Kto zatrzyma wojnę?

Była bardzo piękna, wyglądała na piętnaście–osiemnaście lat. Jej biała jak śnieg suknia pod szyją była zawiązana złotym sznurkiem i sięgała jej do stóp, które były ledwo widoczne i odnosiło się wrażenie, że niemal nie dotykają gałęzi drzewa. Głowę i ramiona okrywał biały płaszcz ze złotym rąbkiem, który podobnie jak suknia opadał aż do jej stóp. Dłonie miała złożone jak do modlitwy na wysokości piersi. Na prawej ręce miała zawieszony różaniec z lśniących pereł ze srebrnym krzyżem. Jej niewypowiedzianie piękną twarz spowijał blask jasny jak słońce, ale malował się na niej wyraz lekkiego smutku (…)

W tym samym czasie, gdy na wschodnim krańcu Europy Antychryst przypuścił atak wymierzony przeciwko samej idei Boga oraz społeczeństwu, doprowadzając do jednego z najstraszniejszych rozlewów krwi w dziejach ludzkości, na zachodnim krańcu starego kontynentu w pełni chwały ukazał się odwieczny wróg piekielnego węża.

Spośród sześciu objawień Matki Bożej najważniejsze było to z 13 lipca 1917 roku. Trzeba pamiętać, że wojna trwała już od trzech lat. Nawiązując do tego faktu, Maryja powiedziała:

– Ta wojna zbliża się ku końcowi. Jeżeli ludzie zrobią to, o czym wam powiedziałam, wiele dusz dostąpi zbawienia i odnajdzie pokój. Ale – dodała – jeżeli ludzie nadal będą obrażać Boga, nie minie dużo czasu, a właściwie już podczas następnego pontyfikatu rozpocznie się kolejna, jeszcze straszniejsza wojna.

I rzeczywiście, w okresie pontyfikatu Piusa XI rozgrywała się straszna wojna domowa w Hiszpanii, która była preludium do drugiej wojny światowej. W czasie tej wojny czerwoni w swojej nienawiści w okrutny sposób zamordowali trzynastu prałatów, czternaście tysięcy księży i zakonników oraz zniszczyli dwadzieścia dwa tysiące kościołów i kaplic. Następnie Matka Boża powiedziała, jaki znak będzie zapowiadał wybuch drugiej wojny światowej:

– Kiedy zobaczycie nieznane światło jaśniejące w nocy, wiedzcie, że jest to wielki znak od Boga, że zbliża się kara na świat za liczne jego zbrodnie, będzie wojna, głód, prześladowanie Kościoła i ojca świętego. W późniejszym czasie pytano Łucję, kiedy ten znak się pojawił. Odpowiadała, że chodziło o nadzwyczajną zorzę polarną, która oświetliła znaczną część Europy w noc z 25 na 26 stycznia 1938 roku. Odnosząc się do zapowiadanej wojny, Łucja mówiła: „Będzie straszna, straszna”. Kary Boże zawsze są warunkowe i można je odwrócić dzięki pokucie. Trzeba zwrócić uwagę, że Matka Boża powiedziała, iż drugiej wojny światowej można uniknąć, dodała bowiem:

– Aby temu zapobiec, przybędę, aby prosić o poświęcenie Rosji memu Niepokalanemu Sercu i o Komunię Świętą wynagradzającą w pierwsze soboty. Jeżeli moje życzenia zostaną spełnione, Rosja nawróci się i zapanuje pokój, jeżeli nie, bezbożna propaganda rozszerzy swe błędne nauki po świecie, wywołując wojny i prześladowanie Kościoła, dobrzy będą męczeni, a ojciec święty będzie musiał wiele wycierpieć. Różne narody zginą.

Przesłanie kończy się słowami nadziei i radości:

– Na koniec jednak moje Niepokalane Serce zatriumfuje. Ojciec święty poświęci mi Rosję, która się nawróci i przez pewien czas zapanuje pokój na świecie.

Ostatnie objawienie miało miejsce 13 października 1917 roku. Matka Boża zapowiedziała wcześniej, że w tym dniu dokona się cud, żeby wszyscy obecni mogli uwierzyć w Jej objawienia. Wieczorem października drogi do Fatimy zapełniły się powozami, rowerami i piechurami pielgrzymującymi na miejsce objawień. W południe 13 października w okolicy Fatimy zebrał się sześćdziesięciotysięczny tłum świadków, wśród których było wielu ludzi niewierzących i szyderców. Nie zależy nam na udowadnianiu autentyczności zjawiska, które miało miejsce w Fatimie. Ci, którzy wierzą w królestwo ducha i w Matkę Bożą, nie potrzebują dowodów, a ci, którzy odrzucają Ducha, i tak by tych dowodów nie przyjęli. Powinniśmy natomiast zastanowić się, jakie znaczenie należy przypisywać „tańcowi słońca”, który wielu ludzi widziało w dniu 17 października 1917 roku. Niczego nie możemy powiedzieć na pewno, ponieważ jednak ogólne wrażenie było przerażające, możemy pokusić się o pewne spekulacje.

Czy mogła to być zapowiedź dnia, w którym ludzie ukradną część energii atomowej ze Słońca i użyją jej nie do oświetlenia świata, ale do zrzucenia bomby z nieba na bezbronną ludność? W czasach, kiedy klęska głodu dotykała ziemię, kiedy wojny niszczyły gromadzone przez stulecia dziedzictwo ludzkości, kiedy człowiek był człowiekowi wilkiem, kiedy wielkie obozy koncentracyjne niczym Moloch pochłaniały miliony ludzkich istnień, ludzie zawsze mogli spoglądać ku niebu z nadzieją. Chociaż bowiem ziemia była okrutna, przynajmniej niebiosa pozostawały dla nas łaskawe. Czy to objawienie jest zapowiedzią, że na pewien czas niebiosa również zwrócą się przeciwko ludziom, a ogień z nieba zostanie skierowany przeciwko bezbronnym dzieciom Bożym? Nie wiemy, czy była to zapowiedź bomby atomowej. Jedno jednak jest pewne – nie oznaczało ono końca nadziei. Między ciemnymi chmurami wciąż bowiem widoczna jest wizja Pięknej Pani w niebiosach, która ma księżyc pod stopami, wieniec z gwiazd nad głową i jest obleczona w słońce. Niebiosa nie są nastawione przeciwko nam i nie dokonają zniszczenia, dopóki Ona jest Królową Nieba.

Być może jednak warto się zastanowić, dlaczego Wszechmogący Bóg w swojej opatrzności uznał za stosowne dać nam w tym czasie objawienie swojej Najświętszej Matki, aby ponownie zwrócić nas ku modlitwie i pokucie. Natychmiast przychodzi na myśl jedno wyjaśnienie. Ponieważ świat stracił Chrystusa, możliwe, że odzyska Go za pośrednictwem Maryi. Gdy nasz Najświętszy Pan miał dwanaście lat, zagubił się. Wtedy odnalazła Go Jego Matka. Teraz, kiedy znowu straciliśmy Go z oczu, być może właśnie dzięki Maryi świat odzyska swojego Boga i Zbawiciela. Inne wyjaśnienie może być takie, że Boża opatrzność kobiecie dała moc pokonania zła. W tym strasznym dniu, gdy zło po raz pierwszy pojawiło się na świecie, Bóg tak przemówił do węża w ogrodzie Eden: „Wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie a niewiastę, pomiędzy potomstwo twoje a potomstwo jej: ono ugodzi cię w głowę, a ty ugodzisz je w piętę” [Rdz 3, 15]. Innymi słowy, zło będzie miało potomstwo. Ale dobro też doczeka się potomstwa. To dzięki potędze kobiety zło zostanie pokonane. Obecnie żyjemy w godzinie zła. Chociaż bowiem do dobra należy dzień, zło ma swoją godzinę. Nasz Pan, Jezus Chrystus, zapowiedział to w chwili, gdy Judasz przyszedł do Ogrodu Oliwnego: „To jest wasza godzina i panowanie ciemności” [Łk 22, 53]. W tej godzinie zło może tylko zgasić światła nad światem – ale może to zrobić. Skoro zatem żyjemy w godzinie zła, jak inaczej mamy przezwyciężyć ducha Szatana, jeśli nie mocą Kobiety, której Wszechmocny Bóg dał nakaz zmiażdżenia głowy węża? Nie słyszy się już kłamstw, że Kościół katolicki oddaje cześć Maryi albo że stawia Ją na równi z Bogiem lub wręcz, że Maryja zajmuje Jego miejsce. Ludzie zaczynają uznawać przekazywaną przez chrześcijańską tradycję prawdę, że tak jak przez Ewę grzech pojawił się na świecie, tak też przez nową Ewę, czyli przez Maryję, na świat przyjdzie odkupienie za grzechy […].

Objawienia fatimskie są dla nas przypomnieniem, że żyjemy we wszechświecie moralnym, w którym zło pokonuje samo siebie, a dobro samo podtrzymuje swoje istnienie. Są przypomnieniem, że zasadnicze problemy tego świata nie dotyczą polityki czy ekonomii, lecz ludzkich serc i dusz, a odnowa duchowa jest warunkiem polepszenia sytuacji społecznej. Rosja Radziecka nie jest jedynym zagrożeniem dla Zachodu. Za większe zagrożenie uznać należy proces niszczenia duchowości w świecie zachodnim, któremu Rosja nadała polityczną formę i społeczną substancję. Według słów Matki Bożej Fatimskiej druga wojna światowa wybuchła, ponieważ nie było poprawy ludzkich serc i dusz.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: „Komunizm i sumienie Zachodu„, 2022 r., str. 306-313.

Ślady Krzyża

Pamiętam, że – spędziwszy cztery miesiące w szpitalu – zacząłem powoli wracać do zdrowia. Mszę Świętą sprawowałem przy ołtarzu skonstruowanym nad moim łóżkiem, w obecności kilku kapłanów i przyjaciół. Wygłosiłem spontanicznie kazanie, które tak dobrze pamiętam. Powiedziałem, że cieszę się, że miałem operację na otwartym sercu, ponieważ – gdy nasz Zbawiciel przyjdzie po nas wszystkich – sprawdzi, czy nosimy na sobie jakieś ślady Krzyża. Spojrzy na nasze dłonie, aby sprawdzić, czy zostały ukrzyżowane od ofiarnego dawania; spojrzy na nasze stopy, aby sprawdzić, czy zostały pokaleczone przez ciernie i przebite przez gwoździe, gdy szukaliśmy zaginionej owcy. Spojrzy na nasze serca, aby sprawdzić, czy otwarły się na przyjęcie Jego Boskiego Serca. Ach, jakąż radością jest dla mnie mój zraniony bok, pozwalający choć w najdrobniejszym stopniu naśladować Jego cierpienie na Krzyżu. Być może rozpozna mnie On po tej bliźnie i przyjmie mnie do swego Królestwa.

Źródło: „Treasure in Clay. The Autobiography of Fulton J. Sheen”, 2008 r., str. 359-360.

Komunizm i sumienie Zachodu

Nakładem Wydawnictwa Esprit ukaże się niebawem długo oczekiwana książka arcybiskupa Sheena pt. „Komunizm i sumienie Zachodu”, którą już teraz można zamawiać w przedsprzedaży.

Z opisu redakcyjnego:

Co nas czeka, kiedy całkowicie wyrzucimy Boga z naszego świata? Kto zajmie Jego miejsce? Czy w świecie, który powstanie zgodnie z obietnicami współczesnych dyktatorów i ideologów będzie miejsce dla prawdziwej wolności? Ta książka w czasie trwającej wojny jest wstrząsem dla naszych sumień.

Arcybiskup Fulton Sheen, wybitny duchowny katolicki, filozof i apologeta, w przenikliwy sposób na przykładzie komunizmu pokazuje czytelnikom, jak współczesne „postępowe” ideologie zagrażają fundamentom naszego świata. Ta książka jest szokującą i proroczą wizją panowania systemów, które odcinają ludzi od Chrystusa i źródeł współczesnej cywilizacji. Amerykański hierarcha wyjaśnia w jaki sposób negowanie chrześcijańskiego fundamentu naszego świata wpłynęło na rozkwit komunizmu w jego pełnych przemocy i przymusu formach. Autor przypomina nam o brutalnych konsekwencjach walki z wiarą i Kościołem, która toczy się również dziś. Książka abpa Sheena jest mocnym wezwaniem do podjęcia heroicznej próby powrotu do Boga i ocalenia świata przed zalewem niszczących ideologii i brutalnej bezwzględnej siły.

Książkę można zamawiać w przedsprzedaży w cenie promocyjnej 23,90 PLN pod następującym linkiem: ZAMAWIAM KSIĄŻKĘ

Jednocześnie informujemy, że inny przekład tej samej książki został wydany nakładem Instytutu Globalizacji.

Ksiądz zwariował!

Pod koniec II wojny światowej wygłaszałem wykład o komunizmie w Akron, w stanie Ohio. Kilku prawników poinformowało sponsora wykładu, że nie wezmą w nim udziału, ponieważ nie byłem przychylny wobec Rosji. W owym czasie wiele osób miało bardzo dobre zdanie o tym kraju. Występowanie przeciwko naszemu tak zwanemu aliantowi było czymś bardzo niepopularnym. Zatrzymałem się na probostwie w Akron, które odwiedził również w tym czasie pewien znany prałat. Spytał: „O czym będzie ksiądz mówił dziś wieczorem?” Odpowiedziałem: „O Rosji i Europie Wschodniej, Polsce, Litwie, Albanii, Czechosłowacji itd.”. Prałat stwierdził: „Ksiądz zwariował; Rosja jest krajem demokratycznym; nie jest już krajem komunistycznym”. Odparłem: „Spędziłem życie na studiowaniu komunizmu i jestem przekonany, że Sowieci zamierzają zająć Europę Wschodnią”. Zacząłem schodzić po schodach. Była to stara plebania i musiało być tam około 25 stopni. Za każdym razem gdy stawiałem stopę na kolejnym stopniu, mój przyjaciel, który stał na szczycie schodów, wskazywał na mnie palcem i powtarzał: „Sheen, mylisz się!”, „Mylisz się!”, „Mylisz się!”, „Mylisz się!”, aż zszedłem na parter. Wtedy odwróciłem się, spojrzałem na niego i powiedziałem: „Pewnego dnia przekonasz się, że Europą Wschodnią zawładnęli komuniści”.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: „Treasure in Clay. The Autobiography of Fulton J.Sheen”, 2008 r., str. 91-92.

Dobry lekarz

Ilekroć człowiek przychodzi do gabinetu lekarskiego, zarówno on, jak i lekarz mają prawo zadać sobie nawzajem pytanie: „Jaka jest twoja filozofia wszechświata?”. Jeśli bowiem ich filozofia nie jest właściwa, lekarz nie może być pewien, że wystawiony przez niego rachunek zostanie zapłacony, a pacjent nie ma pewności, że dożyje chwili, w której będzie miał rachunek do zapłacenia.

Ponieważ lekarz wierzy w godność człowieka, nigdy nie będzie zadawał sobie pytania, czy życie, które ma przed sobą, jest wartościowe; raczej wyzna, że jest ono święte, a święte znaczy nienaruszalne, ponieważ tylko Bóg jest jego Dawcą. Podobnie jak w porządku politycznym lekarz powie, że państwo nie może odebrać mu wolności, ponieważ zostały one nadane przez Stwórcę, tak samo nie odbierze życia, ponieważ ono również pochodzi z rąk Ojca Niebieskiego. Będzie wiedział, że jego zawód powołuje go do bycia obrońcą, opiekunem i strażnikiem życia, a nie jego niszczycielem. Nigdy nie popełni morderstwa, nawet pod nazwą eutanazji, albowiem piąte przykazanie wciąż obowiązuje lekarzy tego świata. Żaden człowiek nie wzywa lekarza, aby odebrał mu życie, lecz po to, by w porządku natury wypełniło się to, co Bóg obiecał w porządku łaski: „Ja przyszedłem po to, abyście mieli życie i mieli je w obfitości” (por. J 10, 10).

Ponieważ lekarz żyje we wszechświecie moralnym, świadomy jest tego, że podstawą medycyny psychosomatycznej jest fakt, że człowiek ma duszę i ciało; dostrzeże ponadto, że – oprócz innych ważnych czynników – przynajmniej w niektórych przypadkach nie należy lekceważyć wpływu winy moralnej na zdrowie. Psychiatria poczyni większe postępy w chwili, gdy uzna istnienie zarówno moralnego, jak i mechanistycznego wszechświata i zacznie rozumieć, że wypieranie się winy jest największą przyczyną zachorowalności u pewnych typów pacjentów; że osoby skupione na sobie są zawsze osobami zaburzonymi; że nadmierna autoekspresja jest autodepresją i że ten, którego religia nazywa grzesznikiem, w porządku psychiatrycznym jest człowiekiem, który stanowi problem dla samego siebie; że dzisiejsza ucieczka od życia w alkoholizm, opiaty i hałas jest wskazówką, iż żaden człowiek nie może żyć z samym sobą, jeśli stracił cały szacunek dla samego siebie; że podobnie jak kogut zapiał, gdy Piotr zaparł się naszego Zbawiciela, tak samo natura i umysł protestują, gdy człowiek zapiera się swojego Boga. Tym, czego potrzebują niektórzy pacjenci, nie jest analiza ich postaw, ale wyznanie ich winy; tym, czego potrzebują, nie jest sublimacja, ale przebaczenie. Ulga przychodzi nie poprzez wytłumaczenie ich grzechów, ale przez ich rozgrzeszenie; a przynajmniej w niektórych przypadkach rozwiązaniem, którego nie wolno wykluczyć, jest rozwiązanie Wielkiego Lekarza, który najpierw powiedział człowiekowi, że jego grzechy zostały odpuszczone, a dopiero potem kazał mu wstać z łóżka i chodzić.

Ponieważ lekarz posiada jedno z najszlachetniejszych powołań danych człowiekowi, a mianowicie posługę na rzecz świątyni, w której mieszka Boskie Podobieństwo, będzie on zawsze utrzymywał osobistą relację ze swoimi pacjentami, opartą na służbie i pełnionej funkcji, a nie na zysku i korzyściach. Zrozumie, że podobnie jak dyktatury powstają po to, by uporządkować chaos wywołany utratą osobistej odpowiedzialności, tak samo medycyna państwowa powstaje po to, by narzucić planowe usługi lekarzom, którzy zapomnieli o obowiązkach wobec swoich pacjentów. Medycyna państwowa jest w porządku medycznym tym, czym totalitaryzm jest w porządku politycznym – siłowym narzuceniem planu ludziom, którzy przestali służyć, kochać i szanować. Dachau opierało się na Planowej Rasie; obozy koncentracyjne w Rosji z ich 15 milionami więźniów opierają się na Planowej Gospodarce; w podobny sposób, niemądre posługiwanie się dźwigniami życia doprowadzi nie do Planowego Rodzicielstwa, ale do Planowej Ruiny.

Społeczeństwo, które nie pozwala człowiekowi swobodnie wybierać polityków mających nim rządzić, będzie oczywiście społeczeństwem, w którym nie będzie on już mógł swobodnie wybierać lekarza mającego go leczyć. Jeśli lekarze sprzeciwiają się medycynie państwowej, ponieważ chcą utrzymywać osobiste relacje ze swoimi pacjentami, wówczas przymusowe organizowanie służby ludziom jest niemożliwe. Medycyna państwowa może wejść do porządku społecznego tylko wtedy, gdy sforsuje drzwi Lekarza, na których jest napisane: „Nie przyszedłem, aby Mi służono, lecz aby służyć” (pot. Mt 20, 28).

Ponieważ lekarz wierzy, że człowiek został stworzony dla doskonałego Życia, Prawdy i Miłości, dostrzeże, że największą tragedią życia jest zmarnowany ból. Ból tnie, piecze i gniecie duszę, gdy człowiek nie widzi w nim celu lub gdy nie ma kogoś godnego miłości, dla kogo można by ów ból ofiarować. Właśnie tu religia przychodzi w sukurs medycynie. Chrześcijaństwo nigdy nie obiecywało uśmierzenia bólu, ale dało sposób na jego przekroczenie i przemianę poprzez zjednoczenie z Tym, który po tym, jak głosił konieczność ofiary, przyjął swoje własne lekarstwo na Krzyżu. W końcu czymże jest ból, jeśli nie ofiarą bez miłości, i czym jest ofiara, jeśli nie bólem z miłością? Ból może pochodzić z grzechu, ale nie z ofiary. Matka czuwa przy łóżku swojego chorego dziecka: sąsiedzi nazywają to ” niedorzecznością”; ona nazywa to miłością. Niewiara w to, że nasze cierpienia mogą służyć innemu dobru, jest niewiarą w Boga. Skoro dysponujemy bankami krwi, z których mogą korzystać anemicy, to czyż nie możemy mieć również duchowych banków krwi, z których mogliby korzystać moralnie niezamożni dla swego odkupienia? Skoro przetaczamy krew, dlaczegóż nie moglibyśmy przetaczać ofiary; skoro przeszczepiamy skórę, dlaczegóż nie moglibyśmy przeszczepiać modlitwy? Nawiasem mówiąc, właśnie po to mamy zakony kontemplacyjne i siostry pielęgniarki, aby modliły się i ofiarowały za słabych członków Mistycznego Ciała Chrystusa, tak by mogli zostać uzdrowieni.

Lekarz, który jest świadomy tego, że oprócz zawodu ma również powołanie, będzie roztaczać przed swoimi pacjentami Boską wizję. Na każdej zbolałej głowie dostrzeże koronę cierniową i będzie się starał albo ją zdjąć, albo zamienić na girlandę z róż; każda posiniaczona ręka będzie dla niego przebita gwoździami; każde ciało będzie dla niego świątynią Ducha Świętego, a każda stopa – wspomnieniem stopy przeszytej stalą; każde zbolałe serce będzie mu przypominać o Tym, który trzymał swoje Serce na dłoni, aby wszyscy poznali Miłość tak wielką jak świat. Każda rodząca matka będzie mu przypominać ową inną Matkę, która u stóp krzyża wydała na świat w bólach duchowego porodu wszystkich, którzy są braćmi w Chrystusie.

A gdy lekarz złoży ostatnią wizytę przy łożu chorego, a zasłona jego życia zostanie rozerwana, ujrzy Pana i Mistrza, w imię którego pracował, i usłyszy z Jego ust zapewnienie wiecznego zbawienia i początku wiekuistej szczęśliwości: „Byłem chory, a odwiedziłeś Mnie” (por. Mt 25, 36).

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: Kazanie wygłoszone podczas nabożeństwa z okazji dziewięćdziesiątej szóstej dorocznej sesji Amerykańskiego Stowarzyszenia Medycznego w Atlantic City, 8 czerwca 1947 r.

Gdy człowiek popełni grzech

Człowiek rzadko otwarcie buntuje się przeciw Nieskończonemu Bogu; jeśli wie, że zbuntował się i zgrzeszył i jeśli wciąż nie chce pogodzić się z konsekwencjami swego postępowania, próbuje zminimalizować grzech posługując się wymówkami, tak jak czynił to Kain. Lecz współczesny człowiek utracił zdolność rozumienia pojęcia „grzech”. Gdy popełni grzech i gdy w jakiś sposób odczuje jego skutki (a wszyscy ludzie muszą je odczuwać), zaczyna szukać ulgi w eskapistycznych kultach lub nałogach, np. w alkoholu lub narkotykach. Winą za swe złe samopoczucie obciąża współmałżonka, pracę, przyjaciół oraz system ekonomiczny, polityczny lub społeczny. Często narzeka na przepracowanie i „napięcie”, przejawiając symptomy fizycznego cierpienia – wszystko to są sztuczne wysiłki mające pozwolić mu uniknąć stawienia czoła faktom – mianowicie temu, że zgrzeszył. Człowiek taki może stać się neurotykiem – i często nim się staje. Jeśli jego neuroza osiągnie stan zaawansowany, jakiś psychoanalityk powie mu, że nie jest on w pełni odpowiedzialny za swoje czyny, ponieważ jest „pacjentem”. Daje mu to kolejny pretekst do tego, aby nie przyznawać się do grzechu.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: „Peace of Soul”, 1949 r., str 72.

Dyskusja w pociągu

W czasie pewnej podróży koleją z Nowego Jorku do Bostonu siedziałem obok episkopalnego duchownego. Rozpoczęliśmy przyjazną pogawędkę o ważności święceń anglikańskich. Twierdził on, że jest kapłanem w tym samym stopniu, co ja, że może sprawować Najświętszą Ofiarę Mszy Świętej i że może odpuszczać grzechy. Miał dużą wiedzę historyczną i teologiczną, a nasza rozmowa okazała się być tak interesująca, że wielu pasażerów zebrało się wokół nas, by przysłuchiwać się tej przyjaznej debacie. Wysiadł z pociągu na stacji w Providence. Postąpił kilka kroków, po czym odwrócił się ku naszej wspólnej widowni i – myśląc, że rzuci mi ostatnie wyzwanie – krzyknął: „Księże Biskupie, proszę pamiętać, mogę zrobić wszystko to, co ty”. Zdążyłem mu odkrzyknąć: „Nie, nie możesz. Ja mogę pocałować twoją żonę, ale ty nie możesz pocałować mojej”.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: „Treasure in Clay. The Autobiography of Fulton J. Sheen”, 1980 r., str. 300.

Wielki rozwód

Nigdzie w Ewangelii Chrystus nie jest oddzielony od Krzyża; nigdzie Krzyż nie jest oddzielony od Zmartwychwstania. Jednakże tragedią naszych czasów jest wielki rozwód Chrystusa i Krzyża. Wyobraźmy sobie Chrystusa oderwanego od swojego Krzyża. Po prawej stronie jest Chrystus bez Krzyża; po lewej – Krzyż bez Chrystusa. Kto wybiera Chrystusa bez Krzyża? Nasze zachodnie, zamożne chrześcijaństwo. Akceptujemy jedną z Jego gór – Górę Błogosławieństw – ale nie drugą – Golgotę. Powtarzamy z emfazą Jego naukę, wyśpiewujemy hymny, brzdąkamy na gitarach i przedstawiamy Go na scenie, ale bez Krzyża: bez zaparcia się siebie, bez czynienia pokuty, bez wspominania o grzechu czy winie, albowiem prowadzą one do „nienormalnych psychoz”, bez sądu, bez piekła, bez przybicia starego Adama, bez barier i bez represji. Kto wybiera krzyż bez Chrystusa? Rosja i Chiny. Zasada ascetyczna, którą Kościół zarzucił, przeniosła się do krajów totalitarnych, gdzie obowiązuje prawo, porządek, poświęcenie dla wspólnego celu i pogrążenie jednostki dla dobra wspólnego. Pozbawiony Krzyża Chrystus świata zachodniego to zniewieściałość, miękkość, degradacja moralna, apatia i wewnętrzny rozkład. Krzyż bez Chrystusa to sztywność, ograniczoność i miażdżenie ludzi niczym winogrona, w celu sporządzenia totalitarnego wina państwowego. Polityczne pytanie świata jest pytaniem duchowym: Czy Chrystus odnajdzie Krzyż, zanim Krzyż odnajdzie Chrystusa? Tego nikt nie wie, ale nie sposób nie przypomnieć sobie o dwóch synach: „Pewien człowiek miał dwóch synów. Zwrócił się do pierwszego i rzekł: „Dziecko, idź dzisiaj i pracuj w winnicy!” Ten odpowiedział: „Idę, panie!”, lecz nie poszedł. Zwrócił się do drugiego i to samo powiedział. Ten odparł: „Nie chcę”. Później jednak opamiętał się i poszedł. Któryż z tych dwóch spełnił wolę ojca?» Mówią Mu: «Ten drugi». Wtedy Jezus rzekł do nich: «Zaprawdę, powiadam wam: Celnicy i nierządnice wchodzą przed wami do królestwa niebieskiego” (Mt 21, 28-32).

Rozwód Chrystusa od Krzyża nie pozostaje bez wpływu na rekolekcje i życie duchowe. Nowy typ świeckiego mistycyzmu, inspirowany przez Chrystusa bez krzyża, przejawia się w rekolekcjach kainowych. Kain zanegował konieczność ofiary krwi jako warunku pojednania z Bogiem. Ofiarował owoce, które go nic nie kosztowały, czyli – mówiąc współczesnym językiem – produkty techniki. Punktem wyjścia rekolekcji kainowych jest ludzka sprawiedliwość, składanie ofiar z działania i praca z pominięciem świadomości winy. „Ofiara” Izraelitów, którzy oddali swoje złoto, aby odlać Złotego Cielca, nigdy nie uwzględniała ofiary za grzech. Kainowa tradycja duchowości nie wspomina o winie, grzechu czy zadośćuczynieniu. Jeśli już wspomina się o Chrystusie, jest On ” wykorzystywany” do poparcia zajętego już stanowiska: „Jezus i rewolucja”, „Jezus i wojowniczość”, „Jezus i homoseksualizm”, „Jezus i świeckie miasto”. Rekolekcje Kaina opierają się również na gadulstwie, ponieważ nieustanny dialog zawsze stanowi wymówkę od konieczności podjęcia decyzji. Rekolekcje, które koncentrują się na Chrystusie i Krzyżu, zrzucają ciężar na indywidualną duszę, zwłaszcza gdy przeżywa się je w kontemplacyjnym odosobnieniu. Uduchowienie rzadko dokonuje się poprzez rozmowę, nawet jeśli dotyczy ona najdoskonalszych ideałów. Grzeszna ludzkość korygowana jest nie dzięki słowom, lecz dzięki mocy płynącej z Ducha Świętego. Skłonność do organizowania rekolekcji kainowych z dala od Najświętszego Sakramentu jest kolejnym dowodem na pragnienie ucieczki od Obecności ściśle związanej z Krzyżem. Tam, gdzie uwaga skupia się na „problemie”, a nie na osobie, nie ma mowy o wspinaniu się na Górę Błogosławieństw czy Kalwarię.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: „Those Mysterious Priests”, 1974 r., str. 105-107.

Postawy wobec Krzyża

Dwoma papierkami lakmusowymi życia kapłana są jego postawa wobec Krzyża i jego postawa wobec Eucharystii. W każdej epoce, w której słabną pokora, czystość i wierność, następuje odsuwanie na bok wspomnienia Krzyża i Rzeczywistej Obecności w Najświętszym Sakramencie. Krucyfiks przypomina nam o naszych grzechach, jeśli nie przyjmujemy jego przebaczenia. Możliwe są trzy postawy wobec Chrystusa na Krzyżu: antypatia, apatia, empatia.

Antypatię przejawiali ci, którzy chcieli mieć Credo, ale nie chcieli Krzyża: „[N]iechże teraz zejdzie z Krzyża, a uwierzymy w Niego” (Mt 27, 42). Wiara, ale bez dyscypliny; katechetyka, ale bez umartwienia; zgoda, ale bez samokontroli; niezgoda, ale bez reformy. Katechetyka może często stanowić syntezę przekonań, ale niekoniecznie prowadzi do życia chrześcijańskiego. Nasz Pan zapragnął, aby ośrodkiem wierności względem Niego nie był intelekt, ale wola: „Jeśli kto chce pełnić Jego wolę, pozna, czy nauka ta jest od Boga, czy też Ja mówię od siebie samego” (J 7, 17).

Diabły również wierzą: „Wierzysz, że jest jeden Bóg? Słusznie czynisz – lecz także i złe duchy wierzą i drżą” (Jk 2, 19). Szydercy u stóp Krzyża byli gotowi uwierzyć we wszystko, czego nauczał Pan: w Eucharystię, w klucze Piotrowe, w Trójcę Świętą, a nawet w Jego Boskość. Ale postawili jeden warunek – żadnego Krzyża. Wiele przypadków niewiary nie wynika z braku wyjaśnień czy dowodów, ale z odmowy posłuszeństwa.

Apatię uosabiali ci, którzy rzucali kośćmi: „Gdy Go ukrzyżowali, rozdzielili między siebie Jego szaty, rzucając o nie losy. I siedząc, tam Go pilnowali. ” (Mt 27, 35-36). Byli widzami, ale nie uczestnikami; byli zaangażowani w świat, ale nie w odkupienie. Podobnie jak uczeni w Piśmie, do których Herod zwrócił się o wskazanie miejsca narodzin Chrystusa, wiedzieli, ale nie poszli.

Empatia. Chociaż liberalizm współczesnego świata jest mniej tolerancyjny niż nietolerancja Kalwarii, niemniej jednak istnieje jeszcze empatia reprezentowana przez tych, którzy stali z Maryją pod Krzyżem, nad którymi zastanowimy się później. Każdy człowiek na świecie znajduje się albo na krzyżu, albo pod nim. Nie ma możliwości ucieczki. Niektórzy znajdują się na nim poprzez rzeczywiste cierpienia fizyczne lub dlatego, że utożsamiają się z cierpieniami innych w imię Chrystusa, podobnie jak Maryja i inne osoby stojące pod Krzyżem, misjonarze, pracownicy socjalni, matki upośledzonych dzieci itd. Inni stoją pod Krzyżem, domagając się ukrzyżowania Chrystusa, wyśmiewając ofiarę, obojętniejąc, by zabawiać się w jej cieniu lub mówiąc świętym kapłanom, że są „zacofani”.

Skoro mówimy o antypatii, raz zadzwonił do mnie pewien żydowski handlarz dziełami sztuki, który zapytał mnie, czy byłbym zainteresowany setką srebrnych krucyfiksów. Kiedy odwiedziłem jego sklep, powiedział mi, że odkupił je od wspólnoty zakonnic, które postanowiły nie nosić już krucyfiksu. „Co jest nie tak z waszym Kościołem?” zapytał. Przez godzinę odpowiadałem na jego pytanie, wyjaśniając naszą ucieczkę od Krzyża. Jakiś czas później przyjąłem go na łono Kościoła, a na łożu śmierci trzymał w dłoniach krucyfiks, który został porzucony przez zakonnice.

Nasuwa się pytanie, czy nasze czasy nie przypominają nieco XVI wieku. Leon X zlecił Rafaelowi udekorowanie Watykanu. Namalował on trzynaście łuków, każdy z czterema freskami; w sumie pięćdziesiąt dwa freski. Oprócz scen ze Starego Testamentu i czterech z Nowego, wymalował on menażerię lwów, koni, pawi, słoni, gdyż papież Leon był namiętnym myśliwym. Na końcu loggii znajdują się cztery sceny z Nowego Testamentu: Adoracja Pasterzy, Objawienie Pańskie, Chrzest w Jordanie i Ostatnia Wieczerza. Znajdziemy tam Platona i Arystotelesa. Znajdziemy ukoronowanego Karol Wielkiego. Znajdziemy Wenus, Kupidyna, Apolla, Wulkana, ale nie ma Ukrzyżowania, nie ma Zmartwychwstania. Patrząc tylko z punktu widzenia sztuki, można by stwierdzić, że „źle się dzieje w państwie” Kościoła. Interesujące jest również to, że [szesnastowieczni] reformatorzy, którzy reformowali wiarę, a nie dyscyplinę, nie przywrócili Krucyfiksu. Do dziś eksponują krzyż, nigdy zaś krucyfiks. Sam Krzyż jest symbolem absurdu: zaprzeczeniem pionowej belki życia poprzez poziomą belkę śmierci. Tylko przez umieszczenie na tym Krzyżu Kogoś, kto może uczynić śmierć warunkiem życia, możliwa jest ucieczka od absurdu życia.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: „Those Mysterious Priests”, 1974 r., str. 102-104.

Czy Bóg wie, co to znaczy cierpieć?

Problem zła często wyraża się pytaniem: „Czy Bóg wie, co to znaczy cierpieć?”. Przypuśćmy, że zapytalibyśmy: Czy Bóg wie coś o tym, jak to jest urodzić się w slumsach? Czy był kiedyś bezdomny? Czy był kiedyś uchodźcą uciekającym przed mieczem jakiegoś totalitaryzmu? Czy wie coś o niskich zarobkach robotników, na przykład cieśli? Czy Bóg był kiedyś pozbawiony jedzenia przez trzy lub dwanaście dni? Czy kiedykolwiek Go szpiegowano? Czy święci i bezbożni sprzysięgli się kiedykolwiek przeciwko Niemu? Czy opinia publiczna kiedykolwiek Mu się sprzeciwiała? Czy kiedykolwiek oskarżano Go, że jest alkoholikiem lub opętanym przez szatana? Czy zdarzyło się, że ktoś Go wyśmiał, gdy przemawiał? Czy Bóg zaznał goryczy zdrady, obojętności naśladowców, krnąbrności naśladowców? Czy Bóg wie coś o migrenowym bólu głowy, jak gdyby Jego głowa ukoronowana była cierniem? Czy Bóg wie coś o ranach odniesionych w bitwie, o poobijanych dłoniach, pokiereszowanych stopach, o upuszczaniu krwi i zeszpeconych twarzach osób poszkodowanych w wypadkach samochodowych? Czy Bóg wie coś o samotności i grożącym niebezpieczeństwie szubienicy, o niesprawiedliwości sądów, o wyreżyserowanych scenach z udziałem tłumu, który przekrzykuje mówcę, i o ciemności ciasnej celi? Czy Bóg zna taki wyniszczający smutek? Czy Bóg zna samotność lub wie coś o tym, że przyjaciele i mieszkańcy miasta nazywają człowieka szaleńcem?

Czy Bóg wie coś o ofiarach polio przybitych do łóżek przez swoje unieruchomienie? Albo o kulawych, którzy nie mogą używać stóp, sparaliżowanych, jak gdyby były przyszpilone? Albo niepełnosprawnych, którzy nie mogą używać rąk, jak gdyby były przygwożdżone kolcem? Czy Bóg zna smutek matek z powodu krnąbrnych córek, czy ojców z powodu marnotrawnych synów, czy zna wyrzuty sumienia grzeszników oraz Kościoła z powodu upadków i czy temu wszystkiemu towarzyszy palące zmartwienie, któremu niewiele brakuje do krwawego potu?

Tak! Bóg wie! Przeniósł na siebie nasze przewinienia, nasze cierpienia, naszą biedę i przyjął je jako Niebiański Kozioł Ofiarny. Co więcej, On je pokonał i zwyciężył, przezwyciężając ból i zadając ziemi jedyną poważną ranę, jaką kiedykolwiek otrzymała – ranę pustego grobu. Pozostawił ślady stóp w spowitym mrokiem lesie. Nigdy się nie zgubię, jeśli będę stawiać stopę na Jego śladzie. Współistnienie Jego miłości z moją obecną sytuacją dodaje mi odwagi. Jeśli zło zostało pokonane w chwili swojej największej siły, gdy dysponowało najpotężniejszą bronią słabej religii i mocarstwowej polityki, to nigdy już nie zwycięży.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: „Those Mysterious Priests”, 1974 r., str. 61-62.