o grzechu, o sprawiedliwości i o sądzie. O grzechu – bo nie wierzą we Mnie.” Kiedy osiągniemy pełne zrozumienie grzechu? Nasz Zbawiciel mówi nam, że zrozumiemy grzech przez Ducha Świętego. Nikt z tych, którzy sądzą, że łamią jedynie prawo, nie pojął w pełni zła, jakie wiąże się z grzechem. Gdy posiadamy Ducha Świętego, pojmujemy, że grzech to wyrządzanie krzywdy komuś, kogo kochamy. Dlatego właśnie ukrzyżowanie to manifestacja grzechu. Jest to, jak powiedział nasz Pan, esencja braku wiary – absolutna odmowa przyjęcia miłości i błogosławieństwa Bożego. Duch Święty objawia nam, że grzech to nieprzyjęcie zbawienia, które zostało wykupione przez Chrystusa na Krzyżu. Nic poza Duchem Świętym nie może naprawdę przekonać nas o istnieniu grzechu. Jak często, na przykład, nasze sumienie jest dławione przez powtarzane ustawicznie złe czyny? Racjonalizujemy nasze złe uczynki. Opinia publiczna czasem wręcz aprobuje grzech. Lecz Duch Święty objawia nam, że niewiara jest grzechem i że grzech jest w pewien szczególny sposób związany z ukrzyżowaniem.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Duch Święty objawia Syna

Podobnie jak Syn objawił Ojca, tak i Duch Święty objawia Syna. Oto słowa naszego Pana: „On Mnie otoczy chwałą, ponieważ z mojego weźmie i wam objawi.  Wszystko, co ma Ojciec, jest Moje.” (J 16, 14-15). W słowach tych nasz Zbawiciel mówi, że gdy wstąpi do nieba, wszystkie łaski, które zyskał dla nas na Golgocie, zostaną przeniesione na nas poprzez Ducha Świętego. Jezus powiedział podczas Swojego ziemskiego życia, że nie zrozumiemy Jego życia i nie otrzymamy zasług płynących z Jego życia, dopóki Duch nie przyjdzie na ziemię. Wielkim zadaniem Ducha Świętego jest zatem trwanie poza kulisami, aby bardziej urzeczywistniać Chrystusa. Dlatego właśnie apostołowie aż do Dnia Pięćdziesiątnicy nie mogli zrozumieć Ukrzyżowania. Święty Paweł posuwa się do stwierdzenia, że nikt nie może nazywać Jezusa „Panem”, jeśli nie czyni tego poprzez Ducha. Oczywiście możemy wypowiedzieć słowo „Jezus”, ale nie poznamy, że Jezus jest Chrystusem, Synem Bożym, Zbawicielem świata, Panem wszechświata, jeśli nie objawi nam tego Duch Święty.


Arcybiskup Fulton J. Sheen

Gdzie się podziało piekło?

5701536808_f402c4a1fd_c

Dawniej wierzyliśmy, że, tak jak nauczał Chrystus, istnieje niebo dla tych, którzy czynią dobro, piekło dla tych, którzy czynią zło i ziemia, która jest miejscem, w którym spędzamy okres próbny. Zaprzeczyliśmy istnieniu nieba, piekła i ziemi i to z różnych powodów. Stwierdziliśmy, że wizja ta ma posmak jakiegoś świata, którego nie da się uzasadnić naukowo. Lecz gdy zaprzeczyliśmy istnieniu piekła, nie znikło ono. Gdzie się zatem podziało? Przeniosło się do wnętrza ludzkich serc. Ludzkie piekło, ze wszystkimi swoimi formami szaleństwa psychicznego, zaczęło się tam rozrastać. Musieliśmy szukać sposobów na wyzwolenie się od tych palących płomieni. Nic dziwnego, że Makbet pytał [lekarza] o swoją żonę:

Wylecz ją z tego! Nie jesteśli zdolnym 
Poradzić chorym na duszy? Głęboko
Zakorzeniony smutek wyrwać z myśli?
Wygnać zalęgłe w mózgu niepokoje?
I antydotem zapomnienia wyprzeć
Z uciśnionego łona ten tłok, który
Przygniata serce?”

Dlatego właśnie musieliśmy zacząć szukać wszelkich sposobów na osiągnięcie ulgi psychicznej, łącznie z zagłuszaniem sumienia, gdyż piekło zagnieździło się wewnątrz naszych serc i nie mogliśmy już znieść tego piekła. Co zrobiliśmy z piekłem w ciągu ostatnich dziesięciu lub piętnastu lat? Zamieniliśmy je na bomby nuklearne. Filmy wzięły na siebie rolę interpretatorów, tak aby przedstawiane w nich katastrofy, wyroki sądowe, drapacze chmur przemieniające się w inferna, wraki, tragedie, wydarzenia apokaliptyczne i wszystkie temu podobne, okropne zakończenia absorbowały umysły, pozwalając im zapomnieć o kłębowisku węży wijących się w naszych nocnych koszmarach. Ale węży nie da się w ten sposób uspokoić.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Miłość nie jest tolerancją

Chrześcijańska miłość znosi zło, lecz go nie toleruje. Czyni ona pokutę za grzechy innych, lecz nie jest liberalna w stosunku do grzechu. Wołanie o tolerancję nie może skłonić chrześcijańskiej miłości do stłumienia w sobie nienawiści wobec diabelskich filozofii, które próbują rywalizować z Prawdą.

Chrześcijańska miłość przebacza grzesznikowi, lecz nienawidzi grzechu; jest ona niemiłosierna wobec błędu w jego umyśle.  Miłość chrześcijańska zawsze na powrót przyjmie grzesznika na łono Mistycznego Ciała; lecz jego kłamstwo nigdy nie zostanie przyjęte do skarbca Jego Mądrości.

Prawdziwa miłość pociąga za sobą prawdziwą nienawiść. Ktokolwiek utracił zdolność moralnego zgorszenia i pragnienie wypędzenia kupców ze świątyń, utracił również żywe, żarliwe umiłowanie Prawdy.

 

Miłość chrześcijańska nie jest zatem łagodną filozofią o nazwie „żyj i pozwól żyć”; nie jest ona rodzajem ckliwego sentymentu. Miłość chrześcijańska jest natchnieniem Ducha Bożego, która każe nam miłować piękno i nienawidzić brzydoty moralnej.

 

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Wiadomość, która jeszcze nie wyciekła

Christ_Risen_from_the_Tomb_A13716

Ambrogio Bergognone, „Chrystus zmartwychwstały z grobu”, ok. 1490 r.

Gdyby podstawą Chrześcijaństwa było cokolwiek innego niż Bóg, który wyszedł z grobu, nie byłoby dla nas nadziei. Gdyby odniósł On światowy sukces, musielibyśmy Go naśladować w Jego światowości. Gdyby Jego życie okazało się porażką, z której nigdy by się nie podniósł, stalibyśmy się mścicielami obwiniającymi Żydów, Rzymian i Greków, gdyż oni symbolizowali świat, który Go ukrzyżował. Gdyby był tylko człowiekiem, zostałby zapomniany, podobnie jak wszyscy inni ludzie popadający w zapomnienie. Gdyby napisał książkę, wszyscy musielibyśmy zostać profesorami, ale ponieważ przyszedł On na ten świat, aby z porażki uczynić zwycięstwo, możemy być pewni, że im bardziej beznadziejna jest dana sytuacja, z tym większą siłą działa Boska Moc. 

Nie wiemy, jak długo potrwa ten konflikt pomiędzy dobrem a złem; nie wiemy, jak długo będziemy musieli opłakiwać prześladowania i ukrzyżowania ludzi, zanim objawi On nam Swoją Obecność; nie wiemy jak długo będziemy szukać żywego wśród zmarłych, jak czyniła to Maria Magdalena; nie wiemy, jak długo będziemy trwożnie kulić się za zamkniętymi drzwiami, zanim przeniknie przez nie Światłość świata ze swoimi słowami: „Pokój wam”. Jest tylko jedna rzecz, którą wiemy – MY JUŻ ZWYCIĘŻYLIŚMY – tyle, że wieść o tym jeszcze nie wyciekła!


Arcybiskup Fulton J. Sheen


Źródło: „Our Grounds for Hope. Enduring Words of Comfort and Assurance”, 2000r., str. 74-76.

Gdy wypieramy się naszych grzechów (część 2)

Kazimirowski_Eugeniusz,_Divine_Mercy,_1934

Drodzy przyjaciele, dawniej ludzie próbowali uciekać od przyznawania się do grzechu obwiniając kapitalizm, komunizm, brak kiosków sprzedających napoje bezalkoholowe i nieposłuszne hormony. Obecnie rodzi się nowa psychologia, która obwinia nieświadomość, biednego starego Edypa lub pomarszczoną Elektrę. Twierdzi się, że winę należy przypisać tej części z nas, za którą nie jesteśmy odpowiedzialni, a mianowicie nieświadomości.

Ci eskapiści, którzy wypierają się własnej winy, chcą postrzegać wszystkich ludzi jako „miłych ludzi” w tym sensie, że są oni niby bez grzechu i bez winy. Jednym magicznym pociągnięciem ci eskapiści oczyścili świat ze „wstrętnych ludzi”, tutaj rozumianych jako grzeszników.

Owi „mili ludzie”, zgodnie z opinią eskapistów, są być może chorzy, ale nie są „grzesznikami”. Zamierzam bronić tezy przeciwnej, zgodnie z którą wzrost ilości przypadków psychozy, neurozy i innych zaburzeń psychicznych spowodowany jest tym, że zbyt wielu ludzi myśli o sobie, że są „mili” lub bezgrzeszni. Ponadto, istniałaby o wiele większa nadzieja dla owych „miłych ludzi”, gdyby zaczęli zdawać sobie sprawę z tego, że wcale nie są mili, a może wręcz są wstrętni; pod słowem „wstrętni” rozumiemy tutaj „odpowiedzialni za swoją winę”.

Nigdy nie wypieraj się swojej winy; wypieranie się jej ma pięć poważnych skutków dla twojej duszy:

  1. Niszczy ono charakter, gdyż eliminuje odpowiedzialność i – co za tym idzie – wolność.
  2. Sprawia, że wybaczenie jest niemożliwe, gdyż zaprzeczasz, że istnieje grzech, który musi zostać wybaczony.
  3. Wypieranie się własnej winy zmienia ludzi w łowców sensacji, plotkarzy i gwałtownych rewolucjonistów, gdyż sprawia, iż przenoszą oni swoją winę na innych, aby uciec od własnych wyrzutów sumienia.
  4. Wypieranie się własnej winy prowadzi do większego grzechu, gdyż twoje sumienie staje się coraz bardziej obojętne, a cnota – coraz bardziej odpychająca.
  5. Wreszcie, wypieranie się własnej winy prowadzi do rozpaczy, która przekształca się w fanatyzm skierowany przeciw religii i moralności, nienawiść wobec których jest pewnym dowodem winy.

Mówiąc krótko, główną przyczyną tragedii współczesnej duszy jest to, że wypiera się ona własnej winy, uniemożliwiając przez to nie tylko otrzymanie wybaczenia, ale również pokoju płynącego z pogodzenia się z Bogiem, który jest Miłością.

Najgorszą rzeczą na świecie nie jest grzech, lecz wyparcie się grzechu; jest to grzech niewybaczalny. Jeśli ślepy zaprzecza, że jest ślepy, jakże mógłby on przejrzeć?

Ponieważ grzech jest zerwaniem więzi z Boską Miłością, wynika z tego, że nie może on być leczony wyłącznie za pomocą psychologii. Nie wystarczy zanalizować grzech, żeby go wyleczyć. Z tego, że dentysta uczy się, iż próchnica zębów powstaje na skutek jedzenia cukierków, nie wynika, że ząb natychmiast wyzdrowieje. To, że kopiąc wokół dębu znajdziemy zgniły żołądź, z którego ów dąb wyrósł, nie wyjaśnia istnienia samego drzewa. Grzech może zostać uleczony wyłącznie poprzez odnowienie przyjaźni z Bogiem.

Nie jest również prawdą, że świadomość grzechu wywołuje kompleks winy i grozi popadnięciem w chorobę psychiczną. Czy dziecko, które chodzi do szkoły, rozwija w sobie kompleks ignorancji? Czy chory, który idzie do lekarza, rozwija w sobie kompleks choroby? Uczeń koncentruje się nie na swojej ignorancji, lecz na mądrości i wiedzy nauczyciela; chory nie koncentruje się na swojej chorobie, lecz na zdolnościach leczniczych lekarza, a grzesznik koncentruje się nie na swojej winie, lecz na zbawczej mocy Boskiego Medyka.

Nie istnieje żaden dowód na to, że świadomość grzechu może wpędzić człowieka w chorobę (psychiczną). Nazywać eskapistą duszę, która prosi Boga o wybaczenie, to tak jakby nazwać eskapistą człowieka, którego dom płonie, tylko dlatego, że wezwał on straż pożarną.

Najbardziej wyrafinowaną formą pychy, najbardziej niegodziwą formą eskapizmu jest powstrzymywanie się od rachunku sumienia, tak aby przypadkiem nie odkryć w nim grzechu.

Nie istnieje człowiek, który wypiera się własnej winy i jest człowiekiem szczęśliwym; nie istnieje też człowiek, który – uznawszy swoją grzeszność, uzyskawszy przebaczenie i żyjąc w miłości Bożej – jest człowiekiem nieszczęśliwym.

Poczucie moralnej niegodności nigdy nie uczyniło duszy smutną; dusze są smutne i sfrustrowane z powodu nadmiernej miłości własnej. Nie ma dla ciebie nadziei, jeśli myślisz, że jesteś miłą osobą, lecz istnieje wielka nadzieja dla ciebie, jeśli wiesz, że jesteś „wstrętny”. Nie daj się oszukać owym seksuologom i eskapistom, którzy nie chcą stawić czoła faktowi osobistej winy. Poświęć godzinę czasu dziennie na modlitwę, rozmyślania i na wysłuchanie Mszy świętej. Bądź na tyle odważny, by nieustannie stawiać czoła samemu sobie, pokładając ufność w Bogu.

Im większa będzie twoja świadomość twej własnej marności, tym łatwiej przyjdzie ci zaufać dobroci i Miłosierdziu Boga. Jakże Bóg mógłby okazać Miłosierdzie, gdyby nie było marności? Bóg byłby nieskończoną Dobrocią nawet gdyby nie stworzył świata, lecz gdyby nie istnieli „wstrętni” ludzie tacy jak ja, nigdy nie mógłby On okazać swojego słodkiego Miłosierdzia.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Gdy wypieramy się naszych grzechów (część 1)

church-4095968_1280

Źródło: Pixabay/Michael Gaida.

Jest to historia o pewnej dziewczynie. Przyszły do mnie dwie małe dziewczynki i poprosiły, żebym natychmiast poszedł do pewnego domu nad rzeką Hudson. Powiedziały:

„Kitty umiera”.

„Kto to jest Kitty?”

Powiedziały: „Nie wie ksiądz, kim jest Kitty? Każdy zna Kitty”.

Zapytałem, na co jest chora, a one odpowiedziały: „Ona umiera”.

Wziąłem ze sobą Najświętszy Sakrament i Święte Oleje. Wspiąłem się na piąte piętro do najbrudniejszego pokoju, w jakim kiedykolwiek byłem. Mięso, tłuszcz, papiery, szmaty, wszystko to walało się na podłodze. W rogu pokoju, w barłogu leżała młoda dziewczyna. Była bardzo chora.

„Czy to ty jesteś Kitty?”

“Tak, każdy mnie zna”.

“Kitty, czy chciałabyś pogodzić się z miłosiernym Panem?”

„Nie, ponieważ jestem najgorszą dziewczyną w Nowym Jorku”.

„Nie” – powiedziałem – „nie jesteś najgorszą dziewczyną w Nowym Jorku, ponieważ najgorsza dziewczyna w Nowym Jorku powiedziałaby, że jest najlepszą dziewczyną w Nowym Jorku.”

Prosiłem i błagałem ją, aby przystąpiła do spowiedzi świętej, a ona odpowiedziała: „Nie, nie mogę, jestem zbyt zepsuta.”

Powiedziała: „Niech ksiądz spojrzy na moje ramiona, są całe w siniakach. Mój mąż to zrobił. Nie zarabiam wystarczająco dużo na ulicy i on mnie za to bije. Teraz mnie otruł i umieram od tej trucizny.”

Zacząłem recytować dla niej przypowieści Chrystusa i w końcu się wyspowiadała. Lecz nie namaściłem jej, gdyż zbyt długo trwało przekonywanie jej o Boskim Miłosierdziu i trucizna zdążyła zaatakować jej mózg. Gdy to się stało, zaczęło się jej wydawać, że traci swoje zewnętrzne organy.

Mówiła ona na przykład: „Matko, oto moje ucho, zachowaj je, gdy umrę”.

W jej pokoju znajdowała się inna dziewczyna. Kitty błagała ją:

„Anno, to jest moje oko. A to jest mój język. Weź je sobie”.

Zdałem sobie sprawę, że Kitty mówiła poważnie, z pełną świadomością. Namaściłem ją i natychmiast jej stan się poprawił. Następnie powiedziałem:

„Obawiam się, Kitty, że właśnie powróciłaś do tego świata”.

„Tak, wróciłam, aby udowodnić, że mogę się poprawić” – odpowiedziała.

I została apostołką wśród tych samych ludzi, z którymi uprzednio pracowała na ulicy. I gdy słuchałem spowiedzi w sobotnie wieczory, słyszałem często przez kraty konfesjonału:

“Proszę księdza, jestem tą dziewczyną, o której mówiła księdzu Kitty.”

„Proszę księdza, jestem tym chłopakiem, o którym mówiła księdzu Kitty.”

Pewnego wieczora Kitty przyszła na plebanię i powiedziała:

“Jest ze mną dziewczyna, która popełniła morderstwo”.

„Gdzie ona jest?”

„Jest w kościele”.

„Nie, kościół jest zamknięty” – powiedziałem.

„W takim razie siedzi ona na schodach po drugiej stronie ulicy”.

Podszedłem do drzwi i przywołałem ją. Kilka chwil później wyspowiadała się.

W taki oto sposób Kitty praktykowała apostolat Miłosierdzia po tym, jak Bóg wybaczył jej samej.

Wszyscy możemy czerpać z tego Miłosierdzia. Jesteśmy najszczęśliwszymi ludźmi na świecie, ponieważ gdy jesteśmy obciążeni, możemy pójść do dobrego Pana i otrzymać zewnętrzny znak, który jest tak bardzo potrzebny. Zewnętrzny znak tego, że nasze grzechy zostały nam odpuszczone.

Grzech nie jest najgorszą rzeczą na świecie. Najgorszą rzeczą na świecie jest wyparcie się grzechu.

Jeśli jestem ślepy i zaprzeczam, że istnieje coś takiego jak światło, czy kiedykolwiek przejrzę? Jeśli jestem głuchy i zaprzeczam, że istnieje takie coś jak dźwięk, czy kiedykolwiek będę słyszał? A jeśli zaprzeczam, że jestem grzesznikiem, czy kiedykolwiek uzyskam przebaczenie?

Zatem czymś gorszym niż grzech jest wyparcie się grzechu i jest to postawa wielu współczesnych ludzi.

Jeśli twoja dusza jest obciążona, zanieś ją do Pana w sakramencie spowiedzi świętej. On za ciebie umarł. On ci wybaczy.

I podobnie jak nie istnieje nic bardziej odświeżającego niż dobra kąpiel, tak nie istnieje nic bardziej odświeżającego duchowo niż odpuszczenie grzechów. Najpiękniejszym aspektem odpuszczenia grzechów jest to, że możemy zacząć wszystko od nowa.

Miłosierdzie Pańskie nie ma granic, lecz musimy pokładać w Nim ufność. Na pocieszenie zostawię wam tę oto myśl: Gdybyście nigdy nie zgrzeszyli, nie moglibyście nazywać Jezusa Zbawicielem.
Arcybiskup Fulton J. Sheen